Zaczyna się zawsze podobnie: dziesiątki wysłanych CV, tygodnie ciszy i braku odpowiedzi, poczucie rezygnacji, jedna zdawkowa odpowiedź, nadzieja, że tym razem na pewno się uda, zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną i obietnica raju na ziemi. Potem przychodzi rozczarowanie: wynagrodzenie okazuje się zupełnie inne niż to z ogłoszenia, zespół wcale nie tak młody i energiczny, jak zapewniano, a atmosfera, jeśli już przypomina rodzinną, to raczej z dysfunkcyjnego domu. Wiesławiec Deluxe (Jakub Santarosa), główny bohater spektaklu „Każda praca hańbi” w reżyserii Miry Mańki z Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu, przechodzi przez każdy z tych etapów, tak dobrze znanych tym, którzy próbują odnaleźć dla siebie miejsce na rynku pracy. Bez przekonania dołącza do zespołu, nie do końca nawet wiedząc, czym właściwie ma się w nim zajmować. Zgadza się na nieodpowiadające mu warunki finansowe z nadzieją, że gdy minie okres próbny, a szefostwo go doceni, dostanie obiecaną podwyżkę. Tak, ale też inaczej, próbuje się dopasować do norm i reguł, jakie narzucają jego nowi – tylko z pozoru przyjaźnie nastawieni – szefowie: Superwajzorka (Cecylia Caban), która – zdaniem Wiesławca, pełniącego w spektaklu funkcję narratora – roztacza „aurę Bridget Jones wbiegającej do pracy w ostatnim momencie”, i Nadrzędny (Leszek Malec), „wcielenie liberalnej opowieści o sukcesie w wydaniu polskim”. Oboje nie ustają w staraniach, by zaostrzać normy i zwiększać presję na coraz lepsze wyniki. Czas to pieniądz, liczy się wyłącznie efektywność.
Bohater dołącza do niedużego zespołu, zastępując Bardziej Doświadczonego Kolegę (Bartosz Dziedzic), który odchodzi z firmy – bynajmniej nie z własnej woli – po dwudziestu pięciu latach pracy. W jakim celu korporacja miałaby dalej płacić seniorowi, skoro to samo, ale za znacznie mniejsze pieniądze, może zrobić junior? Nikt nie ma tu sentymentów i nie przejmuje się rozpaczą mężczyzny, który – bodaj jako jedyny w tym świecie – naprawdę lubi swoją pracę i pieczołowicie wykonuje należące do niego obowiązki. Jego utyskiwania na nikim nie robią wrażenia – lada dzień ma opuścić swoje stanowisko. W korporacji nie liczą się przyjaźnie, zażyłości ani doświadczenie. Nie ma ludzi niezastąpionych, są tylko cyfry w Excelu. Do teamu, rozliczanego przez Superwajzorkę z każdego opóźnienia w realizowaniu bieżących zadań, należą jeszcze marząca o biurowym romansie młoda kobieta (Zuzanna Meyer), przeklinający do ekranu komputera Wkurwiony Marcin (Paweł Dobek) oraz „koleżanka od radyjka” (Judyta Paradzińska), która każdego dnia, o określonej godzinie, ku niezadowoleniu współpracowników, na cały regulator włącza tę samą audycję.
