Z Jackiem Wiadernym, redaktorem „Małego Formatu”, rozmawia Dominika Górko
Jacek Wiaderny: „Mały Format” powstał jako studencka inicjatywa, w znacznie mniejszym gronie niż dziś go tworzące. Na początku tworzyliśmy go wspólnie z Andrzejem Frączystym i Kubą Nowackim, a także z Natalią Przybysz, odpowiedzialną za ilustracje, oraz Gniewkiem Wycichowskim-Kuchtą, który zajmował się sprawami prawnymi. Do składu należały też Karolina Płocharska, zajmująca się grafiką strony i logotypem, i Zosia Rusinowska, która przygotowała stronę jako programistka. To było siedem lat temu. W kolejnych latach przez redakcję przewinęły się jeszcze Paulina Chorzewska i Małgorzata Tarnowska.
Na początku „Mały Format” miał charakter sprofesjonalizowanej inicjatywy akademickiej. Określenie „studencka” odnosi się do naszych zasobów i sytuacji, a „profesjonalizacja” stanowiła dla nas największą wartość i ambicję. Chcieliśmy stworzyć coś małego, ale odpowiadającego naszym wyobrażeniom o profesjonalnej krytyce literackiej. Przyświecała nam też powaga w podejściu do literatury jako zjawiska istotnego i wymagającego refleksji.
To był moment, kiedy coraz częściej pojawiały się krótkie notki prasowe czy omówienia książek sprowadzające się do kilku zdań. My chcieliśmy iść w przeciwną stronę: proponować szkice, eseje, rozmowy, które wymagały od czytelnika dłuższego zaangażowania. To był dla nas punkt odniesienia – gdy na przykład Justyna Sobolewska czy Michał Nogaś publikowali recenzje na dwa akapity, my pisaliśmy teksty do przeczytania w dwadzieścia minut.
Obecnie nasz zespół jest liczniejszy, choć w międzyczasie kilka osób odeszło – w ostatnich latach do redakcji dołączyli kolejno Krzysiek Sztafa, Basia Rojek i Karolina Kulpa, a korektą na stałe zajmuje się Lidia Nowak. To, że jest nas więcej, wynika po części z ograniczeń czasowych – każda i każdy z nas ma mniej dostępności, więc podzieliliśmy się obowiązkami.
Większy skład to także zaleta: mamy szersze spektrum doświadczeń, pomysłów i wrażliwości. Choć wszyscy jesteśmy w pewien sposób związani z akademią, różnimy się wiekiem i etapem życia. Krzysiek jest nieco starszy, Basia trochę młodsza, Karolina – mniej więcej w moim wieku. Od pewnego czasu funkcjonujemy również jako organizacja z księgowością, przychodami i nie potrzebujemy już tak intensywnej opieki prawniczej jak na początku.
Nasze funkcjonowanie można określić jako „nomadyczne”. Choć większość z nas mieszka obecnie w Warszawie, nie oznacza to, że spotkania są łatwe do zorganizowania. Zebranie siedmioosobowego zespołu w jednym czasie i miejscu – niezależnie od miasta – to wyzwanie. De facto spotykamy się fizycznie raz na kilka miesięcy. Na co dzień pracujemy online, organizując kolegia redakcyjne. Przez chwilę próbowaliśmy działać wyłącznie za pośrednictwem Slacka, ale przy inicjatywie tak silnie opartej na żywym dialogu to się nie sprawdziło. Działalność zdalna pozwala nam na kontynuowanie pracy, ale ma swoje ograniczenia – zwłaszcza jeśli chodzi o intensywność zaangażowania czy twórczą energię, która rodzi się w bezpośrednich spotkaniach. To strata nie tylko merytoryczna, ale też „zajawkowa”, emocjonalna. Życie redakcyjne w fizycznym sensie to coś, czego nam brakuje – nie tylko towarzysko, ale również intelektualnie.
Posługujemy się mottem „krytyka literacka i społeczna” – ono dobrze oddaje nasz obecny profil. Interesuje nas krytyczne spojrzenie zakorzenione w różnych dziedzinach humanistyki. Literatura pozostaje dla nas kluczowym punktem odniesienia, ale myślimy o niej szeroko – jako praktyce kulturowej, osadzonej w kontekstach społecznych i politycznych.
