Nr 20/2025 Na dłużej

Przekleństwa perfekcjonizmu

Maciej Kaczmarski
Muzyka

W październiku upływa trzydzieści pięć lat od premiery jedynego albumu brytyjskiego kwartetu The La’s. Płyta rodziła się w bólach, ale po dziś dzień stanowi inspirację dla kolejnych pokoleń twórców.

Część planu

Początki zespołu sięgają 1983 roku, kiedy liverpoolski wokalista Mike Badger postanowił założyć grupę łączącą styl skiffle z eksperymentalnym rockiem w duchu The Velvet Underground i Captaina Beefhearta. Jej nazwa, czyli The La’s, miała podwójne znaczenie: odnosiła się zarówno do szóstego dźwięku oktawy w szeregu diatonicznym, jak i do stosowanego w hrabstwie Merseyside (a także w niektórych rejonach Irlandii) gwarowego określenia na chłopaka[1]. Rok później do zespołu dołączył Lee Mavers – admirator The Beatles, The Who, Boba Dylana, Jamesa Browna i Chucka Berry’ego oraz były basista punkowej załogi Neuklon, który w The La’s zamienił gitarę basową na rytmiczną. Badger wspominał, że „[Mavers] był bardzo zabawnym, szalenie utalentowanym i naprawdę fajnym facetem. Gdy zagrał na gitarze, pomyślałem: »Nie ma drugiego takiego jak on«”. Do duetu dołączyli perkusista John Timson i basista Phil Butcher, którego po pewnym czasie zastąpił Jim Fearon.

„Znaleźliśmy tanie, finansowane przez radę miejską studio The Attic i odbyliśmy sesje nagraniowe, które stały się fundamentem The La’s. […] [Fearon] nie umiał nawet grać, ale Lee pokazał mu nuty” – opowiadał Badger. Dwa utwory z tamtego okresu, „I Don’t Like Hanging” i „My Girl (Sits Like a Reindeer)”, zamieszczono na kompilacjach „A Secret Liverpool” (1984) i „Elegance, Charm and Deadly Danger” (1985). Skład grupy był chwiejny – poza Badgerem i Maversem żaden z muzyków nie zagrzał w niej miejsca na dłużej, kolejni perkusiści (Tony Clarke, Paul Rhodes i Barry Walsh) i basiści (Bernie Nolan) przychodzili i odchodzili w odstępie tygodni i miesięcy. W lipcu 1986 roku szeregi zespołu zasilił dziewiętnastoletni basista John Power, którego Badger poznał na rządowym kursie dla bezrobotnych muzyków. „Od razu się dogadaliśmy, wszystko wyszło bardzo naturalnie i to było niezwykłe. Mike, Lee i ja czuliśmy, że to część jakiegoś planu”[2] – rekapitulował Power.

Zespół intensywnie ćwiczył w sali prób, nagrywał taśmy demo, a także koncertował w Liverpoolu i okolicach, zdobywając spory rozgłos. Ale pod koniec 1986 roku Badger nieoczekiwanie odszedł z zawiązanej przez siebie grupy. Jak później relacjonował, „[Lee] powiedział mi: »Twój czas w kapeli dobiega końca«. Pomyślałem sobie: »Że co? To wcale nie jest twoja kapela, koleś!«. Oświadczyłem, że odchodzę, spakowałem gitarę i wsiadłem do autobusu. Byłem załamany. Dwa lata pracy poszły na marne”. To właśnie wtedy Mavers przejął rolę absolutnego lidera The La’s – głównego wokalisty, gitarzysty, autora tekstów i muzyki. Po latach niejasno tłumaczył, że nie pisze piosenek osobiście, lecz wyłapuje „z powietrza” już istniejące struktury: „To po prostu do mnie przychodzi. Przepływa przeze mnie i wychodzi na zewnątrz. […] Nikt nie wymyśla melodii. Wszyscy po prostu dostrzegają to, co już tam jest. […] Jestem tylko osobą ułatwiającą komunikację, pośrednikiem, medium”[3].

