Nr 18/2025 Na dłużej

Z Kamilą Czają i Wojciechem Rusinkiem, redaktorami dwutygodnika kulturalnego „artPAPIER”, rozmawia Dominika Górko

Dominika Górko: „artPAPIER” istnieje od 2003 roku. Czy moglibyście opowiedzieć o jego początkach i o idei, która przyświecała jego powstaniu?

Wojciech Rusinek: Nasza założycielka, Viola Sajkiewicz, wielokrotnie mówiła o wizji czasopisma, które nie zakończy aktywności wraz z odejściem pierwszej redakcji. W pewnym momencie przekazała prowadzenie młodszej ekipie. Od tego czasu nastąpiło kilka zmian redaktorów naczelnych. Początki, które nam, dołączającym do redakcji nieco później, relacjonowała Viola, wiązały się z potrzebą stworzenia dwóch czasopism. Pierwotnym zamiarem było wydawanie drukowanego czasopisma „Papier”, ale póki co od 2003 roku jeszcze do tego nie doszło. Przez wiele lat, pisząc projekty z prośbą o dofinansowanie, zakładaliśmy wydawanie periodyku papierowego – półrocznego, kwartalnego lub rocznego. Nigdy nie udało się tego zrealizować. Z kolei „artPAPIER” miał być dynamiczną, szybką formą reagowania na zjawiska kultury, dostępną w sieci. „Papier” nigdy nie powstał – został tylko „artPAPIER”. Początkowo pismo było związane głównie ze śląskim środowiskiem artystyczno-literackim, skupionym wokół „Opcji”, „FA-artu” i „Kursywy”. Było interdyscyplinarne, oparte na tekstach studentów i studentek, doktorantek i doktorantów kulturoznawstwa. Dołączyłem do zespołu w 2005 roku, obejmując dział literatury. Wymiana redaktorów rzeczywiście następuje – dołączają kolejne osoby, kolejne wspaniałe redaktorki naczelne, a czasopismo trwa nadal. To realizacja zamierzenia Violi, która z powodu ciężkiej choroby odeszła w 2014 roku, ale „artPAPIER” pozostał i nadal się rozwija.

Kamila Czaja: To założenie, o którym wspomniałeś – sztafeta pokoleń – rzeczywiście się spełnia. Kiedy dołączałam do „artPAPIERu”, nawet nie wiedziałam, że taka idea mu przyświecała. Zaczęłam pisać w 2010 roku, a w redakcji jestem od 2014. Naczelną zostałam w 2018. Nie miałam okazji poznać założycielki czasopisma – kiedy dołączałam, redaktorką naczelną była Magdalena Kempna-Pieniążek, to ona mnie wtajemniczała w artpapierowe realia. Ta sztafeta, która toczy się między redaktorami i redaktorkami, działa nie tylko na poziomie naczelnych i ich zastępczyń, ale też w zespołach działów.

Od samego początku jesteście czasopismem online. Wydaje się, że na początku nowego milenium była to decyzja dość wyjątkowa. Skąd wziął się ten wybór? Czy był podyktowany względami praktycznymi, ograniczeniami instytucjonalnymi, czy może chęcią eksperymentowania z nowym medium?

W.R.: Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć, bo nie ma już z nami założycielki „artPAPIERu”. Wydaje mi się jednak, że wszystkie te czynniki miały znaczenie. Po pierwsze – była to nowatorska wówczas forma kontaktu z odbiorcą i próba zagospodarowania przestrzeni, która okazała się bardzo przyszłościowa. Głównym miejscem prezentacji krytyki literackiej były wtedy czasopisma papierowe dostępne w sieciach księgarskich. Sam początkowo, w czasach przedredaktorskich, nie zaglądałem do „artPAPIERu”, bo dla mnie podstawowym medium były wtedy pisma drukowane. Po drugie – kwestie instytucjonalne. Czasopisma artystyczne zawsze miały problemy z finansowaniem. Forma online pozwalała na szybsze reagowanie i publikowanie większej liczby tekstów bez konieczności liczenia kosztów druku. Przyzwyczaiło nas to do dyscypliny czasowej – co dwa tygodnie numer musi się ukazać. Mimo różnych trudności i zniechęceń realizujemy to – „artPAPIER” rzeczywiście wychodzi co dwa tygodnie.

