Nr 9/2026 Na moment

Lepiej być sobą

Piotr Dobrowolski
Teatr Recenzja

„Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego nie przyniosło może imponujących wyników finansowych, jednak sukcesu tego filmu nie można mierzyć kryteriami ekonomicznymi. Jego znaczenia dowodzi skala wpływu, jaki wywierał na widzach, krytykach oraz innych twórcach światowego kina. Doceniano przede wszystkim immersyjność, dynamiczny montaż oraz intensywność ścieżki muzycznej, znakomicie oddających stany psychiczne bohaterów. Siła oddziaływania tych elementów, wspartych przez rytm kolejnych scen, szczególną kompozycję kadrów oraz niezawoalowany, wręcz organiczny sposób obrazowania fizyczności bohaterów i bohaterek, zostawiała trwały ślad w świadomości wielu oglądających go osób. Film, którego światowa premiera odbyła się w 2000 roku, znakomicie wypełniał – na przełomie XX i XXI wieku szczególnie wyostrzone i żądne wrażeń jak bodaj nigdy dotąd – oczekiwania estetyczne tamtego czasu. W aktualne trendy wpisywał się również temat podjęty przez Aronofsky’ego, który – adaptując wydaną w 1978 roku książkę Huberta Selby’ego Jr. – portretował postaci pochodzące z nizin społecznych. Doświadczający samotności, zagubieni i pozbawieni wsparcia filmowi bohaterowie i bohaterki – niesieni złudną nadzieją na spełnienie wciąż tlących się w nich marzeń – popadali w uzależnienia prowadzące do ich autodestrukcji.

„Requiem dla snu” można by opisać podobnie do popularnego w teatrze tamtego czasu i wpływającego na odnowienie scenicznej estetyki nowego brutalizmu. Mimo wielu cech łączących ten nurt i kultowy film, inscenizacje sztuk Sarah Kane, Marka Ravenhilla czy Mariusa von Mayenburga nie pobudzały ciekawości millenialsów ani nie inspirowały ich w takim samym stopniu, jak obraz Aronofsky’ego. Czy właśnie sukces kinowej produkcji skłonił Jakuba Skrzywanka do przygotowania teatralnej wersji tego tytułu? Nie wiem. Jeśli przyjmiemy, że takie powroty mają sens, ten powiódł się nienajgorzej – przede wszystkim dzięki pracy wspaniałych aktorek i aktorów z zespołów obu scen oraz autorskiej muzyce, wykonywanej na żywo przez Marcina Maseckiego. Czegoś jednak w warszawsko-krakowskim przedstawieniu zabrakło, a czegoś jest zbyt wiele. Bardzo interesująca, prowokująca wrażenie przeładowania, osadzona na obrotówce, monumentalna scenografia Grzegorza Layera i fenomenalna oprawa muzyczna, w której pobrzmiewają jedynie dalekie echa szlagierów ze ścieżki filmowej, sprawdzają się bardzo dobrze. Równocześnie jednak – niemal bezgraniczne, ocierające się o transgresję – zaangażowanie wykonawców zaskakuje nieadekwatnością wobec zaproponowanej przez reżysera gry w cytaty i zapożyczenia. Dołóżmy do tego temat wpisujący się w aktualne ciążenie teatru ku terapii i nagle okaże się, że owszem, jest dobrze, ale całe to staranie, a nawet poświęcenie wielu osób, godne jest lepszej sprawy i przyjęcia nieco bardziej oryginalnej perspektywy.