Na czym polega praca bohaterów i bohaterek opolskiego spektaklu? Na pozorach. Superwajzorka z uporem godnym lepszej sprawy bierze udział w niezliczonej ilości spotkań, telekonferencji, calli, narad i spotkań one-to-one, równocześnie kontrolując każdą aktywność swoich podwładnych. Raz po raz sprawdza, czy włączają tryb przerwy, gdy idą na obiad lub papierosa, czy aby na pewno nie rozmawiają o czymś innym niż o realizowanych właśnie zadaniach, czy są wystarczająco zmotywowani, by w terminie „dowozić” kolejne projekty. Wymaga poświęcenia, efektywności i szybkiego tempa – wszystko musi być wykonane ASAP, nic nie może poczekać. Kobiecie wtóruje Nadrzędny, równie zalatany i przepracowany, co ona, ale w mniejszym stopniu korzystający z coachingowych motywatorów. Ich zapał nie udziela się pozostałym pracownikom. Skupiają się na romansach, plotkach, a zaangażowanie jedynie udają. Choć akcja przedstawienia, nie licząc jednej „wyjazdowej” sceny, rozgrywa się w przestrzeni biurowej, nie dowiadujemy się, czym postaci właściwie się zajmują. Czy pracują w bankowości? IT? Świadczą usługi konsultingowe? Są piarowcami? Księgowymi? HR-owcami? Trudno powiedzieć. Na laptopach, przytwierdzonych do pulpitów krzeseł-biurek (scenografia i kostiumy: Katarzyna Sobolewska), mogą przecież robić wiele różnych rzeczy. Zdaje się, że o swoich codziennych zadaniach nie potrafiłby powiedzieć nawet sam Wiesławiec. Zwracając się bezpośrednio do publiczności, stwierdza, że na to, „co dawniej nazywane było pracą, czyli wykonywaniem swoich podstawowych obowiązków służbowych, nie ma już w ogóle czasu”. Innym razem dopowiada: „nie świadczyliśmy pracy, tylko teatr pracy”. Realną pracę zastępują pozorowanie działania, okazywanie fałszywego zainteresowania podczas nieproduktywnych „zdzwonek”, niekończące się ewaluacje i „updejtowanie” rozmaitych procedur. Kto tego nie rozumie i nie potrafi przyswoić zasad tej gry, jak Bardziej Doświadczony Kolega, ten albo wypruwa sobie flaki, naiwnie licząc na to, że przełożeni w końcu go docenią, albo prędzej czy później nabawi się załamania nerwowego. Główny bohater, mimo niewielkiego doświadczenia, szybko zrozumiał, czego się od niego wymaga, czym zjednał sobie sympatię Superwajzorki. Pomogło mu też, że jest atrakcyjnym mężczyzną, a w dodatku – młodym…
Spektakl – będący adaptacją książki „Każda praca hańbi. Pozdrowienia z późnego kapitalizmu” opowiadającej o zdobytych przez autora, ukrywającego się pod pseudonimem, doświadczeniach pracy na różnych stanowiskach, – od samego początku prowadzony jest grubą kreską. Reżyserka, wykorzystując konwencję stand-upu i groteski, świadomie operuje hiperbolą, przejaskrawieniem i satyrą – tak silną i jednoznaczną, że bohaterów i bohaterki trudno uznać za coś więcej niż ilustracje tez przyjętych przez twórców i twórczynie. Reżyserka nie daje aktorom i aktorkom przestrzeni, by w jakikolwiek sposób mogli zniuansować psychologicznie swoje role i stopniowo ujawniać widzom motywacje kreowanych postaci. Od pierwszej sceny wszystko wydaje się przesądzone, wpisane w doskonale znane – czy to z popkultury, czy z obiegowych wyobrażeń na temat pracy w korporacji – dychotomie i układy. Biuro zostaje ukazane jako miejsce systemowej i hierarchicznej opresji, a open space – jako nowy rodzaj foucaultowskiego panoptykonu. Nikt nie ma tu prywatności. Każdy – nawet Superwajzorka – jest tylko trybikiem w wielkiej maszynie. Nad bohaterami-korposzczurami czuwają ich przełożeni, którzy sami mają swoich, równie wymagających, szefów. Działa zasada naczyń połączonych: frustracja jednych udziela się drugim. Pracownicy, wiedząc, że są obserwowani, zachowują się nienaturalnie, przyjmując różnego rodzaju pozy i odgrywając role narzucone im przez system. Mańki nie interesuje jednak wiwisekcja tych strategii przetrwania i oporu ani refleksja nad jej konsekwencjami. Skupia się raczej na slapstickowej demonizacji pracy w korporacji, obśmiewaniu relacji, sytuacji i postaw kojarzonych z korporacją. Wyciągnięcie ich poza ściany oszklonych wieżowców pozbawia je grozy, sensu i znaczenia – zwłaszcza że postaci w przeważającej większości nie przejmują się swoją pracą. Ukazywany w Opolu „terror” okazuje się przez to niewiarygodny: wiemy, że przeważająca część bohaterów dystansuje się od tego, co robią, mając świadomość umowności sytuacji, w jakiej się znajdują. Projektowana przez twórców i twórczynie opresyjność czy przemocowość korporacji w realnym życiu zasadza się na przymusie trwania w feudalnym