K.C.: Warto dodać, że tą formą instytucjonalną, która ostatecznie umożliwiła nam działanie, jest stowarzyszenie założone jeszcze przez pierwszą naczelną. To ono pozwala na bardzo podstawowe, ale niezbędne rzeczy – chociażby składanie wniosków o dofinansowanie. Choć formalnie jesteśmy wydawani przez Katowickie Stowarzyszenie Artystyczne, którego skład osobowy w dużej mierze pokrywa się z redakcją, to nie działamy pod żadną dużą instytucją. Nie zmienia to jednak faktu, że – jak już zostało wspomniane – bardzo silnie wywodzimy się z Uniwersytetu Śląskiego. Może dziś już niekoniecznie głównie z kulturoznawstwa, ale też z filologii polskiej, jak choćby ja i Wojtek. Warto też przypomnieć o roli katowickiej ASP, bo Viola Sajkiewicz była związana i z Akademią, i z Uniwersytetem. Więc choć formalnie nie, to mentalnie te instytucje wciąż nam towarzyszą.

W jakich warunkach – również materialnych – powstawał i powstaje dziś „artPAPIER”?

K.C.: Najłatwiej będzie nam zacząć od tego, jak wygląda to w ostatnich latach. Obecnie składamy corocznie tylko jeden wniosek do Urzędu Marszałkowskiego – to właśnie województwo śląskie nas w pewien sposób finansuje, choć nie są to duże pieniądze jak na cały rok działania w trybie dwutygodnika. Te środki ratują nas przed koniecznością organizowania zbiórek na podstawowe potrzeby. Naprawdę podstawowe. Mimo że działamy online, zawsze pojawiają się jakieś koszty. Wsparcie tego urzędu jest w zasadzie stałe, towarzyszy „artPAPIERowi” od samego początku.

W.R.: Możemy liczyć na ich wsparcie od samego początku. Mam wrażenie, że otrzymujemy pozytywne sygnały od osób obsługujących nasze projekty – że to, co robimy, jest rzeczywiście doceniane przez Urząd. Myślę, że warto to podkreślić.

K.C.: Mniej regularnie wygląda sytuacja, jeśli chodzi o wsparcie ministerialne. Czasem po prostu nie otrzymywaliśmy dotacji w programie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Pamiętam, że poprzedni wywiad, którego udzielałam o „artPAPIERze”, był pod koniec 2019 roku dla „Press” i dotyczył właśnie czasopism niedofinansowanych – być może z powodów politycznych. Ciekawie się złożyło, że chwilę później po kilkuletniej przerwie nagle dostaliśmy dotację. W kolejnym rozdaniu postanowiliśmy się jednak nie ubiegać – z powodów politycznych, gdy zapadł wyrok dotyczący aborcji i trwały „czarne protesty” jesienią 2020 roku, ale też z powodu tego, że od dłuższego czasu obserwowaliśmy dewastację instytucji i czasopism kulturalnych w czasie rządów PiS-u. Po prostu się od tego źródła pieniędzy odcięliśmy w ramach naszego małego protestu. Od tamtej pory co roku debatujemy, czy przystąpić do konkursu. Teraz towarzyszą nam w tym jednak inne dylematy – ważymy potencjalne zyski wobec kosztów logistycznych i biurokratycznych, które w naszej sytuacji są po prostu zbyt duże. Nawet gdyby miało się to zakończyć sukcesem. Być może wrócimy do starań o większą „dywersyfikację środków”, na razie wspiera nas województwo śląskie.

A jak wygląda Wasza codzienność redakcyjna? Czy spotykacie się regularnie? Jak dzielicie obowiązki? Jak to wygląda „od kuchni”?