Przygotowana przez Skrzywanka i Jana Czaplińskiego – który zaplanował także dramaturgię spektaklu – adaptacja książki Selby’ego wykorzystuje kilka wątków znanych z filmu, które posłużyły realizatorom do prezentacji interesujących ich tematów. Choć spora część opowiadanej przez nich historii pozostawiona jest w domyśle, rezygnacja ze spójnej fabuły i łączenie poszczególnych scen jedynie delikatną fastrygą losów uczestniczących w nich postaci nie przeszkadzają w ukazaniu ich drogi od pobudzających wiarę fantazji ku upadkowi. Kompozycyjna fragmentaryczność służy rozproszeniu dominanty, której podporządkowana była narracja filmu Aronofsky’ego. Jego główny temat stanowiły narkotyki: wywoływana przez nie chwilowa euforia oraz destrukcyjny wpływ, jaki w dłuższej perspektywie wywierają na użytkowniczki i użytkowników. Skrzywanka, jak podkreślał w przedpremierowych wywiadach, interesowało szersze spojrzenie na fenomen uzależnienia i ukazanie go w bardziej uniwersalnej perspektywie. W efekcie nadużywanie substancji chemicznych – których repertuar ograniczony został w spektaklu do stymulantów – staje się na scenie punktem symbolicznego odniesienia dla obecnych także w pierwowzorze uzależnień od telewizji, cyberseksu, wykorzystywania innych ludzi dla własnej, chorej satysfakcji, kompulsywnego jedzenia czy stosowania restrykcyjnej diety.

Współczesne narkotyki, które dzisiaj, w polskich realiach, już jedynie sporadycznie znaczone są widmem opiatów – jeszcze nie zastąpionych tu przez ich syntetyczne odpowiedniki, jak fentanyl – traktowane są przez Skrzywanka niemal wyłącznie hasłowo, jako powracający straszak i negatywny punkt odniesienia dla całej prezentowanej historii. Scena ukazująca łatwość w dostępie do substancji psychoaktywnych, zarówno tych uznawanych za „miękkie”, jak i „twardszych”, łączy fikcję spektaklu z rzeczywistością pozateatralną. Harry (Rob Wasiewicz) i Tyrone (Daniel Dobosz), znajdując się na scenie, w obecności publiczności przeczesują Internet w poszukiwaniu narkotyków. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście nawiązują kontakt z realnymi, odszukanymi w sieci handlarzami – prowadzą z nimi rozmowy telefoniczne i korespondencję z użyciem komunikatorów. Zwracając się wprost do widzów, zapowiadają, że będą próbować do skutku. Na potencjalny sukces nie trzeba czekać szczególnie długo. Jednak i ten wątek spektaklu, jak wiele innych, zostaje zerwany, nie niosąc dalszych konsekwencji.

Na scenę wkracza narratorka, wcześniej towarzysząca czarodziejowi ze szklanego ekranu (Krzysztof Zawadzki), składającemu obietnice bez pokrycia matce Harry’ego (Anna Radwan). Marta Zięba, w fantazyjnym kostiumie projektu Lilii Dziedzic podobnie jak jej sceniczny partner, tłumaczy ex cathedra, czemu miała służyć opisana wyżej scena. Mówi o tym, że narkotyki są blisko, tuż obok nas, niemal wszędzie, a problemy, które wiążą się z ich używaniem, mogą dotyczyć wszystkich, nawet dzieci. Nie tylko tych z „gorszych” rodzin, ale też waszych dzieci – zaznacza, celowo udając przejęcie i trwogę, jakby chciała, zwracając się do osób na widowni, wyprzedzić ich dystans wobec prezentowanego problemu i w ten sposób go skrócić. W kolejnej odsłonie tego programu edukacyjnego, w który na chwilę zmienia się spektakl, głos z offu relacjonuje jedną z historii opisanych przez Piotra Mieśnika i Magdę Mieśnik na samym początku ich książki „Noski. Tak ćpają polskie dzieci”. Owszem, zatrważającą i zapewne prawdziwą. Ale przy tym – ekstremalną, a przez to niezbyt adekwatną do kontekstu: egzotyzując niepokojącą codzienność, pozostawia niewielkie wrażenie. Perspektywa bohaterki granej przez Ziębę – podobnie jak opowieść o kilkuletnim dziecku świadomie sięgającym po narkotyki, a w wieku trzynastu lat zażywającym je już dożylnie – sugeruje, że Skrzywanek i Czapliński podjęli się misji dydaktycznej. Problem w tym, że realizują ją niejako z założenia. W planie fabularnym – może za wyjątkiem graniczącego z obsesją pragnienia ich zdobycia przez Harry’ego i Tyrone’a we wspomnianej wcześniej, na poły improwizowanej scenie, której przebieg zależy od interakcji z potencjalnymi dostawcami – nie dostarczają żadnych dowodów na to, że narkotyki są złe. Co więcej, substancje, takie jak marihuana, amfetamina, mefedron czy kokaina, których slangowe określenia pojawiają się w przeglądanych przez nich ofertach, maskują tu jedynie realne źródła problemów postaci, a sugestia obecności w ich świecie tych środków odurzających traktowana jest przez twórców spektaklu instrumentalnie – niczym założony z góry znak ich zbliżającego się upadku.

