Nr 25-26/2025 Na teraz

Nie jesteś sam

Kamil Bujny
Teatr

Jeśli wierzyć portalom poświęconym zdrowiu psychicznemu i zagadnieniu work life balance, nawet 70% z nas postrzega swoje sukcesy nie jako efekt ciężkiej pracy, talentu czy konsekwencji, lecz przypadku i szczęścia. To – opisany po raz pierwszy w 1978 roku – syndrom oszusta, objawiający się między innymi zaniżaniem własnej samooceny, irracjonalnym lękiem przed demaskacją i ujawnieniem przez kogoś innego rzekomej prawdy na nasz temat. Michał Buszewicz (reżyseria i tekst) oraz Daria Sobik (dramaturgia i tekst) postanowili przyjrzeć się temu zjawisku, przygotowując w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu spektakl, który doskonale wpisuje się w popularny w ostatnim czasie nurt teatru psychoterapeutycznego – opartego na prostej historii, psychologii postaci i procesie przemiany. Przedstawienie podąża za logiką terapii i nie narusza strefy komfortu widza, ale pozwala mu odnieść zachowania protagonistów do własnej strategii funkcjonowania w świecie.

„Oszuści” rozpoczynają się w bliżej nieokreślonej – nieco surrealistycznej – przestrzeni (scenografia: Piotr Michalski), przypominającej poczekalnię, biurowy korytarz lub prowincjonalny dworzec. Biało-niebieskie ściany, zielona wykładzina, niepraktyczne i dziwnie zdeformowane krzesła, dyfuzor na wodę, rolety, kilka doniczkowych roślin, wielki zegar i pole do minigolfa złożyły się na miejsce przypadkowego spotkania pięciorga bohaterów i bohaterek. Antyspołeczna Bernadeta Przecinak (Karolina Kuklińska) znalazła się w nim, bo pragnęła ciszy i samotności. Spokój zakłócili jej prezenter telewizyjny (Andrzej Jakubczyk), twierdzący, że widział wcześniej we śnie drzwi, którymi wszedł do pomieszczenia, upierdliwy i nieco nachalny w próbie nawiązywania nowych kontaktów Tymek Przydacz (Konrad Wosik) oraz posiadająca „szereg powracających kontuzji” i posługująca się wieloma imionami młoda kobieta (Monika Stanek). Do grona postaci dołączyła jeszcze architektka (Judyta Paradzńska), przekonana, że przybywa na ważne dla niej spotkania, które – jak się okazało – odbywa się w innym terminie. Jako że kolejne zobowiązanie ma zaplanowane dopiero na wieczór, decyduje się zostać i poczekać, bo – jak stwierdza – czas „w dobrym towarzystwie zawsze szybciej zleci”. Postanawia zaprezentować pozostałym swój nowy projekt, ale nie wywołuje on większej dyskusji – każdy jest zajęty tylko sobą i pragnie mówić wyłącznie o własnych problemach. Postać grana przez Stanek użala się na liche zdrowie i nieśmiałość względem mężczyzn, Tymek, odtrącany niegdyś przez rówieśników, próbuje przypodobać się grupie, proponując wszystkim „darmową colcę” i grę w minigolfa, a prezenter opowiada o tym, że tak naprawdę jedyne, co w życiu potrafi, to czytać przygotowane przez kogoś innego newsy z promptera. Z kolei architektka roztacza niepokojące wizje niechybnej katastrofy zaprojektowanego przez siebie budynku, w której zginie wiele niewinnych dzieci, a Bernadeta, artystka o zbyt niskim poczuciu własnej wartości, próbuje szantażować emocjonalnie nowo poznanych znajomych, rekompensując tym własne braki. Im dłużej to spotkanie trwa, tym wydaje się bardziej absurdalne i nie na miejscu – zaczyna przypominać zbiorową terapię, a nie przypadkową, kurtuazyjną rozmowę nieznających się osób.