K.C.: Od kuchni wygląda to bardzo zdalnie – co dla nas okazało się zbawienne, bo redakcja mocno się rozproszyła po świecie. Nawet gdy mieszkaliśmy w jednym województwie, pracowaliśmy zdalnie. Obecnie sekretarzyni redakcji mieszka w Łodzi, redaktorka działu teatru – w Warszawie, a redaktorka poezji i sztuki spędza większość roku w Lizbonie. Spotykamy się raz do roku na walnym zebraniu stowarzyszenia, czasem też w mniejszych grupach. Taka forma działania możliwa jest dzięki dużej autonomii działów, która towarzyszy „artPAPIERowi” od zawsze. My dwoje – ja jako redaktorka naczelna, Wojtek jako mój zastępca – koordynujemy i zamieszczamy artykuły, każde z nas ma pod opieką kilka działów, ale nie ingerujemy, dopóki nie dzieje się nic niepokojącego. Jeśli ktoś zostaje redaktorką lub redaktorem działu, ma u nas bardzo dużą autonomię.

W.R.: Jeśli chodzi o fizyczne funkcjonowanie redakcji, napotykamy sporo ograniczeń, nie mamy stałego miejsca redakcyjnego – i nie miałoby to sensu, bo jak wspomniała Kamila, żyjemy w różnych miejscach. Kiedyś odwiedziłem siedzibę Stowarzyszenia Żywych Poetów w Brzegu – piękne, wspólnototwórcze miejsce, ale w ich przypadku to zwarte środowisko, które spotyka się regularnie. U nas, przy takim rozproszeniu i innych obowiązkach, byłoby to niemożliwe i nieopłacalne. Nasza działalność nie uległa profesjonalizacji – nie pracujemy w „artPAPIERze”, nie zarabiamy na nim, przeciwnie – często dokładamy z własnej kieszeni. To daje nam swobodę w innych obszarach zawodowych, ale jednocześnie ogranicza możliwości.

K.C.: Tak, to kluczowe – wszyscy pracujemy gdzie indziej. Wojtek jest polonistą w liceum, ja mam etat w wydziałowej administracji, w redakcji są też nauczycielki akademickie i pracownicy wydawnictw (naukowego i muzealnego). Wszystko, co robimy w „artPAPIERze”, robimy po godzinach – to projekt dodatkowy, choć czasem bardzo czasochłonny. Mamy dotacje, ale niewielkie – wypłacamy redaktorom i redaktorkom honoraria raz w roku. My, jako zarząd stowarzyszenia (Wojtek, ja, Magda Piotrowska-Grot), nie pobieramy wynagrodzenia. Nieraz dokładamy z własnej kieszeni. To, że czasem ktoś chce się u nas „zatrudnić”, bywa nawet źródłem gorzkiej satysfakcji – bo skoro tak to wygląda z zewnątrz, to znaczy, że sprawiamy wrażenie bardziej zorganizowanych, niż jesteśmy w rzeczywistości.

Czy w tym braku finansowania dostrzegacie jakiekolwiek zalety?

W.R.: Wydaje mi się, że w sytuacji, kiedy funkcjonujemy na co dzień w innych miejscach zawodowo i musimy często wieczorem usiąść do pracy redakcyjnej (najczęściej mój ruch zaczyna się tuż przed północą, bo to jest moment, kiedy po pracy i po popołudniu spędzonym z rodziną dopiero siadam do redagowania swoich działów) – tak. Nie ma motywacji finansowej, więc to może być tylko wewnętrzna motywacja do działania, że czujemy jednak w tym sens. Myślę, że to w naszym przypadku działa dobrze, bo czujemy, że zawsze jest ten moment, kiedy trzeba te teksty redagować, kiedy trzeba napisać do autorów, kiedy trzeba numer udostępnić w sieci – niezależnie od tego, co by się działo. I ta rutyna jest, wydaje mi się, zjawiskiem pozytywnym i prowadzącym nas ciągle od prawie dwudziestu trzech lat aktywności.

