Z Michałem Mytnikiem i Patrykiem Kosendą, redaktorami „Stonera Polskiego”, rozmawia Dominika Górko
Michał Mytnik: „Stoner Polski” powstał w 2018 roku. Początkowym pomysłem było stworzenie zina, ale projekt szybko się rozrósł. Widzieliśmy, że działają „Kontent”, „Wizje” i „Mały Format” i uznaliśmy, że też możemy. Dokładaliśmy do tego niespotykany wtedy (i chyba dzisiaj też) pierwiastek konkretnej estetyki – oczywiście trudno definiowalnej i szerokiej, ale to, czy tekst jest dobry, nie było głównym ani jedynym wyróżnikiem, którym kierowaliśmy się przy naborze. Tą estetyką był właśnie tytułowy stoner.
Pierwszy numer był redagowany w składzie: Paweł Harlender, Stefa Marchwiówna, Ola Jóźwiak, Natan Krygier, Klaudia Ciepłucha, Filip Matwiejczuk, Przemek Suchanecki i Patryk Kosenda. Przez siedem lat istnienia pisma w redakcji było około dwudziestu osób. Oprócz wymienionych: Agata Jabłońska, Paulina Żebrowska, Mateusz Górniak, Jula Drabik, Joanna Łępicka. W obecnej ekipie są: Szymon Domański, Paweł Harlender, Zofia Kalemba, Patryk Kosenda, Karolina Krasny oraz ja. Olbrzymi wkład w SP miał też Kuba Płoskonka, który przez lata zapewniał wsparcie IT.
Patryk Kosenda: O naszych ambicjach w tym zakresie pisaliśmy między innymi w pierwszym poście na naszym fanpage’u z 1 czerwca 2018 roku. To wciąż aktualne, więc przytoczmy:
„[…] Chcemy po raz pierwszy skutecznie na gruncie polskim zaszczepić pojęcie stonera: nie odcinając się od korzeni, jednocześnie spoglądamy na stonera zdecydowanie szerzej. Pokutuje mylny wizerunek stonera leniwego, siorbiącego każdą pulpę jak mus jabłkowy. Niech stoner stanie się filozofią pokrętnego poszukiwania, które nie kończy się wraz z mocną jazdą. Niech stoner stanie się mitem powrotu do kultury, bezwstydnym gliczem tarzającym się w jej zgliszczach, bełkotliwym i ważnym dialogiem na wygięte kwestie artystyczne. Pragniemy pokazać, że stoner to nie tylko lekkie amerykańskie komedie i ciężkie gitarowe riffy (choć tego nigdy za wiele), a wspaniały zbiór estetyk i gatunków – daleki od jakiegokolwiek puryzmu. Dlatego poszukujemy sztuki: odjechanej, psychodelicznej, surrealistycznej, dadaistycznej, odpychającej, kwaśnej, nieznośnej, pobudzającej, onirycznej etc. Od Grzegorza Turnaua po Tromę, od Harlana Ellisona po Zdzisława Beksińskiego, od Yolandi po Allena Ginsberga, od neo-giallo po lo-fi sci-fi etc.”.
P.K.: Było bardzo duże zainteresowanie w środowisku, to był dobry czas dla oddolnych inicjatyw. Przed premierą pierwszego numeru kilka miesięcy wcześniej odpaliliśmy page’a, gdzie zapoznawaliśmy odbiorców z naszą estetyką, czy raczej estetycznym miksem. Dużo opowiadaliśmy o „Stonerze Polskim” w kuluarach, czuć było oczekiwanie. Może dlatego, że to było dość dawno, ale pamiętam raczej same życzliwe opinie. Ludzie cieszyli się, że odpalamy dość szalony i luźny projekt, ale szybko docenili też, że robimy go na porządnym poziomie. Jakieś przytyki otrzymaliśmy od środowiska stonera muzycznego, którego część roiła sobie, że stoner to tylko stoner metal…
M.M.: Internet na pewno pomaga nam dotrzeć do większej liczby osób – zarówno czytelników, jak i autorów. Forma cyfrowa daje też możliwość publikacji grafik w dobrej jakości oraz muzyki i filmów, które można uznać za fundamenty estetyki stonerowej i które chcieliśmy przerzucać również na teksty. Jednocześnie, jak wspominałem wcześniej, „Stoner Polski” na samym początku miał być zinem i nie jest wykluczone, że kiedyś zdecydujemy się na takie wydanie, choćby części numeru.