Zdarza się, że publikujemy teksty o charakterze reportażowym – zwłaszcza gdy mowa o zjawiskach, które nas bezpośrednio dotyczą jako środowiska. Nie wysyłamy reporterów na protesty rolników ani nie relacjonujemy strajków hutników, ale jeśli odbywa się okupacja akademika lub protest studentów – jesteśmy obecni. Publikujemy też teksty o charakterze interwencyjnym, jak ostatnio wywiad z Enzo Traverso, dotyczący konfliktu palestyńsko-izraelskiego. To była rozmowa z historykiem idei, ale osadzona w aktualnym kontekście politycznym. Obecnie nasza działalność dzieli się mniej więcej po równo między teksty literackie a społeczne.
Co nas wyróżnia? Myślę, że pewna oldschoolowość. Publikujemy teksty nienaukowe, ale pogłębione – nie przechodzą one recenzji akademickiej, choć wiele z nich by ją bez problemu przeszło, gdyby uzupełnić w nich przypisy. Nasza nowomedialność jest dość ograniczona: nie jesteśmy obecni na TikToku, nie robimy virali. Gdybyśmy mieli więcej zasobów, może organizowalibyśmy to inaczej – ale pewnie nadal w każdym materiale umieszczalibyśmy link do dłuższego tekstu.
Nie chcę powiedzieć, że długie formy w Internecie umierają – ale z naszych danych wynika, że ich popularność maleje. Trudno powiedzieć, czy nastąpi renesans takiej lektury. Dla nas ważne jest podtrzymywanie tej formy, nawet jeśli nie wpisuje się w dominujące trendy. Staramy się trwać przy tym, co uważamy za istotne – niezależnie od algorytmów.
Na początku działaliśmy zupełnie oddolnie, wręcz partyzancko. Wszystko opierało się na zaufaniu, uprzejmości i umiejętnie wykorzystywanych miękkich kompetencjach humanistycznych. Byliśmy w tym, myślę, całkiem nieźli.
Mieliśmy też przekonanie, że jeśli tworzymy wartościowe treści – redagujemy je solidnie, dbamy o stronę graficzną – to nie ma nic wstydliwego w zwracaniu się do uznanych autorów. W efekcie często otrzymywaliśmy ich teksty bez formalnych umów czy honorariów.
Z czasem zaczęliśmy pozyskiwać niewielkie granty i organizowaliśmy zbiórki crowdfundingowe, które pozwalały nam pokryć podstawowe potrzeby. Ostatnio zyskaliśmy większą stabilność.
Z naszej perspektywy jednym z niewielu przykładów dobrej zmiany po 15 października 2023 roku jest reforma Instytutu Książki i sposób dysponowania środkami na literaturę. Dzięki temu mamy obecnie przyzwoity budżet, który wystarcza na godziwe honoraria. Za dwa lata wypadają jednak kolejne wybory – moja wypowiedź ma więc określoną datę ważności.
Obecnie jesteśmy małą, stabilną organizacją – jeszcze nie instytucją, ale działającą w przewidywalny sposób. Mamy świadomość, jak aplikować o środki i jak nimi gospodarować. Honoraria, które oferujemy, są przyzwoite na tle rynkowych. Oczywiście wiele rzeczy robimy nadal z potrzeby ducha, zwłaszcza jeśli chodzi o pogłębione numery tematyczne. Ale jeśli mowa o „reprodukcji” czasopisma, to dziś mamy na to środki. Nie oznacza to jednak pełnej stabilności. W gruncie rzeczy jesteśmy jedną zmianę na stanowisku ministra kultury od potencjalnego końca – w ramach mniejszych konkursów grantowych bardzo trudno dziś o pieniądze na teksty krytyczne (znacznie łatwiej zdobyć je np. na wydanie książek czy organizację wydarzeń). Wystarczy, że ktoś zmieni priorytety i przesunie budżet w innym kierunku. Gdyby tak się stało, prawdopodobnie nie bylibyśmy w stanie kontynuować działalności. Może zrobilibyśmy jeszcze zrzutkę na pożegnalny numer, ale na dłuższą metę byłoby to nie do utrzymania.