K.C.: Tak, też tak myślę. Czasem zdarzają się sytuacje życiowe, które sprawiają, że ktoś z redakcji idzie w inną stronę, już po prostu nie ma na takie działanie przestrzeni. Na razie jednak, czasem z trudem, ale znajdujemy następców do działów. Udaje się to właśnie dzięki temu, że mamy ludzi z motywacją wewnętrzną, często z przywiązaniem do tytułu. To są ludzie, którzy pisali do nas latami, a potem przechodzili do redakcji działu. Sama jestem taką osobą, która zaczynała od pisania do działu „Idee”. Czasem wzdychamy i patrzymy na redakcje, które są mocno instytucjonalnie „zaopiekowane”. Ale potem zdarza się, że mówimy: nie, wolimy naszą niezależność. Nam się podoba ta hobbystyczna forma działalności. Nie mamy finansowania, więc nikt nam go nie zabierze w przypadku nieprawomyślności. Nikt nie przyniesie nam naczelnego w teczce… Jeśli się nie wypalimy albo reszta redakcji nie zrobi buntu, nikt nas nie zwolni. Widzimy, jak wygląda życie kulturalne w Polsce. Ile było sytuacji w różnych czasopismach, że za finansowaniem stoi ktoś, kto może powiedzieć, że chce, by pismo wyglądało inaczej. A my przynajmniej możemy zrobić dokładnie takie czasopismo, jak chcemy. Bez pieniędzy – ale takie, jakie chcemy merytorycznie. Sami decydujemy, jak ma wyglądać redakcja i o czym pisać – i nikt nam nie powie, że o czymś nie wolno.

Długi staż, zwłaszcza w kontekście pracy po godzinach, budzi ogromny szacunek. Zwłaszcza że – o czym wspomniała Kamila – w takiej sytuacji łatwiej o wypalenie, o coś, co skłania do porzucenia projektu. A tymczasem „artPAPIER” trwa, Wy wraz z nim. W związku z tą długą, ponad dwudziestoletnią historią, chciałabym zapytać o najważniejsze momenty w historii pisma: przejścia redakcyjne, może poszerzenia tematyczne. Czy pamiętacie jakieś punkty zwrotne w historii „artPAPIERu”?

W.R.: Historia „artPAPIERu” toczy się zgodnie z linią trzech redaktorek naczelnych: Violi Sajkiewicz, Magdy Kempnej-Pieniążek i Kamili Czai. Dociekliwi zauważą też moment, w którym moje nazwisko widniało w stopce obok funkcji redaktora naczelnego – ale to była sytuacja tymczasowa, czekaliśmy, aż Kamila będzie mogła formalnie objąć tę funkcję, bo była do niej dużo lepiej przygotowana. Bardzo ważnym momentem było powstanie działu „Idee” – „artPAPIER” koncentrował się wcześniej na literaturze, teatrze, muzyce. Dział „Idee”, prowadzony najpierw przez Piotra Bogaleckiego, potem Kamilę, wniósł refleksję o humanistyce, nauce, antropologii, filozofii, historii. Dziś to, moim zdaniem, najważniejszy dział pisma – mimo że dotyczy trudnych książek naukowych, autorzy chętnie sami proponują nam swoje teksty. Pojawiło się w nas przekonanie, że warto popularyzować humanistykę – i to był strzał w dziesiątkę. Ten dział stał się kręgosłupem „artPAPIERu”. Raz wyszliśmy też poza sieć – w 2009 roku zorganizowaliśmy w katowickim Rondzie Sztuki minifestiwal literacki „Miejsca zbieżne”, z warsztatami i spotkaniami z poetami. To był jedyny raz, gdy zrealizowaliśmy projekt w przestrzeni fizycznej. „artPAPIERem” rządzi raczej idea kontynuacji niż gwałtownych zmian. Kamila wspomniała o politycznych decyzjach dotyczących dotacji – mieliśmy świadomość dyskryminacji pism innych niż konserwatywne, ale staramy się unikać bezpośredniego angażowania w spory polityczne. Czasem rezygnujemy z tekstów zbyt publicystycznych, ale jesteśmy otwarci na różne światopoglądy – w ramach ideowego konsensusu. „artPAPIER” to pismo dyskretne – nie działamy zgodnie z politycznymi koniunkturami. Wspieramy inne czasopisma, udostępniamy ich posty, interesuje nas ich sytuacja. „artPAPIER” to regularna, cykliczna, czasem drobna praca redakcyjna – rozmowy z autorami, wydawnictwami. Co dwa tygodnie, co miesiąc, co rok – by prezentować dobrą krytykę literacką i artystyczną, dostępną za darmo dla wszystkich.