M.M.: Prace nad nowym numerem zaczynamy od wyboru tematu. Propozycje często wychodzą od poszczególnych redaktorów, ale ostatecznie są efektem wspólnej dyskusji. Każdy ma swój wkład i z czasem trudno już powiedzieć, kto był inicjatorem pomysłu. Następnie zastanawiamy się, dlaczego wybrany koncept jest dla nas ciekawy, jakich tekstów spodziewamy się w naborze, w jaki sposób chcemy go promować, jak ma wyglądać identyfikacja graficzna i czym ten numer powinien różnić się od poprzednich. Określamy też orientacyjny termin naboru i premiery.
Po zakończeniu naboru najpierw indywidualnie czytamy nadesłane teksty, a później spotykamy się, żeby wspólnie podjąć decyzje. Ważne jest dla nas, żeby spotykać się na żywo – to daje możliwość obrony prac, które nie zyskały od razu przychylności reszty redakcji.
Ostatni etap to przygotowanie premiery. Dbamy o to, by nie była tylko prezentacją nowego numeru, ale pełnym doświadczeniem wizualnym i muzycznym. Nasz dział graficzny (obecnie: Karolina Krasny, Paweł Harlender i Zofia Kalemba) tworzy scenografie, zapraszamy muzyków do grania koncertów i akompaniowania autorom, przygotowujemy też merch związany z numerem. Współpraca z osobami z zewnątrz pozwala nam dodawać elementy specjalne – jak na przykład tarot podczas premiery numeru „Gonimy magię”. Przed wrześniową premierą planujemy również soberowe warsztaty – tym razem będzie to wspólne pieczenie focacci i przygotowywanie chmielowej lemoniady połączone z dzieleniem się wiedzą na temat ich przygotowania i składników.
Co to wszystko ma wspólnego z procesem redakcyjnym? Na pierwszy rzut oka – niewiele. Ale „Stoner Polski” nigdy nie był magazynem wyłącznie literackim. Teksty są jego osią, ale równie ważne są dla nas inne formy wyrazu i całe doświadczenie, jakie tworzy premiera.
M.M.: Premiery „Stonera Polskiego” odbywały się zawsze w Krakowie. Gościły nas między innymi Warsztat, dwukrotnie klub Szpitalna, nieistniejący już Bal i klub Re. Przy wyborze miejsca kierowaliśmy się przede wszystkim możliwością organizacji wydarzenia bez ponoszenia dużych kosztów za salę, nagłośnienie itp. Ważna była też przestrzeń – taka, która pomieści kilkadziesiąt osób – i profil miejsca. Wiadomo, dziwnie byłoby robić premierę „Stonera Polskiego” w klubie tanecznym z muzyką z lat 70., choć… jeśli akurat pasowałoby to do tematu numeru, to czemu nie?
Na naszych premierach pojawia się średnio około setki osób. To w dużej mierze autorzy i autorki, ich znajomi, ilustratorzy, osoby zaprzyjaźnione z redakcją, czytelnicy, osoby piszące, muzycy, tatuatorki, wróżki, ludzie z ASP i AST, skejterzy, graficiarze – ale też zupełnie przypadkowe osoby, które po prostu trafiły na nasz event. Przekrój wiekowy jest bardzo szeroki. Cieszy nas fakt, że premiery „Stonera Polskiego” są atrakcyjne nie tylko dla środowiska literackiego, choć to właśnie tam mamy najwięcej fanów. Zawsze nam na tym zależało i bardzo nas cieszy, że udaje się utrzymać ten mix.