Żadnej energii

W kwietniu 1987 roku The La’s weszli do studia z Petem de Freitasem i Jakiem Brockmanem – członkami Echo & The Bunnymen, którzy podjęli się wyprodukowania utworów ekscytującej nowej grupy. Sesja trwała dwa dni, materiał nagrano na żywo i bez żadnych dogrywek, ale z tej obiecującej współpracy nie wynikło nic poza opublikowaną dopiero w 2010 roku archiwalną płytą „De Freitas Session ’87”. W maju zespół zarejestrował następne demo – tym razem z producentem Mickiem Mossem we Flying Picket Studios w Liverpoolu. Kopie tych nagrań rychło trafiły do obiegu, jeszcze bardziej wzmagając zainteresowanie działalnością The La’s. Ówczesny gitarzysta Paul Hemmings odnotowywał, że „zaczęła się szajba. Dzwonili do nas ludzie ze wszystkich firm fonograficznych i mówili, że przylecą obejrzeć nasze próby”. Muzycy ostatecznie zdecydowali się na współpracę z Andym MacDonaldem z wytwórni Go! Discs; umowa została podpisana w połowie 1987 roku.

Późnym latem tego samego roku Mavers, Power, Hemmings oraz Timson, który wrócił do zespołu po kilku miesiącach przerwy, zameldowali się w Townhouse 3 Studios w Londynie w celu nagrania debiutanckiego singla. Za produkcję odpowiadali Mavers oraz Gavin MacKillop (kooperant m. in. Public Image Ltd, The SoundScotta Walkera), w trakcie dziesięciu dni powstało w sumie pięć utworów, z których trzy – „Way Out”, „Knock Me Down” i „Endless” – trafiły na singiel „Way Out” (1987). Tytułowej piosence towarzyszył wideoklip nakręcony w ciągu jednego dnia za kwotę pięćdziesięciu funtów. Mała płyta zebrała dobre recenzje, w magazynie „Melody Maker” peany na jej cześć wygłaszał nawet nieskory do pochwał Morrissey z The Smiths, ale nie przełożyło się to na wyniki sprzedaży (87. miejsce na brytyjskiej liście przebojów). Mavers również nie był zadowolony z „Way Out”: „To słaby, bardzo powolny i niechlujny kawałek. Nie ma w nim żadnej energii”[4].

Wkrótce po wydaniu singla z The La’s odszedł zniecierpliwiony stagnacją Hemmings („Jeździliśmy po całej Anglii, wchodząc i wychodząc ze studia. Próby nagrania czegokolwiek zaczęły zakrawać na absurd” – wyjaśniał), a w jego ślady szybko podążył Timson. Po dokooptowaniu do składu Chrisa Sharrocka (perkusja) i Johna Byrne’a (gitara) zespół przystąpił do realizacji drugiego singla. Sesje w Woodcray Studios w Wokingham pod producencką opieką Boba Andrewsa zaowocowały utworami „There She Goes”, „Come In, Come Out”, „Who Knows?” oraz „Man I’m Only Human”; wszystkie znalazły się na winylowym singlu „There She Goes” (1988), który dotarł do 59. miejsca w Wielkiej Brytanii. „Sądziłem, że to będzie wielki hit, znacznie większy, niż był, a potem zostanie zapomniany jak wiele innych popowych kawałków” – komentował Byrne. Z kolei Mavers nie miał wątpliwości, że „gdyby ta piosenka została poprawnie nagrana, mogłaby osiągnąć większą popularność”[5].

Melodyczny instynkt

W 1988 roku The La’s rozpoczęli pracę nad swoim debiutanckim albumem. Mavers wykoncypował, że będzie to podwójne dzieło zatytułowane „Callin’ All”. Producentem sesji w londyńskich Matrix Studios był John Porter (chodzi o realizatora nagrań Roxy Music, The Smiths i Killing Joke, a nie o noszącego identyczne personalia i rezydującego w Polsce lidera Porter Band), jednak ta współpraca układała się fatalnie i szybko została zerwana. Drugie podejście miało miejsce w marcu w Chipping Norton Studios z udziałem Johna Leckiego (wcześniej produkował m. in. XTC, Magazine i Simple Minds). Mavers nalegał na używanie wiekowych mikrofonów AKG D190, które nie miały dolnych ani górnych częstotliwości, bo chciał odtworzyć brzmienie płyt z lat 60. „Ciągle puszczali mi swoje stare czterościeżkowe demo i mówili, że właśnie tak ma brzmieć ich album. […] W końcu mnie wyrzucili, ponieważ najwyraźniej nie nadawałem się do tej roboty”[6] – zapamiętał Leckie.