K.C.: Zgadzam się, że nie stawiamy na rewolucyjne zmiany w naszym działaniu. Przed rozmową zastanawiałam się nad tym i doszłam do wniosku, że jesteśmy bardzo stabilni pod względem formy, natomiast mentalność czasopisma ewoluowała stopniowo. Nie do końca natomiast zgadzam się z tezą, że jesteśmy idealnie wyważeni. Wojtek od lat powtarza, że jesteśmy postrzegani jako „środek”, ale mam wrażenie, że wiele osób umieściłoby nas bardziej na lewo od centrum. Nie dlatego, że angażujemy się w bieżącą politykę, ale ze względu na książki, które promujemy. U nas jest dużo feminizmu, tematów LGBTQ+ i humanistyki środowiskowej. Jednak nie oznacza to, że nie mamy autorów o bardziej konserwatywnych poglądach czy tekstów o klasyce – pojawiają się choćby recenzje z filologii klasycznej, a nasz zespół redakcyjny i autorski jest bardzo różnorodny.

A jak wygląda kontakt z autorami? Jesteście redakcją otwartą na debiuty czy raczej stawiacie na zaproszenia?

K.C.: Jest i tak, i tak. W moim dziale, w „Ideach”, wiele tekstów pochodzi od osób związanych z Uniwersytetem Śląskim. Pracuję w Biurze Organizacyjnym Wydziału Humanistycznego, znam wielu ludzi, którzy na tym wydziale pracują, prowadzę zajęcia, mam do czynienia z młodszymi, potencjalnymi autorami i autorkami. W moim dziale większość tekstów powstaje tak, że widzę książkę, zastanawiam się, kto byłby nią zainteresowany i do kogo mam dość śmiałości, żeby zapytać: a może o tym? To duży procent tekstów, ale dochodzą też zgłoszenia mailowe. To coś, co uwielbiam w „artPAPIERze”: osoby, które pisały dla nas dwadzieścia lat temu, często są teraz prowadzącymi zajęcia albo promotorkami i podsyłają kolejne roczniki. Lubię to, bo nawet ktoś, kto od dawna nie publikował w „artPAPIERze”, pamięta o nas i jeśli ma zdolną osobę na seminarium czy w grupie zajęciowej, podsuwa pomysł. I wtedy bardzo chętnie podejmujemy współpracę.

W.R.: To fenomenalne, że w jednym dziale obok siebie mogą funkcjonować teksty osób z tytułami profesorskimi i osób debiutujących, jeszcze studiujących, stawiających pierwsze kroki w humanistyce czy krytyce artystycznej. Jestem tym zachwycony. Są też momenty, kiedy możemy poczuć dumę, gdy dowiadujemy się, że ktoś złożył książkę z artykułów opublikowanych tylko w „artPAPIERze”. Przypomina mi się książka Sławomira Iwasiowa – tom krytycznoliteracki przygotowany w wydawnictwie naukowym, złożony z tekstów opublikowanych tylko u nas. To wielka radość, że periodyk, który redagujemy hobbystycznie, stanowi arenę prezentacji tekstów funkcjonujących później w humanistyce.

W „artPAPIERze” widać połączenie dwóch światów: dynamicznej reakcji na to, co dzieje się w kulturze, i pogłębionej refleksji, która czerpie z akademickiego namysłu. Jak udaje się Wam łączyć te dwa rytmy?

W.R.: Często żartujemy, że może to zbyt mało nowoczesne, że powinniśmy robić bardziej chwytliwe odsłony „artPAPIERu”. Nie mamy TikToka… Żartujemy, co by mogło być na takich filmikach, gdy w naszej pracy redakcyjnej dzieją się mało widowiskowe, mało nośne medialnie sytuacje. Na przykład: redakcja „artPAPIERu” – puste pomieszczenie. Możemy być postrzegani jako nudne, staromodne czasopismo. Nie fotografujemy siebie podczas pracy. Ukształtował nas sposób czytania i myślenia o kulturze sprzed dwóch dekad – złożone zdania, trudne pojęcia. Ale bez przesady – mam dystans do humanistyki bardzo niekomunikatywnej, utrudniającej zrozumienie. Pozostawanie między akademicką refleksją a popularyzacją jest nam zatem bliskie. Pytanie: czy dla kolejnych pokoleń to jeszcze forma popularyzacji humanistyki, czy już dyskurs spetryfikowany? Nie wiem.