układzie, postępowaniu wbrew sobie i chodzeniu do pracy, której szczerze się nie znosi, ale okoliczności (konieczność spłacenia kredytu, lęk przed zmianą, ambicje pięcia się po szczeblach kariery itd.) nie pozwalają na zmianę sytuacji. Jeśli część postaci lubi swoją pracę, chce ją wykonywać lub podchodzi do niej cynicznie, nie mogą być traktowani jak więźniowie systemu – a takim skojarzeniem podszyty jest spektakl Mańki. Czy prezentowane w przedstawieniu wyobrażenie korporacji nadal ma wiele wspólnego z rzeczywistością, gdy rynek pracy zaczyna się kurczyć, korporacje redukują zatrudnienia, Polska nie jest już najtańszym „biurowcem” Europy, a świadomość mobbingu i praw pracowniczych wydaje się wyższa niż kiedykolwiek wcześniej? Poza tym część ukazanych na scenie sytuacji można odnieść do innych środowisk pracy, w tym kultury czy uniwersytetu, co znacząco stępia ostrze teatralnej satyry. W jakim stopniu Mańka, wychodząc od książki Deluxe’a, powiela stereotypy wytworzone przez popkulturę, a w jakim dociera do istoty rzeczy? „Każda praca hańbi” nie jest próbą zrozumienia biurowej rzeczywistości, dotarcia do jej istoty czy przeprowadzenia tak modnej ostatnio w teatrze quasiterapeutycznej analizy dynamiki relacji społecznych, ukazania feudalnej zależności między przełożonymi i podwładnymi czy zrozumienia motywacji postępowania tak zwanych korposzczurów. Stawką przedstawienia jest raczej ambicja zbudowania poczucia wspólnoty z jego odbiorcami poprzez uruchomienie w nich mechanizmów identyfikacji i projekcji – odnoszenie ukazywanych na scenie zdarzeń do własnych doświadczeń: znajdowanie podobieństw między rzeczywistością bohaterów a własnym środowiskiem czy zakładem pracy.
Relacje pomiędzy postaciami i ich problemy są do tego stopnia uniwersalne, że można je postrzegać nie tylko w kontekście biura czy międzynarodowej firmy z dużym kapitałem, lecz także innych miejsc pracy. Wszędzie tam, gdzie zatrudnione osoby wykonują swoje obowiązki w ramach zhierarchizowanego systemu, podlegając kontrolom i ewaluacjom, powielane są podobne systemy opresji i wyzysku. Spektakl nie mówi o nich nic nowego, brakuje mu publicystycznego zacięcia (wątek nierówności płacowej między kobietami a mężczyznami zatrudnionymi na tym samym stanowisku niewiele tu zmienia). Można go obejrzeć po to, by wraz z innymi widzami po raz wtóry wyśmiać absurdy pracy w korporacji, rozpoznać własną niechęć do biurowego świętowania urodzin, brania udziału w zbędnych szkoleniach czy bawienia się z szefostwem na zespołowych integracjach, ale ostatecznie niewiele z tego wynika. Ostrze satyry jest tu tak stępione, że nikogo raczej nie ugodzi, a żart jest do tego stopnia przewidywalny i oklepany, że może bawić jedynie jego tendencyjność i sztampowość. Na etapie prób ewidentnie zabrakło dramaturga.
Przedstawienie Mańki pozbawione jest zarówno emancypacyjnego czy politycznego potencjału, jak i oryginalnego pomysłu na to, w jaki sposób portretować korporacyjną rzeczywistość. Wprawdzie całkiem ciekawy, acz zrealizowany zero-jedynkowo i bardzo powierzchownie, jest pomysł, by pracowników biura ukazać jako dzieci, które bawią się w poważnych dorosłych. Laptopy i komórki, z których korzystają, to plastikowe, zdobione naklejkami zabawki; printy i formy kostiumów Nadrzędnego, Wiesławca i Wkurwionego Marcina odsyłają do estetyki bajek i gier wideo; „palone” przez bohaterów na przerwie papierosy to jedynie paluszki, a zawiązany przez Wiesławca i Wkurwionego Marcina sojusz to nic innego jak „chłopackie porozumienia”. Wszystko to sprawia, że biurowe intrygi, relacjonowane przez sarkastycznie usposobionego głównego bohatera, przypominają dziecięce zabawy, a próby „przechytrzenia” przełożonych – oszukiwanie nauczyciela przez uczniów. W tej konwencji osadzone zostały również wykonywane przez aktorów i aktorki piosenki (muzyka: Dawid Tas) oraz układy taneczne (choreografia: Dominik Więcek). Upupienie bohaterów i bohaterek pogłębia wrażenie absurdu, ale niewiele mówi o nich samych i ich świecie. Taka konwencja sprawdziła się znacznie lepiej w „Sztuce kochania”, poprzednim spektaklu Mańki, zrealizowanym w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. W powstałym na motywach książki Michaliny Wisłockiej przedstawieniu „chłopięcość” postaci, uosabiających poszczególne części osobowości niepojawiającego się na scenie bohatera, nie była pustym gestem – miała odbicie w strukturze i wymowie przedstawienia, wydawała się w pełni uzasadniona i przemyślana. Tym razem jest inaczej.