P.K.: Kiedy zakładaliśmy „Stonera Polskiego”, fascynowała nas wizja publikowania psychodelicznych, „zjaranych” wierszy – były w tym świeżość, energia i pewien rodzaj estetycznej prowokacji. Jednak od początku tak naprawdę nie chodziło nam o sam temat używek, ale o formę i zabiegi stylistyczne, które w takich tekstach znajdowaliśmy. Szukaliśmy rzeczy skrajnych, przesterowanych, eksperymentalnych, czasem wręcz pustych w swojej minimalności. Owszem, często pojawiały się w tym wątki związane z używkami, bo wpisywało się to w stonerową estetykę, która te cechy miała w sobie. Problem w tym, że wraz z każdym kolejnym naborem – nawet jeśli ogłaszaliśmy tematy zupełnie różne, jak numer sportowy, numer o słońcu czy numer magiczny – wciąż niezmiennie zalewała nas fala wierszy o paleniu marihuany, często pozbawionych dla nas wartości artystycznej.
W ciągu tych ponad siedmiu lat od powstania „Stonera Polskiego” zmieniliśmy się także my sami. Chyba każda osoba w redakcji zaczęła bardziej świadomie podchodzić do używek, a choć estetyka stonerowa nadal jest nam bliska, nie wierzymy, by narkotyki były w jakikolwiek sposób konieczne w procesie twórczym. Jesteśmy przekonani, że wartościowa i angażująca sztuka może powstawać, być prezentowana i odbierana na trzeźwo. Dlatego zdecydowaliśmy się na zmianę nazwy na „Sober Polski” i na premierę nowego numeru w formule wolnej od alkoholu i innych substancji odurzających. Odbyła się ona 20 września na Plantach Sokolskich, we współpracy z Centrum Kultury Podgórza (Strefa Sokolska), w ramach Podgórskiej Jesieni Kulturalnej.
M.M.: Nasze zainteresowania artystyczne pozostają takie same – nadal jesteśmy cyfrowym magazynem artystyczno-kulturalnym, skupionym na psychodelii, dziwności, awangardowej eksperymentalności i aktywizmie. Zmienia się jednak nasze podejście do używek. Chcemy, by wydarzenia kulturalne były bardziej dostępne między innymi dla osób, które chciałyby przyjść z dziećmi, dla osób zmagających się z uzależnieniem, które unikają imprez z używkami, a jednak chcą obcować ze sztuką. Wiemy, że dla kogoś, kto przychodzi na takie wydarzenie po raz pierwszy i nikogo nie zna, sytuacja może być stresująca – zwłaszcza jeśli reszta uczestników jest głośna, rozluźniona alkoholem i doskonale się zna. Wtedy łatwo poczuć presję, by także sięgnąć po alkohol, nawet wbrew sobie, tylko po to, żeby się dopasować. Chcemy temu przeciwdziałać, dlatego podczas premiery planujemy stworzyć atmosferę przyjazną i komfortową – w plenerze, z kojącą scenografią, kocami i poczęstunkiem. Liczymy, że w ten sposób otworzymy się na osoby, które wcześniej mogły unikać naszych wydarzeń.
Nie utożsamiamy psychodelii wyłącznie z używkami. Wrażliwość zmysłowa towarzyszy nam od dzieciństwa i potrafi nas zaskakiwać także w dorosłym życiu – na trzeźwo możemy doświadczać przewidzeń, halucynacji słuchowych czy stanów euforii lub głębokiego spokoju. Nasze ciała trwają w nieustannym procesie chemicznym, a homeostaza hormonów stale się waha – niezależnie od tego, czy sięgamy po substancje zmieniające świadomość, czy nie. Dlatego estetyki, które są dla nas ważne, są jak najbardziej osiągalne w stanie trzeźwości.
Tematycznie także chcieliśmy uciec od niekończącej się puli wierszy o marihuanie, która od lat zalewała naszą skrzynkę. To doświadczenie pracy z publicznością i autorami złożyło się też na decyzję o zmianie kierunku – i nazwy. Tym razem szukaliśmy twórczości eksplorującej trzeźwość – i udało się. Otrzymaliśmy raporty z procesów trzeźwienia, soberowe wiersze i grafiki, a także wyniki anonimowych ankiet z osobami uzależnionymi, z którymi porozmawialiśmy o ich doświadczeniach. Ten numer jest dla nas pewnym resetem, którego przede wszystkim potrzebujemy my sami, ale mamy nadzieję, że okaże się on też wartościowy dla naszych autorów i czytelników.