K.C.: Mnie nie przeszkadza, że jesteśmy tradycyjni w formie, dopóki nie będziemy zbyt tradycyjni w myśleniu. Nie mam problemu z tym, że jesteśmy nadal medium pisanym. W innym medium bym pewnie nie pracowała. Nie czuję się kompetentna na YouTubie. Formy audiowizualne są dla mnie bardziej odległe niż pisane. Zgadzam się, Wojtku, że to może być powolna zagłada „artPAPIERu”, bo formy audiowizualne są podstawową formą odbioru nawet dla tych młodych ludzi, których skutecznie namawiamy do pisania. Oni ciekawie piszą, ale ich podstawową formą odbioru krytyki najczęściej jest wideo, nawet długie. Bardziej niż formy bałabym się, żebyśmy nie zasklepili się w tych samych tematach przez dekady. U nas jest dziś dużo feminizmu, queerowości i humanistyki środowiskowej – paradoks, bo ani ja, ani Wojtek naukowo się tym nie zajmujemy. Nawet gdy czytamy książki naukowe czy popularnonaukowe, to nie zawsze te. Ale skoro tego jest u nas dużo, to widocznie uważamy, że to ważne. Sami się może na tym dobrze nie znamy, ale mamy wokół siebie ludzi, którzy się znają, mogą o tym napisać. Bałabym się bardziej utknięcia mentalnego niż formalnego. W formalnym już pewnie zostaniemy, bo nie wyobrażam sobie rewolucjonizowania pisma – to nie byłby „artPAPIER”.

W.R.: To, że nie zajmujemy się pewnymi tematami, a one dominują u nas, wynika też z tego, że nie jesteśmy czasopismem służącym autokreacji. Może to łączy osoby, które przez lata działały w „artPAPIERze”. Mimo różnic pokoleniowych czy poglądów mamy wspólne nastawienie: chowamy się za autorkami i autorami, nie zależy nam na prezentowaniu swoich twarzy, poglądów, preferencji, tylko na redagowaniu czasopisma reagującego na to, co aktualnie ważne w humanistyce. Stąd oddanie głosu innym. Rzadko publikujemy głosy odredakcyjne, nie opisujemy siebie, nie wrzucamy zdjęć z pracy. Chodzi o bycie redaktorem, redaktorką w tle, pracującym i pracującą na prezentację cudzych tekstów, nie własnej osoby.

K.C.: Sądzimy, że trzeba oprzeć się pokusie traktowania czasopisma jak bloga autorskiego. Zresztą Wojtek ma blog, tam może publikować swoje przemyślenia. My staramy się, żeby „artPAPIER” był nie tylko długotrwałym, ale też niesterowanym ręcznie projektem. Stąd autonomia działów. Czasem zdarzy się, że jakieś sformułowanie uznamy za problematyczne, wtedy negocjujemy z autorem. Jakaś etyczna linia pisma istnieje. To nie jest wolna amerykanka, nie publikujemy wszystkiego. Trzeba zrobić krok wstecz i pamiętać, że nie jest się autorem wszystkich tekstów i celowo się nim nie jest. Dobór osób współpracujących i książek to już światopogląd, to jasne. Ale nie chodzi o to, by „artPAPIER” był przedłużeniem nas samych. A promocja to w ogóle nasza słaba strona. Nie wiem, czy chcielibyśmy to zmienić, gdybyśmy mieli więcej czasu. Nie mamy, więc nie sprawdzimy. Podziwiamy „Czas Kultury” i „CzasKultury.pl” za podwójny jubileusz. Nasze dwudziestolecie obchodziliśmy postem na Facebooku… I to już było wyczynem, że nie zapomnieliśmy, że minęło dwadzieścia lat. Potem zorientowaliśmy się, że mamy 500. numer i obchodziliśmy to… przypomnieniem tamtego posta. Nie jesteśmy biegli w budowaniu marki. Tym większy cud, że ona w ogóle funkcjonuje, trochę wbrew temu, jak niebiegli w tym jesteśmy.