Postaci, choć niewiele o sobie wiedzą i w gruncie rzeczy nie mogą być pewni swoich intencji, otwierają się przed sobą, dzieląc się irracjonalnymi lękami oraz bardzo intymnymi opowieściami z życia – między innymi o śmierdzących stopach, miłosnych zawodach, osobliwych obsesjach, ambicjach, którym nie potrafią sprostać, i zawodowych niepowodzeniach. Ich historie przyjmują różne formy: monologów przypominających niekontrolowane strumienie świadomości; występów zbliżonych do konwencji stand-upu; odgrywanych scenek. Niejednokrotnie przywodzą na myśl wyznania pacjentów z grupy terapeutycznej. Niektóre z nich wydają się zupełnie nieprawdopodobne, inne zaś brzmią tak, jakby mogły wydarzyć się każdemu z nas. W miarę jak bohaterowie odsłaniają kolejne fragmenty swoich historii, wyłania się z nich spójna i przejmująca opowieść o życiu podporządkowanym traumie wywołanej przez różne, z pozoru zupełnie błahe, doświadczenia lub wątpliwości. Postać kreowana przez Paradzińską została architektką tylko dlatego, że ktoś wiele lat temu skrytykował zaprojektowany przez nią domek działkowy, a ona chciała udowodnić, że zna się na budownictwie. Bernadeta wątpi w swój zmysł i talent artystyczny, gdyż na jednym z wernisaży usłyszała negatywną opinię, która nie odnosiła się nawet konkretnie do jej prac, lecz ogólnie – do sztuki współczesnej. Za Tymkiem ciągnie się wspomnienie bycia niewybieranym przez kolegów do drużyny podczas lekcji wuefu, a za Rafałem – przekonanie, że bez promptera nie byłby w stanie poprowadzić programu. Choć każda z postaci jest bardzo krytyczna w stosunku do siebie i postrzega się jako tytułowego oszusta, pozostaje wsparciem dla pozostałych – jakby jedyną osobą, na którą nie potrafiła spojrzeć przychylnym okiem, była ona sama.

Buszewicz i Sobik operują wieloma konwencjami i strategiami, rozpinając spektakl między teatrem absurdu a teatrem psychologicznym. O powodzeniu tego połączenia przesądza przede wszystkim dobrze napisany tekst, precyzyjne ustawienie scen oraz zdolność aktorów i aktorek do płynnego przechodzenia z powierzchownych póz – często celowo przerysowanych i podszytych groteską – w pełnowymiarowe, głębokie portrety emocjonalne bohaterek i bohaterów.

fot. Edgar de Poray

Osią dramaturgiczną „Oszustów” jest uproszczony przebieg psychoterapii, zarysowany w kilku fazach: od pierwszych prób nazwania problemu (wyrażenia przez postaci ich lęków i wątpliwości) przez zawiązywanie relacji (przekonywanie się, że inni mają podobnie) po eksplorację własnych lęków (odgrywanie schematów w scenkach) i stopniowe poznanie ich przyczyn. Ostatni element możliwy okazał się poprzez wprowadzenie figury śmieszno-strasznego potwora przypominającego Yeti. Beata Wnęk-Malec, przez znaczną część przedstawienia ukryta w pomieszczeniu za zasłoniętymi roletami, stanowi alegorię irracjonalnego, wewnętrznego lęku – uporczywego poczucia, że coś z nami jest „nie tak”. Wygląda, jakby wyciągnięta została z horroru klasy B, ale równocześnie jak wielka, trochę dziwna i pokraczna, maskotka. Dzięki tej dualności staje się obrazem lęku, który – owszem – przeraża, ale tylko na pierwszy rzut oka. Choć na samym początku informuje pozostałych groźnym głosem, że został im tylko tydzień (do czego – nie precyzuje), przez co jawi się jako zagrożenie, które należy pokonać, to pod koniec, ściągnąwszy maskę, demaskuje i wyśmiewa obawy każdego z bohaterów. Rafała przekonuje do tego, że jest ulubieńcem publiczności („Ludzie cię kochają, przykro mi”), architektkę, że jest świetna w swoim fachu („Ta, niby stropów nie umie wyliczać, obliczać, szacować, a zawaliło się kiedyś? Nie zawaliło”), a postać graną przez Stanek, że – pomimo braku wiary we własne możliwości – jest najlepsza we wszystkim, co robi. Potwór stwierdza jeszcze: „nawet mi was nie żal. Baliście się demaskacji, to macie demaskację. Jesteście ok”. Po tych słowach wychodzi drzwiami, które – wbrew przekonaniu bohaterów o ich rzekomym uwięzieniu – przez cały czas były otwarte.

