Nr 9/2026 Na teraz

Boże, uratuj punka

Aleksy Jakubiec
Teatr Recenzja

W 1977 roku odbyła się premiera filmu „Jubileusz” w reżyserii Dereka Jarmana. Opowiadał on historię królowej Elżbiety I, która zostaje przeniesiona do Londynu czasów punk rocka. Jarman, zamiast oddawać hołd kontrkulturowemu buntowi, odniósł się do niego krytycznie. Film uderzał bezpośrednio w Malcolma McLarena, menedżera i współtwórcę zespołu Sex Pistols, uważanego za pioniera kultury punk w Wielkiej Brytanii. McLaren, który traktował punk jak swoją własność, oskarżał reżysera o przywłaszczenie jego marki, próbował sabotować produkcję filmu, a tuż przed jego premierą wykorzystał swoje kontakty w mediach, aby opublikować manifest, w którym nazwał „Jubileusz” „najbardziej nudnym i burżuazyjnym dziełem, jakie kiedykolwiek powstało”. W spór z Jarmanem zaangażowała się również ówczesna partnerka McLarena, Vivienne Westwood, projektantka mody i właścicielka słynnego butiku „SEX”.

Dzisiaj film Jarmana, choć już lekko zakurzony, przypomina o tym, jak dwoje londyńskich biznesmenów wykreowało estetykę buntu. Maciej Jaszczyński, student reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej, podjął próbę przeniesienia „Jubileuszu” w czasy nam współczesne. Zrealizowany przez niego spektakl w Teatrze Dramatycznym sugeruje, że wszystkie próby buntu przeciwko systemowi są skazane na porażkę – prędzej czy później zostaną przez niego wchłonięte, a przed ostatecznym zwycięstwem kapitalizmu uratować nas może tylko totalna apokalipsa.

Kluczowy pomysł oparty jest na konfrontacji Elżbiety I (Magdalena Czerwińska) z dzisiejszymi realiami. Na samym początku królowa namawia swojego dworzanina Doktora Johna (Karol Wróblewski), by ten – używając Coca-Coli nalewanej z puszki niczym magiczny napój – przeniósł ją do przyszłości, gdzie ocenić chce wpływ swojego panowania na kraj i jego mieszkańców. Pomocą służy – ubrany w niebieski strój wróżki, a w ręku trzymający różdżkę z gwiazdką – Ariel (Jan Sałasiński), duch z „Burzy” Szekspira. We współczesnym Londynie królowa poznaje trzy mieszkanki skłotu: Furię, Mendę i Azotynę Poppers (odpowiednio: Lidia Pronobis, Martyna Kowalik i Helena Urbańska). Żadna z nich nie pasuje do społeczeństwa: Furia to „pankówa”, która buntuje się przeciwko systemowi, Menda jest nimfomanką i jednocześnie niepoprawną romantyczką, a Azotyna – neurotyczną miłośniczką faktografii, która za wszelką cenę chce spisać historię całego świata. Wydawać by się mogło, że wywodząca się z arystokracji Elżbieta będzie miała problem z odnalezieniem się na skłocie, jednak szybko zaskarbia sobie zaufanie outsiderek, a nawet staje się ich liderką. Do czterech kobiet dołącza młody muzyk, Keith (Jan Sałasiński), który chciałby zrobić karierę w świecie punk rocka. Zyska taką możliwość dzięki pomocy Borgii (Karol Wróblewski), bogatego biznesmena i antreprenera, który trzęsie brytyjskim show-biznesem.