Czy po ponad dwóch dekadach działalności nadal określilibyście „artPAPIER” jako pismo poza centrum? A jeśli tak – to co dziś znaczy to określenie dla Was: miejsce, pozycję w polu kultury, sposób działania?

W.R.: W moim odczuciu jesteśmy czasopismem spoza centrum – bardziej medialnego niż geograficznego. Jako uczestnik życia kulturalnego, człowiek humanistyki, czuję się raczej obserwatorem z mieszczańskiego marginesu. Pędzę do szkoły, pracuję jako nauczyciel, chodzę z dzieckiem na plac zabaw, wieczorem czytam książkę na kanapie, rzadko biorę udział w jakichś publicznych dyskusjach czy seminariach. Moje życie toczy się w mieście wojewódzkim, ale nie w jednym z głównych centrów kulturalnych Polski. W świecie debat publicznych też jesteśmy poza centrum. I chyba nie mamy osobowości, które chciałyby to zmienić. Nie czułbym się dobrze w pierwszoplanowym obiegu kulturalnym. Może to kwestia sposobu funkcjonowania w humanistyce, który poznałem dwie dekady temu – w obrębie szlachetnych marginesów, nowych ośrodków emancypujących się poza układem Warszawa-Kraków. Funkcjonowałem jeszcze w cieniu tej świadomości, że w latach 90. zaczęły się liczyć ośrodki spoza centrum i że było to istotne. Duma z małych ośrodków – powstawały czasopisma w Bytomiu, Katowicach, Olsztynie. To mnie ukształtowało i nie chcę tego zmieniać.

K.C.: Zdradziliśmy już kulisy naszego funkcjonowania, ale nasza peryferyjna pozycja i tak jest mniej peryferyjna, niż mogłaby być. Nie aspirujemy do centrum, ale przy naszych założeniach organizacyjno-finansowo-życiowych nie wiem, jak mielibyśmy w centrum działać. Wymagałoby to całkowitej zmiany modelu, odpuszczenia wielu rzeczy, których odpuścić nie możemy. Miałabym też obawy przed centrum – z koniecznością dookreślenia rzeczy, których nie lubimy dookreślać. Lubimy płynność, zmienność, szeroką granicę tego, co robimy. A funkcjonowanie w centrum mogłoby oznaczać rezygnację z peryferyjnej niezależności. By działać na dużą skalę, z dużą rozpoznawalnością, trzeba być zależnym od jakiejś instytucji i funkcjonować zupełnie inaczej. Musiałby powstać zupełnie nowy „artPAPIER”, w zupełnie innych okolicznościach, by to było realne.

Co stanowi o roli niezależnych czasopism kulturalnych w dzisiejszym pejzażu kultury? Co ważnego wnoszą?

K.C.: My chyba nie jesteśmy już bardzo idealistyczni w tym zakresie – z naciskiem na „już”. Nie mam przekonania o wyraźnej roli czasopism kulturalnych dzisiaj, niestety. To hierarchia w niszy. Nawet to, co znane i wyraziste, jest niszą. Może to efekt rozmów z najmłodszymi, studiującymi, którzy wiedzy o kulturze szukają gdzie indziej niż w czasopismach. Stąd moje sceptyczne podejście co do siły oddziaływania. Ale i w tej niszy można wybierać temat, reagować szybko i tak, jak się chce. Przypomnę, Wojtku, Twoją frustrację dotyczącą języka śląskiego i „Pana Tadeusza”. Napisałeś obszerny post na Facebooku – nie prywatny, tylko krytyczny, o śląskości. Powiedziałam: dlaczego na Facebooku? To powinien być artykuł u nas, w „artPAPIERze” – i był. Tamten post może niósłby się bardziej, ale staroświecko wierzę, że usytuowanie w konkretnym tytule coś zachowuje, nawet jeśli to czasopismo online. To przykład tego, że mogliśmy momentalnie zareagować. I nie była to tylko doraźna reakcja polityczna, ale wpis szerzej poruszający temat, co znaczy być Ślązakiem nie w oderwaniu od kultury polskiej. Prawda, Wojtku?