W zupełnie innej tonacji poprowadzona została postać kreowana przez Judytę Paradzińską. Poza Bardziej Doświadczonym Kolegą, którego życiowy dramat został zaledwie naszkicowany, tworzy ona jedyną niejednoznaczną, znaczoną tragizmem rolę spektaklu. Bohaterkę – dojrzałą kobietę, od kilku dekad pracującą i mieszkającą w tym samym miejscu, nieposiadającą rodziny, przyjaciół ani żadnej pasji – poznajemy stopniowo. Trudno ją rozgryźć. Początkowo, prowokowany słowami Wiesławca, wziąłem ją za dziwaczną starszą panią, której nawyk codziennego odsłuchiwania tej samej audycji utrudnia pracę innym. Z czasem, obserwując jej zachowanie oraz dowiadując się, jakie są motywację jej uporczywego rytuału, radykalnie zmieniłem swoją ocenę. Kobieta, jak się okazuje, od wczesnej młodości bierze udział w plebiscycie organizowanym przez Radio Tiruriru, każdego dnia mając nadzieję na to, że los się wreszcie do niej uśmiechnie i wygra dożywotnią pensję. Miesiące i lata mijają, a bohaterka pozostaje niestrudzona – codziennie wysyła zgłoszenie, licząc na łut szczęścia. Przywilej niepracowania pozwoliłby jej wreszcie zacząć żyć na własnych zasadach: skończyć studia, nauczyć się języka obcego, wyruszyć w podróż, zakochać się, a może nawet założyć rodzinę. Część z tych marzeń jest już nieaktualna, na realizację innych nie pozwalałby wiek. Bohaterka, dzwoniąc w jednej ze scen do radia, wyznaje: „Czuję się tak, jakbym nigdy nie żyła, tylko na to życie czekała. Jakbym wiecznie była pasażerką na gapę albo bohaterką trzeciego planu w filmie o kimś zupełnie innym. Nikogo nie poznałam, nic nie osiągnęłam, nic ważnego nie zrobiłam. Nikt mnie nie zapamięta. Nie wiem, czy to ja przegapiłam życie, czy życie przegapiło mnie”. Paradzińska w bardzo przejmujący i wiarygodny pod względem psychologicznym sposób prowadzi swoją postać: subtelnie, lecz konsekwentnie i precyzyjnie ukazuje jej rozgoryczenie i zrezygnowanie, ale także pozostawia cień nadziei, że los kobiety może się jeszcze odmienić. Aktorka, podobnie jak w „Oszustach” w reżyserii Michała Buszewicza i „POV: masz 12 lat i prze****ne” w reżyserii Marty Streker, ogniskuje uwagę widza, grając tak, że nie sposób jej nie uwierzyć. Do końca spektaklu miałem szczerą nadzieję, że telefon bohaterki w końcu zadzwoni, a kobieta usłyszy głos dziennikarki (Mira Mańka), który przekaże jej radosną nowinę.
„Każda praca hańbi”, pomimo ciekawie napisanej i świetnie zagranej roli Tej od Radyjka i kilku innych zalet, jest przedstawieniem, które w żaden sposób nie pogłębia ani nie różnicuje prezentowanego tematu. Slapstickowa konwencja, szeroki gest, hiperbola, branie wszystkiego w cudzysłów, ironia i miejscami nawet stand-upowa forma nie usprawiedliwiają nierównej dramaturgii, powierzchowności prezentowanych myśli i tendencyjności w opowiadaniu o (korpo)świecie. Nie wątpię, że część widzów może znaleźć przyjemność w oglądaniu spektaklu Mańki, a w zachowaniu bohaterów dostrzegą oni samych siebie lub swoich współpracowników. Najnowsze przedstawienie w Teatrze im. Jana Kochanowskiego nie przekracza jednak granic anegdoty, co w dużo większym stopniu na opolskiej scenie udawało się w innych przedstawieniach, które – przynajmniej po części – opowiadały o pracy, jak we wspomnianych wcześniej „Oszustach” czy w „Czterech dobrych powodach by rzucić wszystko w cholerę” w reżyserii Norberta Rakowskiego.