Fot. Natalia Kabanow

Głównym problemem bohaterek i bohaterów przedstawienia Skrzywanka jest samotność, którą każdy i każda z nich próbuje zagłuszać w jakiś, właściwy dla siebie, sposób. Sara Goldfarb, matka Harry’ego, żyje złudną wizją wystąpienia w telewizji oraz marzeniem o włożeniu na tę okazję ulubionej sukienki, co wymagałoby od niej zrzucenia paru kilogramów. Używa chemicznych środków odchudzających, od których się uzależnia, oraz stosuje ekstremalną dietę z kolorowego magazynu. Jej sąsiadka i powierniczka (Ewelina Żak) – przeciwnie – z satysfakcją i zadowoleniem pozwala sobie na kompulsywne jedzenie. Tyrone oddaje się prostytucji, wykorzystując w tym celu aplikacje randkowe. Gotów jest doświadczać przemocy w zamian za chwilę dającą mu wrażenie bliskości z innym człowiekiem. Marion (Magda Grąziowska), dziewczyna Harry’ego, sypia ze swoim psychiatrą (Adam Nawojczyk) – będącym równocześnie niedoszłym klientem Tyrone’a – w zamian za recepty, ale pełniejsze ukojenie dają jej narkoseksualne, internetowe zbliżenia z jej chłopakiem. Niemal każda aktorka i każdy aktor grający w tym spektaklu dokonuje jakiegoś przekroczenia: Żak napycha sobie usta tortem polanym ketchupem i mięsem z bitą śmietaną, Grąziowska i Wasiewicz obnażają się przed ekranami telefonów, sugestywnie markując masturbację, a Dobosz z niesłychaną biegłością łączy tęsknotę za rodzicami z transgresyjnym pragnieniem masochistycznej seksualności. Cała obsada rewelacyjnie sprawdza się w powierzonych im rolach. Wyróżnienie jedynie celnego rozedrgania bohatera Dobosza, zaskakującego spokoju postaci Wasiewicza, hipnotyzującej namiętność w roli Grąziowskiej czy ukrywanej pod skórą histerii granej przez Radwan matki byłoby niesprawiedliwością wobec pozostałych, wspaniałych kreacji tych osób aktorskich oraz innych aktorów i aktorek z obsady „Requiem dla snu”.