W.R.: Właśnie – jeśli chodzi o dużą moc oddziaływania, nasz głos nie zaznacza się dzięki zaproszeniom do debat z ministerstwem czy topowymi redakcjami. Ale nasze ponad 500 numerów to jest coś, z czego jesteśmy dumni. Gdybyśmy policzyli, ile tekstów opublikowaliśmy, to biblioteka jest ogromna. Teksty są dostępne w sieci, wyszukiwane, wykorzystywane w pisaniu prac licencjackich, magisterskich, artykułów. Może to nie jest spektakularne, ale baza tekstów, które opublikowaliśmy i zredagowaliśmy, to nasz cichy wkład w kulturę. Wielkość naszego głosu mierzy się nie donośnością, ale liczbą numerów i dobrych tekstów – większości nie naszych, ale naszych gości i gościń. Możemy być dumni, że te tysiące tekstów nadal jest dostępnych i ludzie z nich korzystają.

Spotykamy się dziś w wyjątkowych okolicznościach. Zapytam więc na koniec, jakie życzenia chcielibyście przekazać innym czasopismom kulturalnym – z okazji urodzin „CzasKultury.pl”?

K.C.: Przede wszystkim życzenia należą się obu „Czasom Kultury” z okazji pięknego jubileuszu. Czytam głównie internetowy „CzasKultury.pl”, znam też kwartalnik. Myślę, że wbrew ponurym diagnozom tych czasopism nadal trochę jest. Zawsze mówię do Wojtka – nigdy nie będziemy „CzasemKultury.pl” ani „Dwutygodnikiem”, nie ta ranga. Ale to znaczy, że są tytuły funkcjonujące jako rozpoznawalne głosy. Życzyłabym czasopismom kulturalnym autonomii. Żeby ich funkcjonowanie, często piękne i długoletnie, nie było zakłócane tym, że ktoś przyniesie w teczce redaktora. Żeby zmiany władzy nie oznaczały niszczenia redakcji. Żeby poczucie, że robi się czasopismo, często kolektywne, nie było podszyte lękiem, że ktoś z zewnątrz tę pracę zniweczy.

W.R.: Dodałbym życzenia, żeby każde czasopismo artystyczne w Polsce zarażało sobą nowe pokolenia. Gdybyśmy zamknęli się w kręgu osób piszących na początku, czasopisma stałyby w miejscu. A jeśli idea trafia do młodych – to wspaniale. Nawet jeśli będzie ich garstka, ale będą chcieli pisać i przejmować prowadzenie czasopisma, to znaczy, że ta praca ma sens. U nas nowe autorki i autorzy pojawiają się co jakiś czas – i to nas cieszy. Życzyłbym wszystkim czasopismom, żeby mogły trwać mimo zmiany pokoleń. By pojawiali się kolejni ludzie, którzy chcą nieść tę ideę dalej.

POZA CENTRUM: Dla redakcji „CzasKultury.pl” zawsze ważna była poznańskość i poznańska siedziba. Jako aktywni uczestnicy życia kulturalnego widzimy, że dzisiejsza kultura ponownie jest bardzo scentralizowana – tym mocniej doceniamy nasze, i każde, zajmowanie pozycji poza centrum. Rozproszenie geograficzne, instytucjonalne czy formatowe uważamy za istotne samo w sobie, jako akt przeciwdziałania centralizacji kultury. W ramach cyklu POZA CENTRUM zapraszamy do rozmów – a zatem formuły wspólnotowej – redakcje innych czasopism, których siedziby lub formaty mieszczą się poza „centralą”. Czego możemy się nawzajem od siebie uczyć? Jak celebrując swoje niezależności, zarazem budować sojusze? Odpowiedzi poszuka nasza autorka, Dominika Górko.

Cykl realizowany w ramach jubileuszu 15-lecia istnienia „CzasKultury.pl”