Trzecia próba nagrania płyty przypadła na początek 1989 roku, już w nowym składzie – na miejsce Byrne’a wszedł Barry Sutton, były techniczny The Fall. Tym razem wybrano Pink Museum Studio w Liverpoolu, a w fotelu producenta zasiadł Jeremy Allom – Australijczyk, który szlifował rzemiosło u boku Dire Straits, Madness i Kate Bush. Wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze: praca przebiegała sprawnie, powstała wystarczająca liczba piosenek, żeby wypełnić dwa winylowe krążki, a w kwietniu wytwórnia Go! Discs zaanonsowała na łamach prasy „Timeless Melody”, trzeci singiel The La’s. Wytłoczono nawet dziesięć egzemplarzy testowych i rozesłano je do redakcji brytyjskich magazynów muzycznych. Jeden z nich otrzymał Bob Stanley z „Melody Makera”, który rozpływał się nad „celebracją optymizmu w muzyce pop” i „melodycznym instynktem”[7], ale Mavers znów nie był zadowolony z brzmienia, toteż publikację „Timeless Melody” odwołano w ostatniej chwili.

Satysfakcjonujących rezultatów nie przyniosły także sesje z producentem Mikiem Hedgesem (The Cure, Bauhaus, Siouxsie and The Banshees), które odbywały się latem 1989 roku w domu rodziców Andy’ego MacDonalda w Devon – i to pomimo korzystania ze stołu mikserskiego używanego w latach 60. przez Beatlesów w słynnych Abbey Road Studios (Sharrock: „[Stół] wygląda jak statek kosmiczny, ale brzmi genialnie”[8]). Kiedy jednak Mavers odkrył, że w pulpicie wymieniono suwaki, zażądał przywrócenia oryginalnych elementów. Podczas dziesięciu dni The La’s nagrali szesnaście piosenek, a według relacji Powera u kresu sesji Mavers oznajmił: „To jest to, udało się!”[9]. Ale jakiś czas później zmienił zdanie i uznał, że taśmy Hedgesa należy zniszczyć, a cały materiał nagrać od nowa. Sharrock i Sutton odmówili, więc zostali zwolnieni. „[Mavers] tak bardzo skupił się na tym, jak powinni brzmieć, że nie wiedział już, jak powinni brzmieć” – skonstatował potem Hedges.

Od początku

Kapryśna natura Maversa jest obecnie przedmiotem branżowych anegdot. Do legendy przeszły jego dziwaczne żądania i wymagania oraz enigmatyczne instrukcje. Leckie przywoływał sytuację, kiedy Mavers „chciał uchwycić brzmienia drzewa, z którego wykonano gitarę”[10]; Byrne narzekał, że lider kazał mu grać jeden motyw „dwadzieścia razy na dwudziestu różnych gitarach”; Sutton zauważył, że „[Mavers] poświęca dużo uwagi precyzyjnemu frazowaniu, dziwnym strojom gitar, dużej presji. Moja gra na tym ucierpiała, byłem cały czas w stanie głębokiej paranoi. Poczułem ulgę, kiedy mnie zwolniono”. „[Lee] mówił, że bas jest rozstrojony. Wszyscy inni twierdzili, że tak nie jest, a on na to: »Chodziło mi o gitarę«” – opisywał Hedges. Chimerycznemu liderowi przeszkadzały nawet takie detale jak „niewłaściwy kolor” przewodu mikrofonowego i zbyt czyste instrumenty. Ale już historia o tym, że pokrył studyjną konsoletę starym kurzem z lat 60. została zdementowana jako plotka[11].