Wprowadzenie absurdalnych elementów (zwłaszcza w pierwszej części spektaklu), komizmu sytuacyjnego czy groteski (m.in. w kostiumach autorstwa Lili Dziedzic – sukienek z printem nóg, cielistym kostiumie z nadrukiem tatuaży czy t-shirtów z napisami „koszulka” lub „To nie jest koszulka, tylko sukienka”), a także licznych odwołań do popkultury (m. in. serialu „Z archiwum X” i programów rozrywkowych) oraz wyposażenie protagonistów i protagonistek w rodzaj metaświadomości (bycia przedmiotem spektaklu/tekstu, wyrażającej się na przykład w słowach Tymka: „To jest serio ta chwila, kiedy bohaterowi wydaje się, że powiedzenie prawdy jest na miejscu?”) pozwala twórcom i twórczyniom nie tylko zróżnicować dramaturgię i uczynić przedstawienie bardziej przystępnym, lecz także zaakcentować, że „Oszuści” to oparty na skonwencjonalizowanych formach teatr, a nie rodzaj spotkania terapeutycznego. Buszewicz i Sobik wraz z aktorami i aktorkami pokazują powszechne zjawiska i perspektywy warunkujące funkcjonowanie naszej psychiki. Przyglądając się niewyróżniającym się szczególnie postaciom, zadają psychoterapeutyczne pytania i stawiają uniwersalne diagnozy. Nie pouczają widzów i nie oferują recept, zdolnych zaradzić wszystkim ich problemom. Zamiast bawić się w – często niebezpieczną – pop-psychologię i udzielać odbiorcom prostych rad ex cathedra, proponują doświadczenie wspólnoty i przypominają, że w zmaganiu się z wątpliwościami, smutkiem, niską samooceną czy wstydem nikt nie jest sam. Przecież to, co wydaje nam się tylko naszym problemem, bywa też doświadczeniem innych osób. Ich teatr, dzięki swojej umowności i wspólnotowemu charakterowi, staje się przestrzenią, w której można bezpiecznie przyglądać się własnym lękom i problemom. A także – niechby i tylko na chwilę – zdystansować się od tego, co ciąży nam na co dzień.

Oglądając opolskie przedstawienie, można poczuć, że granie go daje dużo przyjemności świetnie dobranej obsadzie. Aktorzy i aktorki doskonale odnajdują się w swoich rolach, w których są bardzo autentyczni; jakby problemy bohaterów (ich wątpliwości, niepokoje, lęki) były im dobrze znane. Niemała w tym zasługa tekstu, pisanego przez dwoje autorów konsekwentnie różnicujących język postaci. Grana przez Stanek młoda dziewczyna – nieśmiała, nieco nerdowska, usilnie poszukująca sensu – bardzo wiarygodnie posługuje się, zaczerpniętymi z popularnych poradników, pustymi sloganami. W jednej ze scen stwierdza: „Zrobiłam roczny kurs coachingu. To są prawdziwe narzędzia. Koniec wątpliwości, sama pewność. Jestem najpewniejszą siebie Patrycją jaka chodziła po ziemi”. Szumne deklaracje nie idą jednak w parze z jej autooceną i zachowaniem – jakby inspirowana coachingowymi mądrościami narracja była jedynie wyuczoną pozą albo złudną projekcją. Podobnie opisać można także inne postacie, zwłaszcza Mirkę i Andrzeja, których język – zlepiony z branżowych określeń i poradnikowych mądrości – celnie je definiuje.

Ciekawym kontekstem dla „Oszustów” wydaje się poprzednia premiera Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu powstała w koprodukcji z Wrocławskim Teatrem Pantomimy im. Henryka Tomaszewskiego – „Autenik” w reżyserii Norberta Rakowskiego. Oba te przedstawienia, choć z zupełnie innych perspektyw, opowiadają o (nie)możliwości bycia „prawdziwym”: szczerym wobec samego siebie i niezależnym od zewnętrznych systemów organizujących nasze życie. Rakowski, Buszewicz i Sobik dochodzą do podobnych wniosków, wskazując między innymi na wpływ mediów społecznościowych, kapitalizmu, presję sukcesu i związanej z nią konieczności (auto)kreacji, widzianej jako źródło opresji, ale inaczej rozkładają akcenty: „Autenik” wybrzmiewa jako niejednoznaczny traktat filozoficzny, a „Oszuści” to przystępny, lecz nie powierzchowny, teatr środka, który nie tyle mnoży wątpliwości, ile pozwala je oswoić.

Michał Buszewicz, Daria Sobik
„Oszuści”

Reżyseria: Michał Buszewicz
Dramaturgia: Daria Sobik

Muzyka: Baasch
Scenografia: Piotr Michalski
Kostiumy: Lila Dziedzic
Choreografia: Katarzyna Sikora
Reżyseria światła: Wojciech Gieroń, Oksana Pawełko

Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu
Premiera: 25.10.2025