To jedno z ciekawszych znalezisk jubileuszowych. W ostatnich dwóch latach sporo szperaliśmy w naszych archiwach i przeczesywaliśmy historycznoliterackie tomy w poszukiwaniu śladów historii Czasu Kultury (zapisuję bez cudzysłowu, bo chodzi nie tyle o jedno z czasopism, ile o środowisko skupione wokół tego periodyku). W trakcie kwerend natrafiłam na informację z listopada 1994 roku o powstaniu konsorcjum czasopism literackich. Inicjatorem przedsięwzięcia była redakcja nieodżałowanego kwartalnika „Kresy”, a w skład weszły – obok redakcji „Kresów” i „Czasu Kultury” – także „Dialog”, „Literatura na Świecie”, „Pracownia”, „Znak” i „Krytyka”. Niewiele więcej konkretów udało mi się ustalić. „Kalendarium życia literackiego” odnotowuje, że celem konsorcjum była wymiana informacji na temat kolportażu, przepisów prawnych i tłumaczeń. Kiedy próbowałam podpytać o nie redaktorów „Czasu Kultury” z tamtego okresu, pamiętali strzępki informacji: że było dużo mniej oficjalne i sformalizowane – zamiast działalności organizacyjnej konsorcjum skupiło się na organizowaniu paneli i wydarzeń.
Jednym z takich wydarzeń był jubileusz dziesięciolecia „Czasu Kultury” – w kwietniu 1995 roku odbyło się z tej okazji w Poznaniu Sympozjum Redaktorów Pism Literackich oraz wystawa w Bibliotece Raczyńskich. Polska Bibliografia Literacka podpowiada, że było to wydarzenie nieprzeoczone (kilka tematycznych relacji – jedna z nich, autorstwa Krzysztofa Vargi, nosi symboliczny tytuł „Czasy konsorcjum”). W trakcie sympozjum odbyło się robocze spotkanie redaktorów pism tworzących konsorcjum. Jarosław Klejnocki w artykule „Nowe spojrzenie” w dodatku kulturalnym do „Polityki” podsumowywał, że „z całej rozmowy krytyków wyłonił się – niejako na przekór dość powszechnym narzekaniom na kryzys – całkiem przyzwoity obraz”. Ten ostatni dotyczył młodej literatury, ale przez jej pryzmat pisma mówiły przecież o postrzeganiu własnej kondycji.
Dlaczego wspominam o tym wszystkim – skoro szkic ten ma nie traktować o konsorcjum (może kiedyś…), ale podsumować jubileuszowy cykl „Poza centrum”, który prowadziliśmy w „CzasKultury.pl” w poprzednim roku? Fakt, łatwo dostrzec tu proste połączenia: okrągły jubileusz obecnego kwartalnika papierowego, wystawa w Bibliotece Raczyńskich (zmontowana przez nasz zespół „Czterdzieści powodów do świętowania i piętnaście kolejnych”; odnotowuję ją tutaj dla tych, do których nie dotarliśmy z tą wieścią), rozmowy redaktorów i redaktorek – które albo pozwalałby mówić o jakimś kole historii życia literackiego czy poczuciu déjà vu, albo stanowiłyby po prostu podstawę zgrabnego chwytu retorycznego na zagajenie tekstu. Ale jak na wstęp do szkicu, za bardzo mi się ten kontekst rozrasta – i nie chciałabym go skracać. Jest to bowiem quasi-diagnoza. Ważne wydaje mi się to, że rozmawiamy między redakcjami o warunkach, w których wydajemy pisma – że, jak się okazuje, robimy to nie od zeszłego roku czy od jeszcze wcześniejszego (pozdrawiam kolegów z „Dwutygodnik.com”, „Dialogu” i „Szumu”, z którymi zasiedliśmy do rozmowy w urodziny „Dwutygodnika”, pisma o rok starszego od „CzasKultury.pl”), czy jeszcze wcześniej. Rozmawiamy ze sobą o tym od trzydziestu lat!