Na przekór tym kłopotom włodarze Go! Discs wierzyli, że The La’s są w stanie dokończyć płytę. MacDonald postanowił jednak wziąć sprawy w swoje ręce i po kolejnych personalnych roszadach (Suttona i Sharrocka zastąpili Peter Cammell i Neil Mavers, brat Lee) zatrudnił Steve’a Lillywhite’a – współtwórcę sukcesów U2, Talking Heads i Petera Gabriela. Sesje wystartowały w grudniu 1989 roku w Eden Studios w Londynie i trwały do lutego roku następnego. W tym czasie zarejestrowano kompozycje „Son of a Gun”, „I Can’t Sleep”, „Timeless Melody” (nowa wersja), „Liberty Ship”, „Doledrum”, „Feelin’”, „Way Out” (nowa wersja) „I.O.U.”, „Freedom Song”, „Failure” i „Looking Glass”. „Wiedziałem, że to prawdziwe perełki, ale ich nagrywanie nie było łatwe. Zrobiliśmy sześć fantastycznych piosenek, ale jeśli tylko w siódmej wystąpił jakiś błąd, [Mavers] był przekonany, że cała reszta jest kiepska i trzeba było zaczynać wszystko od początku” – podsumował Lillywhite.

W obliczu niekończących się poprawek grupa zaprzestała dalszej pracy. „Wyszliśmy [ze studia] w trakcie nagrywania. Nie podobało nam się, bo nie zdołaliśmy uzyskać pożądanego brzmienia, więc wypięliśmy się na to” – mówił Mavers. I dodawał: „Nie wiem, dlaczego żadnemu producentowi nie udało się uchwycić naszego brzmienia”[12]. Wytwórnia znalazła się pod ścianą – nagrywanie albumu trwało czwarty rok, zostało rozłożone na kilka studiów nagraniowych i producentów, wiązało się z ciągłymi zmianami w składzie grupy i pochłonęło około miliona funtów przy minimalnym sukcesie komercyjnym singli z lat 1987–88. MacDonald stracił więc cierpliwość i zlecił dokończenie albumu Lillywhite’owi, bez udziału muzyków. Producent zmiksował muzykę i uzupełnił płytę o singlową wersję „There She Goes”. Zespół nie miał nawet wpływu na obwolutę zaprojektowaną przez studio Ryan Art (Mavers: „Nienawidzę jej”[13]) ani tytuł całości wybrany przez wydawców: „The La’s”.

Spisek wytwórni

„The La’s” trafił do brytyjskich sklepów 1 października 1990 roku i był pilotowany trzema singlami: „Timeless Melody” (wrzesień ’90), reedycją „There She Goes” (październik ’90) oraz „Feelin’” (luty ’91). Ten drugi wreszcie stał się przebojem, zajmując 13. miejsce w UK Singles Chart i 49. lokatę w US Billboard Hot 100. Sam album nie był już tak popularny, zatrzymując się na 30. pozycji w Wielkiej Brytanii i ledwo przebijając barierę pierwszej dwusetki w Stanach Zjednoczonych. Odbiór był jednak bardzo przychylny: Gina Arnold z „Entertainment Weekly”[14] oraz Greg Kot z „Chicago Tribune”[15] wystawili „The La’s” maksymalną ocenę, pozytywne recenzje wydrukowały także „The Village Voice”[16], „NME”[17] i „Select”[18]. Szczególną atencją cieszył się „There She Goes”, w tekście którego doszukiwano się aluzji do zażywania heroiny. Zapytany o znaczenie słów napisanych przez Maversa, Power odpowiedział: „Nie wiem, o czym to jest. Prawdę mówiąc, nie chcę wiedzieć”[19].

W kontraście do recenzentów, członkowie The La’s w wywiadach deprecjonowali album, jawnie nawoływali do jego bojkotu, a nawet zniechęcali konsumentów do zakupu, argumentując, że nie jest ukończony nawet w jednej czwartej, a ukazał się dzięki „spiskowi wytwórni płytowej”[20]. „Mieliśmy dość jasną wizję tego, co chcieliśmy uzyskać na  tym albumie, ale problem tkwił w przekazaniu tej wizji innym”[21] – przekonywał Power. Gdy wysłannik „NME” sondował Maversa, czy ma cokolwiek dobrego do powiedzenia o „The La’s”, artysta rzucił tylko oschłym „nie”[22]. Bywał również mniej dyplomatyczny: „Wytwórnia zmiksowała to bez naszej zgody i z tego powodu ta płyta w ogóle mnie nie obchodzi. […] Jest w dużej mierze nudna i nieciekawa. Nie kupujcie jej, po prostu dajcie tę kasę nam”[23]. Przy innych okazjach poetycko porównywał całość do „węża ze złamanym kręgosłupem”[24], a swoje rozgoryczenie motywował następująco: „Płyta to wszystko, co pozostaje po śmierci”[25].