Tu jednak wracamy do podstawowego pytania – po co to wszystko? O czym swojej publiczności chce opowiedzieć reżyser, angażujący niemałą machinę teatralną, ośmioro świetnych aktorek i aktorów, rewelacyjnego pianistę, kamery i – bezwiednie włączonych w spektakl – krakowskich (lub warszawskich) dilerów? O samotności? O substytutach radzenia sobie z nią? O narkotykach, które są tuż obok nas? O niebezpieczeństwach, które się z nimi wiążą? Na pierwszy rzut oka wszystko się Skrzywankowi udało – spektakl świetnie operuje ostrymi środkami teatralnymi, jakby jego twórca chciał zasugerować, że nie musi być „grzeczny”. Kolejne sceny przyciągają uwagę publiczności, a towarzysząca im muzyka hipnotyzuje widzów, by po chwili wybić ich z transu, na przykład jakąś szczególną – może celowo fałszywą – nutą. Jednak poszczególne sekwencje nie zawsze łączą się ze sobą. Scenograficzny cytat ze spektaklu „Rohtko” Łukasza Twarkowskiego oraz niedająca szans na porównanie z jego multimedialnymi arcydziełami praca kamery czy nawiązania do słynnych spektakli Florentyny Holzinger wybrzmiewają u Skrzywanka fałszywym echem, którego nie osłabia wpisana w jego przedstawienie ironia.

Mam przy tym wrażenie, że spektakl, który powstał jako koprodukcja Narodowego Starego Teatru i Teatru Studio, inspirowany był marzeniem reżysera o powrocie do przeszłości – czasów mocnej, transgresyjnej estetyki, nowego brutalizmu i kina, które umiało zapierać dech w piersiach swoich widzów. Skrzywanek, który nigdy nie bał się wyrazistości i bardzo często – z korzyścią dla teatru – podejmował artystyczne ryzyko, wzbogacił dawną, anachroniczną dzisiaj doktrynę szoku kilkoma rozwiązaniami zapożyczonymi ze współczesnego teatru, mrugając przy tym porozumiewawczo do widzów. Czy mimo twórczej swobody i autoironii starał się dopełnić to, czego nie osiągnął nowy brutalizm, którego epigoni rezygnowali z wizualności i muzyczności, by w coraz większym stopniu koncentrować się na sferze etyki? Takie uzupełnienie mogłoby mieć sens. Jednak, w miarę trwania teatralnego „Requiem dla snu”, coś w tym spektaklu zaczyna zgrzytać, jakby reżyser przymierzał jedynie nie swoje, odrobinę za duże, nierozchodzone buty. Spektakl o nałogach, które ograniczają wolność i odbierają podmiotowość ulegającym im ludziom, przypomina, że w polu twórczości artystycznej, podobnie jak w życiu, lepiej być sobą. Lepiej też mówić o sprawach, które są kulturowo istotne, ważne społecznie albo poruszają fundamentalne i aktualne tematy. Sposób, w jaki to robią, ma niebanalne znaczenie. Jednak tym razem teatralne środki zdecydowanie przerosły podjęty przez realizatorów temat. Bycie sobą dotychczas Skrzywankowi udawało się świetnie. Realizując „Requiem dla snu”, już prawie wrócił do siebie po krótkiej nieobecności. Zabrakło jednego kroku – w wykonaniu którego tym razem nie pomogła mu w spodziewany sposób współpraca z Czaplińskim. Mam nadzieję, że wkrótce sprawnie go wykona, pamiętając o tym, że lepiej być sobą, niż śnić o innym „ja” – o innym czasie czy innym świecie.

Requiem dla snu
na podstawie książki Huberta Selby’ego Jr. w przekładzie Elżbiety Gałązki-Salamon
Scenariusz i adaptacja: Jakub Skrzywanek i Jan Czapliński

Reżyseria: Jakub Skrzywanek
Dramaturgia: Jan Czapliński

Muzyka: Marcin Masecki
Scenografia: Grzegorz Layer
Kostiumy: Lila Dziedzic
Choreografia: Karolina Kraczkowska
Światło: Jacqueline Sobiszewski
Wideo: Natan Berkowicz

Koprodukcja Teatru Studio w Warszawie i Narodowego Starego Teatru w Krakowie
Premiera: 17 kwietnia 2026 (Teatr Studio w Warszawie); 25 kwietnia 2026 (Narodowy Stary Teatr w Krakowie)