Tak, chociaż dziś rzadziej korzystamy z ilustracji autorskich. Częściej sięgamy po zasoby z otwartych baz – archiwalne materiały, ilustracje objęte licencją Creative Commons, czasami nasza naczelna ilustratorka Natalia Przybysz tworzy coś samodzielnie. Ta zmiana wynika z pragmatyki pracy i budżetu. Chcieliśmy, aby osoby przygotowujące ilustracje otrzymywały wynagrodzenie adekwatne do ich pracy – nie symboliczne stawki, lecz honorarium za realny wkład artystyczny, przestaliśmy więc traktować tworzenie grafik jako obowiązkowy proces związany z każdym artykułem. Staramy się jednak, by to, co się pojawia – nawet jeśli to zdjęcie archiwalne czy kolaż – miało związek z treścią i współgrało z tekstem. Czasem zdarza się, że ilustracja działa jak osobny komunikat estetyczny. Obecnie pracujemy też nad modernizacją strony. Wraz z częściową profesjonalizacją działalności pojawił się obowiązek wdrażania standardów dostępności – tak, aby osoby z różnymi potrzebami mogły swobodnie korzystać z naszych treści. Staramy się zrobić to tak, by nie stracić estetycznych walorów, które są dla nas istotne.
Dawniej byliśmy bardziej otwarci – przyjmowaliśmy więcej propozycji przesyłanych mailowo przez autorów, których nie znaliśmy. Dziś takie sytuacje zdarzają się rzadziej, a częściej zamawiamy teksty. Zbudowaliśmy przez lata pewien kapitał symboliczny i sieć współpracowników, dzięki czemu wiele znanych nam osób zgłasza się do nas z gotowymi propozycjami.
Nie ukrywam, że jesteśmy zmuszeni ograniczać liczbę przyjmowanych nadesłanych tekstów, ponieważ nie mamy zespołu redakcyjnego, który mógłby w pełni się nimi zająć. Gdybyśmy dysponowali większym budżetem, organizowalibyśmy coś na kształt call for papers, może zatrudnilibyśmy osobę odpowiedzialną za pierwszy kontakt z autorami. Obecnie jednak staramy się zachować higienę pracy i unikamy sytuacji, w których redakcja musiałaby spędzać tygodnie nad jednym tekstem. Oczywiście, jeśli trafi się propozycja wyjątkowa – podejmujemy się pracy, nawet jeśli wiąże się ona z dużym nakładem czasu. Ale na ogół staramy się działać bardziej przewidywalnie, współpraca z autorami, których znamy, pozwala na elastyczność i wyczucie. Łatwiej wówczas ocenić, czy ktoś rzeczywiście jest gotów napisać tekst, czy to tylko luźny pomysł. Taka komunikacja ogranicza liczbę nieudanych publikacji, co jest korzystne dla wszystkich: autora, redaktora i czytelnika.
Chcielibyśmy w przyszłości otworzyć się bardziej, ale nie chcemy sygnalizować otwartości, której nie jesteśmy w stanie realnie obsłużyć. Nie chcemy odrzucać 99% tekstów i zniechęcać autorów, zwłaszcza tych młodszych, którzy dopiero się uczą. To trudne, bo zdajemy sobie sprawę, że pisania i krytyki trzeba się gdzieś nauczyć – ale nie jesteśmy obecnie miejscem, które może pełnić taką funkcję.
Tak, myślę, że to forma kryzysu demograficznego w warunkach kultury. Kiedyś niedziałający już „Kontent” włączał w skład redakcji kolejne młodsze osoby, co było bardzo wartościowe. „Dwutygodnik” organizował inicjatywy szkoleniowe, czasem wznawiają się pisma otwarte na mniej rozpoznawalnych autorów, takie jak „Popmoderna” czy „Niewinni Czarodzieje”.
Tak. Poza wymienionymi przez nas inicjatywami możliwości nauki jest niewiele.
Tych momentów było kilka – zarówno pozytywnych, jak i trudnych. Do tych pierwszych na pewno należą początki, gdy kapitałem była mieszanka entuzjazmu i pewnej bezczelności. To był inny moment w kulturze – więcej się działo, było więcej sporów i inb, także w literaturze. Jednym z wydarzeń, które dobrze pamiętam, była nasza interwencja wobec Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Zwróciliśmy uwagę na brak kobiet wśród nominowanych i opublikowaliśmy własne kontrlaudacje dla poetek, które znalazły się w szerokim zestawieniu, ale nie trafiły do finału. Było wokół tego sporo dyskusji – również z osobami ze środowiska krakowskiego, które znaliśmy głównie z nazwiska. Wtedy czuliśmy, że coś się dzieje. Z czasem pojawiły się też cykliczne inicjatywy, które urosły do rangi małych świąt literackich. Na przykład roczne podsumowania poetyckie Jakuba Skurtysa – wcześniej publikowane w „ArtPapierze” – przeniosły się do nas i zaczęły generować duże zainteresowanie. To były ważne momenty – i dla nas, i dla środowiska skupionego wokół poezji. Dziś mam wrażenie, że krytyka coraz bardziej usuwa się z centrum kultury…
Trudno mi mówić o misji w wielkich słowach. Jeśli miałbym ją określić, byłoby to podtrzymywanie formy, która jest nam bliska: krytycznej, pogłębionej, uważnej. Jednocześnie nie chcemy popadać w modernistyczne zadęcie: skoro czytelnicy nie klikają, to zaczniemy pisać tylko dla siebie, bez troski o komunikatywność. Staramy się zachować balans i szukać takich miejsc, w których jeszcze można spotkać czytelnika. Takich, gdzie ta praca nie będzie tylko gestem wobec autorów i autorek książek, ale też czymś, co realnie rezonuje.