W październiku 1990 roku The La’s wyruszyli w tournée, które z przerwami trwało do grudnia roku następnego i objęło swym zasięgiem kontynentalną Europę, Wielką Brytanię, Japonię i USA, gdzie wystąpili nawet w programie telewizyjnym Davida Lettermana. Muzycy planowali drugi album, ale Maversowi nie spieszyło się do nagrywania, Power był zaś coraz bardziej znudzony graniem tego samego zestawu utworów. Basista odszedł z grupy w 1991 roku, bo jak sam uzasadniał, „cztery lata temu robiliśmy to samo, co teraz: te same piosenki, te same fryzury, to samo pieprzone podejście”[26]. Mavers uważał z kolei, że „w zespole brakowało solidarności”[27]. Lider usiłował ratować formację, dobierając do składu Jamesa Joyce’a, po czym rozwiązał The La’s, wycofał się z życia publicznego i poświęcił rodzinie. W latach 1994–95, 2005 i 2011 reaktywował grupę na sporadyczne koncerty w rozmaitych konfiguracjach osobowych, ale już nigdy nie powrócił z nią do studia nagraniowego.

Zespół paradoksalny

Chociaż funkcjonował niespełna dekadę i wydał tylko jeden album oraz cztery single, liverpoolski kwartet uznaje się za prekursora Britpopu i punkt odniesienia dla późniejszych przedstawicieli tego nurtu, takich jak Mansun, The Auteurs, Blur, Whiteout, Suede, Marion, The Bluetones, Gomez, The Supernaturals, Ocean Colour Scene, Travis, Sleeper, Menswear, Longpigs, Supergrass i Strangelove. Noel Gallagher z Oasis wprost przyznawał, że jego grupa „chce dokończyć to, co zaczęli The La’s” (to chyba nie przypadek, że wstęp do „The Importance of Being Idle” brzmi niemal tak samo jak pierwsze takty „Clean Prophet”). Wpływ The La’s wyszedł jednak daleko poza epokę britpopową i rozszerzył się na dokonania The Libertines, Arctic Monkeys i Fontaines D.C. Do zdeklarowanych wielbicieli formacji należą Eric Clapton i Johnny Marr, a przeróbki utworów Maversa wykonywali między innymi Pearl Jam, Robbie Williams, Sixpence None The Richer oraz The Boo Radleys.

Pod wieloma względami The La’s stanowili anomalię: szczyt ich kreatywności przypadł na okres, w którym największe triumfy święcili wykonawcy związani z ruchem rave’owymsceną Madchesteru oraz producenci nowatorskiej muzyki elektronicznej, a na horyzoncie rysowała się już nadchodząca dominacja amerykańskiego grunge’u. Otwarcie odwołując się do akustycznych brzmień, rozwiązań melodycznych i harmonicznych oraz archaicznych, chociaż sprawdzonych metod produkcji z lat 60. kontrastujących z wymuskanymi standardami studyjnymi przełomu lat 80. i 90., Mavers i spółka nie pasowali do czasów, w których przyszło im funkcjonować – i zarazem antycypowali britpopową, a szerzej również popkulturową modę na retro, która nadal trwa (Sharrock nie bez racji deklarował w 1989 roku, że „w pewnym sensie jesteśmy grupą przynależącą już do lat 90.”[28]). The La’s to zatem zespół poniekąd paradoksalny – taki, który był nie na czasie i jednocześnie wyprzedzał swój czas.