Mam wrażenie, że Jaszczyński, tworząc „Jubileusz”, chciał odrobić lekcje z Bertolta Brechta. W spektaklu posługuje się nie tylko teatralną umownością i prostymi scenicznymi gestami, ale również – gestem zdjęcia peruki albo ostentacyjnym zejściem ze sceny postaci, która właśnie umarła – przypomina, że to, co oglądamy, jest fikcją. Scenografia i kostiumy autorstwa Kamili Bukańskiej nie pozostawiają żadnych niedomówień, dookreślając charakter miejsc i postaci. Furia nosi ciężkie glany i kurtkę bomberkę, kostium Kietha to wariacja na temat stylu basisty Sex Pistols Sida Viciousa, Menda przypomina Nancy Spungen (partnerkę Viciousa), a Borgia pojawia się w czarnym garniturze, okularach i z włosami postawionymi na żel, czym kojarzy się ze stereotypowym filmowym biznesmenem-złoczyńcą. Choreografia autorstwa Katarzyny Sikory podkreśla charaktery postaci, jednocześnie jednak sugeruje, że nie patrzymy na realistyczne, pełnokrwiste osoby, a na spersonifikowane postawy czy idee. Napisy wyświetlane na ścianie informują, gdzie i kiedy właśnie toczy się akcja, a postaci często wypowiadają zdania brzmiące jak slogany z protestów przeciwko politykom lub kapitalizmowi. Helena Rakovich, projektując światło sceniczne, sprawnie wykorzystuje światłocień i kolory, podkreślając sylwetki bohaterów. W scenach z udziałem Elżbiety i Doktora boczne reflektory wprowadzają klimat kojarzący się z zaciemnionym piętnastowiecznym zamkiem. W spektaklu często wykorzystywane są nawiązania do estetyki kampu, ironiczny humor i luźne nawiązania do współczesnej kultury. Jaszczyński jeszcze wyraźniej zbliżył się do brechtowskiego „efektu obcości”, wprowadzając do spektaklu songi komentujące prezentowane sytuacje. Azotyna, w niebieskim kostiumie zdobionym kręgiem złotych gwiazd, trafia na konkurs Eurowizji, gdzie śpiewa piosenkę będącą bardzo sprytnym cytatem popkulturowym – to estetyczne i muzyczne nawiązanie do „Dancing Lasha Tumbai” Verki Serduchki (2. miejsce w finale 2007 r.), choć znaczeniowo znacznie bliżej jej do piosenki „Europapa” Joosta Kleina (zdyskwalifikowanego przed finałem w 2024 r.). Keith wykonuje punkrockową piosenkę swojego nowego zespołu „Ścieki”, a ostatni występ wokalny Furii jest emocjonalnym pożegnaniem wielu znanych muzyków, którzy przedwcześnie zakończyli swoje życia i kariery.

Fot. Karolina Jóźwiak

Pozorność rebelii manifestowanej przez Sex Pistols i inne punkowe zespoły jest w „Jubileuszu” aż za bardzo czytelna. Borgia napędza biznesowo-społeczną machinę buntu, funkcjonującego w ramach systemu, a w spektaklu Jaszczyńskiego co chwila powraca teza, że „punk to ładnie zapakowany kapitalizm”. Reżyser zauważa, że system wchłania kolejne próby sprzeciwu, wtłaczając je w mechanizmy rynkowe. Menda, która poznaje Kietha z Borgią, mówi wprost, że kocha wolny rynek i jego niewidzialną rękę. Biznesmen proponuje królowej układ niczym z legendy o Twardowskim: Kieth osiągnie sukces i będzie wiódł dobre życie, o ile nigdy nie wróci na skłot. W przeciwnym razie jego los będzie zależał Borgii. Elżbieta walczy o duszę chłopaka. W kluczowej scenie spektaklu Borgia strzela do Kietha, by po jego śmierci opiewać czekający go sukces. To moment dopełnienia kariery, na której skorzysta chciwy menedżer. Historia zna wiele podobnych przypadków: popularność Iana Curtisa z Joy Division, Kurta Cobaina, Jima Morrisona, Sida Viciousa czy Johna Lennona znacznie wzrosła po ich śmierci.