To truizm, ale dopóki istnieją czytelnicy gotowi poświęcić czas na lekturę takich tekstów, warto je tworzyć. Sam, kiedy czytam coś poza pracą, rzadko sięgam po książki, o których wcześniej nie słyszałem. Nie mam na to czasu. Wolę zajrzeć do czasopism, którym ufam – to pomaga w selekcji. I to, moim zdaniem, jest jedna z ważnych funkcji takiej krytyki: ułatwia wybór i wspiera refleksję.
Myślę, że kiedyś byliśmy paradoksalnie bliżej centrum – tyle że polemicznie. Wchodziliśmy w spory, próbowaliśmy się rozpychać, ale centrum pozostało ciągle punktem odniesienia. Dziś lepiej nam na marginesie, czujemy się tu u siebie. Centrum nie jest zresztą obecnie duże, opisywał to niedawno na naszych łamach Marcin Bełza – to kilka wydawnictw i wielcy dystrybutorzy, którzy razem generują mniej niż jedną trzydziestą wartości polskiego rynku piwa. W literackim polu to na przykład wydawnictwo Czarne – sprzedające po kilka tysięcy egzemplarzy książek i nadal funkcjonujące w logice rynku, choć dalekie od wielkiego biznesu. Sam rynek poleceń i omówień też jest gdzieś indziej, na bookstagramie i TikToku, czasem na stronach facebookowych w rodzaju profilu Mariusza Szczygła, czyli na kanałach przede wszystkim tożsamościowych (choć na bookstagramie mniejszościową pozycję zajmują profile oferujące pogłębioną refleksję, o których warto pamiętać).
Jesteśmy zdecydowanie mniejsi niż „Dwutygodnik” – tak na oko z pięć razy mniejsi. Mniejsi też niż „CzasKultury.pl” – powiedzmy dwa, trzy razy. Ale więksi od innych rówieśniczych inicjatyw, które już zniknęły: „Kontentu” czy „Wizji” lub od „Sobera Polskiego” (kiedyś „Stonera Polskiego”) ostatnio publikującego bardzo nieregularnie.
Z nowszych przykładów warto wspomnieć o nowym, warszawskim piśmie „Pole”, które działa bardzo sprawnie i otrzymało nawet nieco większą dotację niż my. To cieszy. W tym sensie Warszawa trochę poprawia swój peryferyjny status w obszarze literatury – we Wrocławiu ukazuje się „Zakład Magazyn” oraz „Notatnik Literacki”, w Krakowie część zespołu po niesławnym „Nowym Napisie” weszła ostatnio w skład „Dziennika Literackiego”. Instytut Książki prowadzi też program tzw. czasopism patronackich, wśród których wiele zajmuje się literaturą.
Wszystkiego najlepszego! „CzasKultury.pl” jest nam bliższy niż na przykład „Dwutygodnik”, który znajduje się bliżej symbolicznego centrum. Rzadziej też mamy wobec tego pisma jakieś votum separatum. Zazdrościmy mu trochę stabilności – budżetowej i organizacyjnej. Płodozmian środków publicznych to jedno z niewielu zabezpieczeń, które umożliwiają planowanie w kulturze. Dlatego życzę „CzasKultury.pl” – i sobie, i wszystkim innym wartościowym czasopismom – nie tylko stabilności, ale też zaplecza, które pozwoliłoby przetrwać nawet wtedy, gdyby jedno źródło się wyczerpie. Czy to crowdfunding, czy wsparcie lokalne, czy po prostu symboliczny i społeczny kapitał. Takie bezpieczeństwo – jakkolwiek skromne – to dziś wielki luksus.