Paradoksalna jest też uwaga Maversa o tym, że „im bardziej zbliżasz się do doskonałości, tym bliżej ci do niedoskonałości”[29], ale to właśnie w niej zawiera się burzliwa historia nagrywania „The La’s” – opowieść o przekleństwach perfekcjonizmu i przegranej walce z własnymi obsesjami, chorobliwą pedanterią i wygórowanymi ambicjami (a także z narkotykami, z czego liverpoolczyk zwierzył się Danielowi Rachelowi[30]). Być może zresztą Mavers nie zgodziłby się z tą tezą. Powiedziałby raczej, że tworzona przezeń muzyka była ponadczasowa, ale miała pecha do nierozgarniętych producentów, zbyt nowoczesnych studiów nagraniowych i chciwych wytwórni płytowych. Najprawdopodobniej w ogóle odmówiłby wypowiedzi na ten temat, wszak od dekad unika kontaktów z mediami, podążając drogą wytyczoną przez Nicka Drake’a, Syda Barretta, Briana Wilsona i innych twórców-outsiderów, którzy najpierw rzucili na kolana publiczność, a potem bez słowa odwrócili się do niej plecami.

 


Przypisy:
[1]     Zob. T. Graves, „Have Mersey”, „Rock & Roll Disc”, wrzesień 1991.
[2]     T. Doyle, „Mind Yer Car for £50,000 Mister?”, „Q”, 1997 (tłum. własne).
[3]     D. Rachel, „Isle of Noises: Conversations with Great British Songwriters”, London 2013, s. 374–376 (tłum. własne).
[4]     Ibidem, s. 382.
[5]     B. Todd, „Loner Lee Has The La’s Laugh”, „Daily Star”, 21 lipca 1999 (tłum. własne).
[6]     J. Reed, „The Difficult Birth of The La’s Album”, „Q” nr 154, lipiec 1999 (tłum. własne).
[7]     B. Stanley, „Single of the Week: The La’s – »Timeless Melody«, „Melody Maker”, 27 maja 1989, s. 32 (tłum. własne).
[8]     B. Stanley, „Side Lines”, „Melody Maker”, 10 czerwca 1989 (tłum. własne).
[9]     T. Doyle, „Mind Yer…”, op. cit.
[10]   J. Reed, „The Difficult…”, op. cit.
[11]   Zob. M.W. Macefield, „In Search of The La’s: A Secret Liverpool”, London 2003.
[12]   J. Reed, „The Difficult…”, op. cit.
[13]   T. Graves, „Have Mersey”, op. cit.
[14]   Zob. G. Arnold, „The La’s”, „Entertainment Weekly”, 5 kwietnia 1991.
[15]   Zob. G. Kot, „The La’s: »The La’s«”, „Chicago Tribune”, 14 lutego 1991.
[16]   Zob. R. Christgau, „Consumer Guide”, „The Village Voice”, 30 lipca 1991.
[17]   Zob. S. Maconie, „The La’s: »The La’s«”, „NME”, 6 października 1990, s. 54.
[18]   Zob. A. Harrison, „The Scally Army”, „Select” nr 5, listopad 1990, s. 98.
[19]   S. Jelbert, „Pop: The One and Only”, „The Independent”, 26 stycznia 2001, s. 16 (tłum. własne).
[20]   B. Todd, „Loner Lee…”, op. cit.
[21]   D. Quantick, „Some Mavers Have ’Em”, „NME”, 3 sierpnia 1991 (tłum. własne).
[22]   S. Dalton, „Material World”, „NME”, 24 listopada 1990 (tłum. własne).
[23]   T. Graves, „Have Mersey”, op. cit.
[24]   S. Maconie, „This Could Be The La’s Time”, „NME”, 20 października 1990 (tłum. własne).
[25]   P. Moody, „There He’s Gone”, „NME”, 15 kwietnia 1995 (tłum. własne).
[26]   J. Wright, „Latest Liverpudlian Sensations”, „HMV”, czerwiec 1991 (tłum. własne).
[27]   B. Todd, „Loner Lee…”, op. cit.
[28]   B. Stanley, „Side Lines”, op. cit.
[29]   R. Dimery (red.), „1001 albumów muzycznych. Historia muzyki rozrywkowej”, tłum. M. Bugajska, J. Topolska i J. Wiśniowski, Poznań 2017, s. 638.
[30]   Zob. D. Rachel, „Isle of…”, op. cit., s. 384.