I chcieliśmy rozmawiać dalej. Kiedy planowaliśmy cykl „Poza centrum”, zależało nam na refleksji nad różnymi formami decentralizującymi kulturę oraz na wspólnotowej wymianie doświadczeń. Dlatego zaprosiliśmy do rozmów inne redakcje – były to czasopisma zarówno młode, jak i starsze od nas, wydawane zarówno przez nieformalne grupy, jak i NGO-sy oraz instytucje samorządowe, zarówno w ośrodkach poza centrum, jak i w Warszawie czy Krakowie, ale funkcjonujące mimo to na peryferiach. Ostatecznie odbyło się siedem rozmów: z „Małym Formatem”, „artPAPIEREM”, „Soberem Polskim” (dawniej: „Stonerem Polskim”), „Zakładem”, „Popmoderną” „Epeą” i „Kulturą Enter”. Mimo chęci nie udało nam się porozmawiać ze wszystkimi, z którymi zamierzaliśmy (żałujemy!), na co wpływ miały kwestie terminowe (kalendarze są przepełnione, ramy projektu były ograniczone), formalne (dostępne środki etc.), a także losowe (ktoś się rozchorował, ktoś akurat nie mógł). Od początku wiedzieliśmy, że nie możemy dążyć do całościowego ujęcia – nie stworzymy panoramy ani nie zbierzemy danych mogących posłużyć do „raportu z pola”. Nie o to zresztą nam chodziło.
Świętując jubileusz, raz jeszcze uświadomiliśmy sobie, że dla redakcji „CzasKultury.pl” zawsze ważne były poznańskość i poznańska siedziba (stąd czerwcowy spacer po siedzibach redakcji i innych miejscach „śladami Czasu Kultury”). W codzienniku „CzasKultury.pl” był zresztą poświęcony mu osobny dział – zakładka „Podskórny Poznań” – co wynikało z potrzeby chwili i ówczesnego układu sił w kulturze. Przekształcając się w dwutygodnik, zdecydowaliśmy, że nie robimy osobnego działu, który z jednej strony uwypukla, a z drugiej gettoizuje poznańską kulturę. Poznań – jak każdy inny ośrodek i każda inna siedziba redakcji – funkcjonuje w sieci ogólnopolskich działań kulturalnych. Im bardziej ukrywamy naszą lokalność, tym bardziej podkreślamy, jak ważne jest nasze usytuowanie. Wiedzieliśmy, że podobnych nam redakcji jest wiele. Takich, które nadają spoza centrum pojętego geograficznie, instytucjonalnie czy formalnie. A może jeszcze w inny sposób? Chcieliśmy ich zapytać o to, co oznacza dla nich bycie „poza centrum”.
Jako aktywni uczestnicy życia kulturalnego widzimy, że dzisiejsza kultura jest (ponownie? czy była taka zawsze?) bardzo scentralizowana – tym mocniej doceniamy nasze, i każde, zajmowanie pozycji poza centrum. Rozproszenie geograficzne, instytucjonalne czy formatowe uważamy za istotne samo w sobie, jako akt przeciwdziałania centralizacji kultury. Zjawisko centralizacji, rozmaicie pojmowanej (czy to z perspektywy życia literackiego, jak zrobili to Janusz Sławiński, a następnie Przemysław Czapliński, czy to z perspektywy polityki kulturalnej, jak ujęli to Iwona Kurz i Igor Stokfiszewski), zyskało już swoją osobną wiązkę tekstów i raportów – nie będę jednak sięgać po nie w tym tekście. Jedynym puntem odniesienia są tu wypowiedzi innych redaktorek i redaktorów, które stworzyły polilog pełen ciekawych wniosków co do taktyk ustawiania się poza centrum – zarówno spodziewanych, jak i mniej spodziewanych sposobów rozumienia tytułowej dla cyklu formuły.
Oczywiste było, że usytuowanie poza centrum oznacza umiejscowienie siedziby redakcji poza Warszawą czy Krakowem (a także Wrocławiem, który jako jedno z czasopiśmienniczych centrów wskazał Jacek Wiaderny, co mogłoby chyba zaskoczyć redakcję „Zakładu”) – czasopisma działają także w Białymstoku („Epea”), Lublinie („Kultura Enter”) i Katowicach („ArtPapier”), a mieliśmy ochotę, by odwiedzić jeszcze północny zachód, by porozmawiać z zielonogórskim „ProLibris” i szczecińskim „Elewatorem” (ostatecznie rozminęliśmy się terminowo, ale obie redakcje serdecznie pozdrawiamy). Takie proste rozumienie ciekawie kontrowały redakcje z Warszawy czy Krakowa, które choć geograficznie przynależą do centrum, oddalają się od niego pod wszelkimi innymi względami. Redaktorzy krakowskiego „Stonera/Sobera” mówili o byciu poza mainstreamem estetycznym:
literatura i sztuka same w sobie są niszą, my postanowiliśmy zająć się niszą niszy i publikować rzeczy eksperymentalne w bardzo konkretnej, stonerowej estetyce. Być może funkcjonowanie bliżej centrum pozwoliłoby nam dotrzeć do większej liczby czytelników, ale bardziej zależy nam na tworzeniu magazynu z „charakterem”, który sami chcielibyśmy czytać.