M.M.: Obecnie roczny koszt utrzymania „Stonera Polskiego” to około 1800 zł. Na te wydatki zrzucamy się w ramach redakcji. Płacimy comiesięczne składki po 25 zł. Podczas ostatniej premiery otrzymaliśmy też 500 zł wsparcia od Uniwersytetu Jagiellońskiego na organizację wydarzenia literackiego, co pozwoliło nam opłacić wynagrodzenie dla dźwiękowca.
W ciągu ostatniego roku złożyliśmy dwa wnioski razem ze stowarzyszeniem Kultura w Pracy i wniosek z think tankiem Pracownia Zmiany, próbując zdobyć finansowanie wydarzeń „Stonera Polskiego”. Chociaż zabrakło bardzo niewiele, nie udało się pozyskać dofinansowania. W przyszłości planujemy składać podobne wnioski we współpracy z NGO-sami. Chcielibyśmy w ten sposób móc docenić choćby autorów, grafików i muzyków, z którymi od lat współpracujemy, a także zapewnić sensowne wynagrodzenia i ciekawe wydarzenia osobom autorskim, których książkom patronujemy.
„Stoner Polski” nie ma osobowości prawnej pozwalającej otrzymywać dofinansowania – nie jesteśmy oficjalnie ani czasopismem, ani stowarzyszeniem czy fundacją. Taki model wybraliśmy świadomie. Dzięki temu mogliśmy – w ramach umowy społecznej z wszystkimi współpracującymi osobami – pracować bezpłatnie: zarówno oni, jak i przede wszystkim redakcja, dla frajdy i rozwoju własnego oraz środowiska, w duchu DIY. Była to też decyzja pragmatyczna – wydawało nam się to uczciwsze niż płacenie symboliczne, które jest często tylko symbolem i za które nikt się nie naje, zwłaszcza znając realia robienia kultury w Polsce. Brakuje sensownych dofinansowań dla czasopism, a programy dla wydarzeń kulturalnych skupiają się głównie na dużych festiwalach, nie na cyklicznych, oddolnych inicjatywach. Taka niesformalizowana forma daje nam swobodę działania, niezależność, możliwość częstych zmian kierunków i chyba dzięki niej „Stoner Polski” będzie mógł trwać jeszcze przez lata.
M.M.: Trudno mi to sobie teraz wyobrazić. W „Stonerze Polskim” i tak szykuje się sporo zmian – lada moment rusza nasza nowa strona internetowa, zaprojektowana przez Pawła Harlendera, która będzie bardziej funkcjonalna i dopasowana do naszych nowych działań. Prawdopodobnie nastąpią też zmiany personalne w redakcji. Wraz ze stroną chcemy wytyczyć sobie nowy kierunek i wdrożyć nowe pomysły. Nie mamy teraz ścisłego planu, którego chcielibyśmy się kurczowo trzymać. Dlatego w tym momencie jako magazyn nie nadajemy się jeszcze na stałe finansowanie – ono wymagałoby konkretnej wizji i dyscypliny.
Ale jeśli mówimy o sytuacji czysto hipotetycznej, w której spełniamy kryteria, to takie dofinansowanie w pierwszej kolejności pokryłoby koszty stałe utrzymania strony. Gdybyśmy nie musieli martwić się o finanse, chcielibyśmy też po prostu godnie płacić za pracę – swoją, autorów i ilustratorów. To na pewno zmobilizowałoby nas do bardziej regularnego wydawania numerów i ograniczenia poślizgów z deadline’ami, które mnie trochę rażą, ale powiedzmy sobie szczerze: robimy „Stoner Polski” dla frajdy, dokładając jeszcze do tego z własnej kieszeni, a poza sztuką są też w życiu sprawy ważne – praca zarobkowa, zdrowie, rodzina, relacje – i czasem po prostu trudno to wszystko pogodzić.