Dyplomowy spektakl Jaszczyńskiego bywa ciekawy. Brakuje mu jednak młodzieńczego rozmachu, jakby twórcy za wszelką cenę unikali ryzyka. Wzięcie na warsztat twórczości reżysera tak kontrowersyjnego jak Jarman wymagałoby odważniejszych decyzji i mocniejszych gestów teatralnych. Momentami, kiedy wciągała mnie sceniczna opowieść, chciałem jeszcze większej intensywności wrażeń. Reżyser nie zdecydował się jednak postawić wszystkiego na jedną kartę. Może wpłynęła na niego atmosfera teatru, w którym pracował? A może to wynik świadomej decyzji? „Jubileusz” Jarmana miał pokazać stan kontrkultury w drugiej połowie lat 70. „Jubileusz” Jaszczyńskiego próbuje podchwycić myśl sugerującą, że punk był tylko sztucznie wykreowanym produktem, który zasilił mainstream. To rozpoznanie nie jest nowe. Po co więc powtarzać tę historię, przenosząc ją z 1977 do 2026 roku?

Prezentowana opowieść wzorowana jest na filmie, jednak skróty sprawiają, że w spektaklu brakuje ciągłości przyczynowo-skutkowej, a dla części scen nie ma uzasadnienia. Może właśnie taki zamysł towarzyszył dramaturżce Marii Gustowskiej? Napisy sugerują, że akcja rozgrywa się w 2026 roku, ale obecny świat show-biznesu wygląda inaczej. Gdyby nie odwołanie do daty, narracja mogłaby ciekawie odnosić się do źródeł brytyjskiej muzyki alternatywnej lat 70. Jednak podążanie za myślą twórców dezorientuje. Wprawdzie celne wydają się diagnozy dotyczące sławy i produktu, jakim stał się bunt, jednak od czasów świetności punk rocka minęło ponad pół wieku, a w międzyczasie rozkwitły – i skomercjalizowały się – między innymi hip-hop i rap. Wyraziste subkultury to dzisiaj jedynie ciekawostka. Także królową Elżbietę I postrzega się inaczej po śmierci Elżbiety II, której panowanie zostawiło swój ślad w kulturze Wielkiej Brytanii ostatnich kilkudziesięciu lat.

Dobrze, że Jaszczyński pamięta twórczość Jarmana. Jednak bezpośrednie przeniesienie fabuły „Jubileuszu” na scenę, z pominięciem pięćdziesięciu lat historii kultury i muzyki, jest ryzykowne. Dziś popularność może zapewnić odrobina szczęścia i smartfon z dostępem do mediów społecznościowych. Wiele karier muzycznych rozkwita szybko i równie szybko się kończy. Bliska jest mi estetyka punka i historia brytyjskich subkultur. Nie mogę jednak w pełni zrozumieć sensu historii powtarzanej na scenie Teatru Dramatycznego z perspektywy realiów 1977 roku.

Ostatnia scena „Jubileuszu” rozgrywa się pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Elżbieta zdejmuje czerwonorudą perukę, a światło pada na dolną część jej sukni. Widzimy na niej – wcześniej ukryty – obraz przedstawiający wybuch bomby atomowej. Królowa krzyczy punkowe hasło: „No future!”. Czy jedynym sposobem na zilustrowanie tych słów jest nawiązanie do apokalipsy? Wiele osób przewiduje jej rychłe nadejście. Ale ważniejsze od tej diagnozy mogłoby być pytanie o to, co będzie dalej.

„Jubileusz”
spektakl inspirowany filmem Dereka Jarmana

Reżyseria: Maciej Jaszczyński

Adaptacja i dramaturgia: Maria Gustowska


Scenografia i kostiumy: Kamila Bukańska

Charakteryzacja: Marta Krasowska, Aleksandra Rubersz
Choreografia: Katarzyna Sikora


Muzyka: Michał Puchała

Video: Jakub Dylewski

Reżyseria świateł: Helena Rakovich

Teatr Dramatyczny w Warszawie
premiera: 18 kwietnia 2026