Krakowska redakcja „Popmoderny” uzupełniała, że chodzi także o deklarację tematyczną: „[…] brakowało nam sensownej, interesującej i kompetentnej refleksji o zagadnieniach, które nie zawsze są »godnym obiektem« klasycznej krytyki literackiej”. W optyce tego czasopisma funkcjonowanie w centrum może być z założenia wymierzone przeciw zasadom centrum:
Gdy zaczynaliśmy, mogliśmy mieć silniejsze poczucie bycia „obok” oficjalnej kultury – i to było coś, co nas napędzało, w taki zupełnie młodzieńczy sposób. […] budowaliśmy naszą pozycję w poprzek tej oficjalnej, krakowskiej opowieści. Byliśmy poza miejską polityką kulturalną. […] Nigdy nie wpisaliśmy się w krakowską formułę, która – stereotyp czy nie – jest specyficzna. Dla niektórych byliśmy „zgniłym jajem”. Trudno nas było wpasować w cele, szyldy, emblematy, a takie próby były. Nie chcę robić z nas bohaterskich partyzantów, ale byliśmy w tym względzie oporni.
Warszawski „Mały Format” z kolei, rozumiejąc bycie poza centrum na płaszczyźnie formy, wskazywał nie tyle na „obiekty poza zainteresowaniem krytyki”, ile na samą krytykę literacką/kulturalną, która usuwa się z mainstreamowych publikacji:
Chcieliśmy stworzyć coś małego, ale odpowiadającego naszym wyobrażeniom o profesjonalnej krytyce literackiej. Przyświecała nam też powaga w podejściu do literatury jako zjawiska istotnego i wymagającego refleksji. To był moment, kiedy coraz częściej pojawiały się krótkie notki prasowe czy omówienia książek sprowadzające się do kilku zdań. My chcieliśmy iść w przeciwną stronę: proponować szkice, eseje, rozmowy, które wymagały od czytelnika dłuższego zaangażowania. To był dla nas punkt odniesienia – gdy na przykład Justyna Sobolewska czy Michał Nogaś publikowali recenzje na dwa akapity, my pisaliśmy teksty do przeczytania w dwadzieścia minut.
Przy tej okazji zaobserwowaliśmy, że wspólna dla kilku redakcji okazała się refleksja nad tym, iż samo pozostawanie w medium czytanym, czyli trwanie przy formule czasopisma, a nie na przykład podcastu, jest w jakimś sensie aktem sytuowania się poza centralnym obiegiem. Odsłoniło to jeszcze inne rozumienie centrum – tego z przymiotnikiem „medialne”, zarządzanego przez algorytmy i kierowanego logiką ekonomii. Na rynkowe rozumienie centrum – które oznaczałoby, że publikowanie krytyki literackiej (ale także teatralnej, muzycznej czy filmowej) to zajmowanie niższej pozycji w ramach, jak ujął to Kamil Kawalec, „hierarchii w niszy” – naprowadził nas Wiaderny: „Centrum nie jest zresztą obecnie duże […] – to kilka wydawnictw i wielcy dystrybutorzy […] nadal funkcjonujących w logice rynku, choć dalekich od wielkiego biznesu”. Łączy się to z cechą charakterystyczną dla funkcjonowania poza centrum: kwestią niedofinansowania i – wynikającą z niezależności od większych organizacji czy instytucji – niepewnością instytucjonalną.
Na tym tle ciekawie brzmi głos redaktorów katowickiego „artPAPIERU”, u których bycie poza centrum wywołuje emocjonalny spokój. Centrum przynosi oczywiście zaletę stabilności (choć, jak punktował Wiaderny, zawsze ma ona polityczną datę ważności i zależna jest często od jednej decyzji urzędniczej lub korporacyjnej), natomiast według Kamili Czai wymaga konformizmu:
Miałabym obawy przed centrum – z koniecznością dookreślenia rzeczy, których nie lubimy dookreślać. Lubimy płynność, zmienność, szeroką granicę tego, co robimy. A funkcjonowanie w centrum mogłoby oznaczać rezygnację z peryferyjnej niezależności. By działać na dużą skalę, z dużą rozpoznawalnością, trzeba być zależnym od jakiejś instytucji i funkcjonować zupełnie inaczej.