M.M.: „Stonera Polskiego” widzimy jako przestrzeń eksperymentu, w której młode osoby tworzące mogą publikować swoje pierwsze teksty, muzykę, filmy czy grafiki. Dużo bardziej niż na publikowaniu znanych nazwisk zależy nam na debiutantach. Swoją niszę widzimy też w kolaboracjach łączących różne dziedziny artystyczne, choć na razie są to wciąż plany na przyszłość.
M.M.: Tak, w pewnym sensie czujemy się „poza centrum”. Instytucjonalnie – bo, tak jak wspominałem, nie mamy osobowości prawnej, która pozwalałaby nam ubiegać się o wsparcie instytucjonalne. Estetyczno-programowo – ponieważ choć literatura i sztuka same w sobie są niszą, my postanowiliśmy zająć się niszą niszy i publikować rzeczy eksperymentalne w bardzo konkretnej, stonerowej estetyce. Być może funkcjonowanie bliżej centrum pozwoliłoby nam dotrzeć do większej liczby czytelników, ale bardziej zależy nam na tworzeniu magazynu z „charakterem”, który sami chcielibyśmy czytać. Cieszy nas też to, że w tej głębokiej niszy niszy wciąż znajdują się osoby, które chcą współtworzyć i czytać „Stonera Polskiego”.
M.M.: Wszystkie te sojusze są ważne. Najistotniejsze wydaje nam się rozpoznanie wspólnych potrzeb i celów, a potem działanie ponad osobistymi podziałami na rzecz całego środowiska. Nawet jeśli są to chwilowe zrywy czy pojedyncze akcje, dobrze, jeśli przybliżają nas do trwałych zmian i poprawy sytuacji kultury, zarówno oddolnej, jak i instytucjonalnej.
M.M.: Zdecydowanie czujemy się w bańce – najpierw literackiej, a potem szerzej artystycznej. Mamy świadomość, jak bardzo nasza działalność artystyczna odbiega od codzienności większości Polek i Polaków. Wydaje mi się, że tę bańkę dzielimy na równi z innymi młodoliterackimi czasopismami i magazynami: powtarzają się autorzy i autorki, ilustratorzy, tematy. Nawet jeśli „Stoner Polski” obrał zupełnie inny program estetyczny, to wciąż pozostajemy w tej samej przestrzeni. Pytanie brzmi: dlaczego tak jest i czy da się z tego wyjść? Moim zdaniem w młodoliterackich czasopismach publikuje się mnóstwo tekstów bardzo ciekawych dla osób, które uczestniczą w środowisku literackim albo aspirują do tego, by być jego częścią. Nawet jeśli powstają numery „śmieszne”, to i tak żart jest pointowany w taki sposób, żeby najmocniej bawili się ci, którzy są obyci w środowisku. Nie chodzi mi o to, żeby wszystkie pisma porzuciły profesjonalizm i zaczęły ogłaszać open-calle na creepypasty – bo profesjonalizm jest ważny – ale elitaryzm czasopism coraz mocniej pogłębia różnicę między artystami a resztą społeczeństwa.
Od razu podkreślę, że nie twierdzę, iż my w „Stonerze Polskim” robimy wszystko świetnie – sam się tu siłuję z diagnozą i próbą wskazania kierunku. Ale podsumowując: dobrze by było, gdybyśmy jako artyści częściej robili sztukę dla ludzi, a nie tylko sztukę dla artystów.
M.M.: Z mojej perspektywy najlepsze, co spotkało polską literaturę, odkąd przyglądam się środowisku – czyli jakieś osiem lat – to mniej lub bardziej eksperymentalne inicjatywy oddolne. Niestety większość z nich prędzej czy później podupadała przez brak finansowania i wypalenie. Wiadomo, pieniądze zawsze się przydadzą, ale warto też się zastanowić, czy na pewno jedziemy w dobrym kierunku? Coraz mniej osób interesuje się literaturą i sztukami „wyższymi”. Nie powiedziałbym jednak, że Polacy nie interesują się kulturą – oglądają filmy i seriale, grają w gry wideo, słuchają muzyki, chodzą na koncerty, śledzą YouTube’a czy TikToka, a często sami, czasem nawet nieświadomie, stają się twórcami.
