Dominika Górko rozmawia z Piotrem Janickim, redaktorem „Epei”
Piotr Janicki: Pracuję w Książnicy od czterech lat i nie uczestniczyłem w tym sejmiku. Kojarzę jednak, że białostockie środowisko literackie – dość wątłe, ale istniejące – zapragnęło reaktywacji „Epei”, którą swego czasu stworzył wieloletni dyrektor Książnicy, Jan Leończuk, wraz z prof. Wiesławem Szymańskim. Ludzie przyszli i powiedzieli pracownikom Książnicy: „zróbcie pismo jeszcze raz”, a Justyna Sawczuk z ówczesną panią dyrektor Jolantą Gadek wznowiły periodyk w nowym formacie, zapraszając do współpracy przede wszystkim autorów z Podlasia i tych zaprzyjaźnionych z regionem. Kiedy w 2021 roku zostałem zatrudniony w Książnicy, to zaraz też dołączyłem do redakcji „Epei”. Chwilę później Justyna odeszła, a ci, co zostali, postanowili stworzyć pismo konkurencyjne dla ogólnopolskich pism literackich. I dziś działamy dokładnie tak jak one: publikujemy twórczość autorów z całej Polski.
Конечно! Ważne jest to, że działamy właśnie tutaj – w Białymstoku i na Podlasiu. Sugerujemy się zresztą celami zapisanymi w statucie naszej instytucji i o miejscowych autorach pamiętamy. Okazuje się zresztą, że choć mniej cenieni, to są znakomitymi pisarzami i artystami. Z satysfakcją publikujemy ich twórczość. Ja sam odpowiadam w naszym dziale za wydawnictwa książkowe i zdarza się, że autorzy współpracujący z „Epeą” powierzają nam swoje książki do publikacji.
„Epea” to projekt dużej instytucji promującej czytelnictwo. W jej murach funkcjonuje dział promocji i wydawnictw – i to właśnie my stoimy za „Epeą”: Paulina Reszotko, Mona Al-Kaber, Magda Zabielska, szef Tomek Filipowicz i Dominik Sołowiej.
Jesteśmy instytucją i podlegamy jej rytmowi, ograniczeniom, również tym zapisanym w ustawach – jak choćby obowiązek dobrego gospodarowania pieniędzmi publicznymi. Sama instytucjonalność, choć wpływa na nasze działania, nie definiuje relacji z autorami i czytelnikami.
Zrozumiałe, że tak. Jednak kiedy poczytać nasze prezentacje na Facebooku, wtedy można dostrzec, że dajemy radę ugrzeczności.
Tak, zdarzyło się i zdarza. Przy czym te granice wyznacza nie opowiedzenie się tekstu po którejś ze stron politycznej polemiki, a niechęć redakcji do zagracania sfery sztuki.
Książnica ma swój budżet – i w nim zapisane są koszty „Epei”. Kilka razy, także w zeszłym roku, dostaliśmy ministerialne dofinansowanie.
Nie stawiamy sobie takich celów, by łączyć pokolenia pisarzy uznanych z debiutantami bądź pisarzami początkującymi, bo to może wprawiać w zakłopotanie. Gdyby przyjąć jakieś założenia, to można się podczas naboru pogubić. Każdy nabór tekstów jest inny, a ich wyniki są bardzo różne. Na przykład w poprzednim numerze było bardzo mało poezji, a w następnym będzie jej więcej. Poddajemy się tej krzywej…
Jeśli zaś pytasz o to, co nam podpowiadają serduszka, to one mówią jedną rumianą prawdę, że młodość zwycięży. Gdy publikujemy młodych, to są oni mniej doświadczeni o nasze doświadczenia. Fascynujące jest dla mnie uczucie, gdy ktoś zupełnie nieznany miesza nam w głowach. Problem zaś z autorami uznanymi jest taki, że ich znamy, i tu jest trudno o miłą niespodziankę.
Trochę odwrócę opowieść: my także lubimy mieszać w głowach. Piszesz prozę? Prosimy o wiersze. Ale jeśli piszesz wiersze, zrób kolaż. Wydaje ci się, że nie jesteś wystarczająco dobry? Zacznij inaczej pojmować dobroć. Nie przyjęli w wydawnictwie twoich tekstów? Pokaż je nam.
Sądzę, że dajemy naszym autorom coś, co można nazwać wiarą, wsparciem i tym podobnymi rzeczami, oczywiście poza przypadkami, kiedy z autorami nie dogadujemy się albo przestajemy się dogadywać, bo i tak się zdarza.
Zajmujemy się też kumoterstwem, czyli wymieniamy usługi, bo to jest bardzo zdrowe. Coś dajemy, coś dostajemy, gdzieś pojedziemy, więc coś pokażemy. Sądzę, że jest to i właściwa postawa, i powszechna.