Jeszcze szerzej na zagrożenie płynące z centrum wskazywała Aleksandra Zińczuk:
Centralizacja sprzyja tylko władzy, szczególnie autorytarnej. Wszelkie pozacentrowe inicjatywy mają moc budowania wspólnoty. Również takiego wolnościowego chodzenia niekoniecznie odgórnie wyznaczonymi przez mainstream drogami. […] [Na peryferiach] istnieje więcej okoliczności sprzyjających do pogłębionej refleksji, spokojnego tworzenia, dostrzeżenia innej perspektywy czy bycia bliżej realnych wyzwań i ludzi.
Wypowiedź redaktorki „Kultury Enter” odsłania ważną – i pozytywną – cechę bycia poza centrum. Jest nią możliwość połączenia dwóch wartości, które w ramach mainstreamu definiowane są antagonistycznie: niezależności i wspólnotowości.
Był to drugi z celów przyświecających naszemu cyklowi: sprawdzić, jak możemy, celebrując swoje niezależności i szanując autonomię, zarazem budować sojusze. Czego możemy się nawzajem od siebie uczyć, skoro funkcjonujemy poza centrum także w sensie zawodowym?
Dlatego pytanie o to, jak redakcje rozumieją bycie poza centrum, padało pośród gąszcza bardziej standardowych pytań: o relacje z autorami i autorkami, o formułę spotkań redakcyjnych, o finansowanie działalności, o emocje związane z pracą… Ani prowadząca cykl autorka, Dominika Górko, ani nasza redakcja nie oczekiwała, że w ramach opowieści o tych kwestiach sformułowany zostanie manifest lub program naprawczy (były ku temu inne okazje, takie jak Ogólnopolski Protest Czasopism). Że padną tu kwestie zupełnie nowe, inne niż te, o których rozmawiamy od dawna. Owszem, część poruszonych kwestii – nie wszystkie! – była jakoś znana, może nawet spodziewana. Ale o to właśnie chodziło, by je sobie ponownie opowiedzieć. By posłuchać o codziennych praktykach – i tych dobrych, i tych wymagających poprawy, ale ogólnie dających, na przekór kryzysom, całkiem przyzwoity obraz (by posłużyć się formułą Klejnockiego podsumowującą rozmowę z 1995 roku). Tak długo, jak je sobie opowiadamy, nasza praca zachowuje żywotność (o czym mówił Mateusz Witkowski z „Popmoderny”).
Nieprzypadkowo w formułowanych w ramach cyklu życzeniach dla wszystkich – nie tylko świętujących jubileusz – czasopism padały słowa o mocy wspólnoty, o tym, że „siedzimy w tym razem” (tytuł rozmowy z „Zakładem”). Piotr Janicki, redaktor „Epei”, zwięźle powiedział: „Bycie poza centrum to jak siedzenie przy najbliższym nam i nas stole”. Dobrze, że możemy przy tym stole rozmawiać. I zapraszamy kolejne redakcje, by się do tej rozmowy dosiadać. Będziemy to przecież to robić dalej, przez co najmniej piętnaście lub kolejnych trzydzieści lat.
PS A jednak mały manifest w ramach cyklu powstał – sprezentował go nam Kamil Kawalec z „Zakładu”:
Zamiast pokazywać, co nas odróżnia […], wolałbym podkreślić to, co nas łączy – i jest to dbałość o osoby autorskie, literaturę i uszanowanie czasu, który osoby odzywające się do nas poświęcają, obdarzając nas pewnego rodzaju kredytem zaufania. Myślę, że współcześnie warto skupić się na podobieństwach i jakoś rozumianej wspólnocie, środowisku. Nie jest to próba wymigania się od odpowiedzi, ale może taki mały manifest. Nieustannie szukamy elementów, które się od siebie czymś różnią. To bolączka współczesności: wciąż szukamy czegoś nowego, a gdy to dostaje etykietę, od razu staje się elementem konkurencji i porównań. A przecież dzielimy podobne wartości i to one nas w pewnym sensie konstytuują. Nie tyle sposoby realizacji określonych założeń, które mogą być wyraźnie specyficzne, ile właśnie ten wspólny element sprawiający, że w rzeczywistości […] siedzimy na tym samym liściu drzewa […].
To perspektywa bardzo mi bliska.