Dlatego najważniejsze wydaje mi się uświadomienie sobie tego stanu rzeczy, jego krytyka i odpowiednia edukacja – przede wszystkim menadżerów kultury, ale też twórców, redaktorów, animatorów i odbiorców. Taka, która sprawi, że literatura przestanie być elitarna i zapatrzona sama w siebie. Dziś bardziej opłacalne dla piszących jest tworzenie literatury, która spodoba się innym autorom, niż takiej, która mogłaby trafić do ludzi spoza bańki. Łatwiej w ten sposób dostać nagrody literackie, które są głównie recyrkulacją prestiżu – a poza środowiskiem mało kogo obchodzą i częściej szkodzą literaturze, niż jej pomagają. Oczywiście, są wyjątki. Ale jeśli to się nie zmieni, sytuacja będzie się powtarzać, a pętla będzie się coraz bardziej zaciskać. Nie chodzi mi o to, żebyśmy nagle wszyscy zaczęli pisać YA albo kryminały – ale może właśnie w stronę gatunkowości warto się zwrócić? To mogłoby przynieść literaturze świeżość, a społeczeństwu po prostu rozrywkę.
Nagrody literackie nie zapewniają autorom realnych i stabilnych warunków do pracy twórczej. Nawet jeśli uda się coś wygrać, to najczęściej pieniądze przeznacza się na najpilniejsze potrzeby, spłatę długów albo odkłada na lokatę, ale to nie jest sytuacja, w której można rzucić etat i pisać opus magnum. Dlatego zawsze będę opowiadać się za realnym systemem stypendialnym – takim, jak na przykład w Danii (więcej o tym w wywiadzie z Pawłem Partyką, który przeprowadziliśmy z Patrykiem Kosendą dla Kultury w Pracy, a który ukaże się w najbliższych miesiącach).
Patryk powiedział mi kiedyś, że wielka szkoda, iż w naszej literackiej bańce książki ocenia się tylko w wymiarze: słaba → wybitna. A przecież nie każda książka jest dla każdego. Mamy różne języki, fabuły, gatunki. Kiedy polecam znajomemu film, wiem, że komedia mu siądzie, ale horror już niekoniecznie, i tym się kieruję. Brakuje mi takiego podejścia w rozmowach o książkach.
W ogóle sam zainteresowałem się poezją, bo uznałem, że obowiązkiem literatury „wysokiej” jest eksperyment – taki, który może inspirować sztukę popularną i gatunkową. Nigdy nie uważałem sztuki „wysokiej” za lepszą, tylko za bardziej dynamiczną i rozwojową. Teraz nie jestem już pewien, czy miałem rację, bo nie zawsze sztuka „wysoka” równa się sztuce eksperymentalnej. Wciąż jednak uważam, że eksperyment jest naszym obowiązkiem i szansą, bo niestety literatura stoi w miejscu. Nie jestem ekspertem od edukacji, krytyki czy systemów wsparcia instytucjonalnego i nie mam prostych recept na tak złożone kwestie. To, co mogę robić, to rozwijać SP w nowym kierunku. Chciałbym mocniej podkreślić eksperyment i kolaboracje artystyczne w nadchodzących open callach – tak, żeby stworzyć nowe przestrzenie dla wiersza, nadać mu bardziej multimedialne ciało i pomóc wyjść poza bańkę. Oczywiście wciąż w klimacie DIY: wolontaryjnie, po godzinach pracy zarobkowej, ale z beką, kminą i zajawą w odpowiednich proporcjach.
M.M.: Pieniędzy, zajawy i spokoju ducha. Razem jesteśmy silniejsi, więc oby wszystkim wiodło się jak najlepiej! A dla „CzasKultury.pl” – specjalne życzenia urodzinowe: spełnienia wszelkich marzeń i planów.