Ta nasza czasowość wynika też z tego, że autorzy, którzy u nas publikują, skłonni są, by wskazywać „Epeę” jako nienajgorsze miejsce do publikacji. Poza tym myślę, że wciąż działa, jak to nazwać, fetysz, że papier jest czymś lepszym niż strona internetowa, a że dzięki współpracy z Pawłem Stasiewiczem, który zmienił nam layout, mamy przepiękne w tej chwili pismo… Tak piękne, jak wszystkie inne pisma papierowe w Polsce.
Za chwilę będzie można przeczytać ją jeszcze wygodniej. Odłączymy „Epeę” od www.ksiaznicapodlaska.pl, bo potrzebujemy raczej czytnika niż pola informacyjno-promocyjnego z jego złożonością.
Wszystko jest tak samo ważne i tak samo nieważne. Chodzi o to, że zakładamy różne scenariusze. W jednym z nich, tym bez środków finansowych albo z minimalnymi, „Epea” ostanie się jako portal.
A bardzo różnie. Standard jest jednak taki: zanim teksty trafią do redakcji i fachowej korekty Eweliny Biernaś, sami się w nie wczytujemy i rozmawiamy z autorami. Staramy się doprowadzić tekst do takiego stanu, by redaktor i korektorka dostali materiał możliwie gotowy. Ani ja, ani Paulina nie jesteśmy redaktorami zawodowymi, ale od lat zajmujemy się literaturą i coś tam kumamy.
Nie dotyczy to wszystkich autorów – są tacy, przy których wciąż czujemy, że musimy się wiele uczyć. Dostajemy jednak bardzo dużo zgłoszeń, więc nie mamy czasu, by samodzielnie wyszukiwać autorów w mieście czy w świecie. A staramy się autorów „dopieszczać”: po rozmowach ze mną dostają wersję po pierwszej redakcji Eweliny, potem kolejną – już w złożonym numerze. Chodzi o to, by wspólnie zrobić wszystko, żeby było jak najmniej błędów. To jest bardzo czasochłonna praktyka, ale póki możemy, tak właśnie działamy.
„Epea” ukazuje się dwa razy do roku. Mniej więcej przed wakacjami i mniej więcej przed Bożym Narodzeniem. Próbowaliśmy pismo wydawać częściej, ale to zaczynało nas przytłaczać i kilkakrotnie się nie udało. Wolimy więc pozostać przy nieregularniku – także dlatego, że daje on pewną wolność i spontaniczność. Regularne pismo, które wychodzi co miesiąc czy co kwartał, przypomina bardziej pociąg do Łodzi niż łazika w Karkonoszach.
Oczywiście, jeśli dostajemy dofinansowanie z ministerstwa, musimy się zmieścić w terminach. Ale nie sądzę, że powinniśmy ukazywać się częściej – literatury i tak jest więcej, niż przeciętny miłośnik jest w stanie przeczytać. Szkoda by było, gdyby numer zniknął niezauważony.
Niewiele wiem o życiu literackim w Białymstoku lat 90., to znaczy moich studenckich. Niewiele o nim wiem także dziś…
Nasi czytelnicy są, kim są, gdy biorą do ręki inne pisma. Więc albo ludźmi z ambicjami czytelniczymi, albo ludźmi z ambicjami pisarskimi, albo ciekawskimi literatury czy sztuki. Nie wydaje mi się, żebyśmy mieli jakichś specyficznych czytelników, którzy odróżniają się od czytelników innych pism.
Jest coś takiego jak duża tradycja, więc oczywiście inny ciężar spoczywa na osiemdziesięcioletniej „Twórczości”, na ludziach, których ona stwarzała bądź ubierała w dogmatyczne literackie szaty, a inny ciężar spoczywa na nas. Nie mamy potrzeby, żeby wracać do potężnych nazwisk, zjawisk, bo tym się zajmuje właśnie „Twórczość” czy inne szacowne, bez ironii mówię, pisma. „Literatura na świecie” to drugi przykład.
Jeśli ktoś myśli, że wie, jakie zmiany są potrzebne, to może się mylić. My działamy w określonych warunkach i w nich albo coś się da zrobić, albo nie da. Na zmiany zareagujemy. Własną energię wolę przeznaczać na szukanie fajnych tekstów niż na roszczenia. OK, zabezpieczamy się na wypadek braku pieniędzy. Nie płacimy wszystkim autorom, co może budzić kontrowersje, ale dla mnie pieniądze nie są istotą sprawy. Tworzymy stronę internetową, by pismo mogło przetrwać nawet w trudnych finansowych warunkach. Gdyby wszystko inne się zawaliło, taka strona pozwoliłaby utrzymać „Epeę” przy życiu i dać artystom możliwość procesowego funkcjonowania w polu. A zatem raczej projektowanie najbliższej przyszłości niż współtworzenie jej.
Nie płacimy za materiały niezamawiane. Nie jest to rozstrzygnięcie trudniejsze niż wówczas, gdy pismo nie płaci swoim autorom w ogóle.
Tak. Bycie poza centrum to jak siedzenie przy najbliższym nam i nas stole z takimi samymi, jak przy każdym innym stole, daniami.
Jak najlepsze!