Nr 25-26/2025 Na teraz

Czym ta ziemia?

Tomasz Kowalski
Teatr

Od lat w spektaklach Jana Klaty regularnie powracają pytania o nasz stosunek do dziedzictwa przeszłości. Eksplorując napięcia między historią a teraźniejszością, reżyser konsekwentnie przygląda się zbiorowej tożsamości: formułuje diagnozy dotyczące stanu polskiej wspólnoty i zastanawia się nad kluczowymi dla niej wartościami. W ten wyrazisty – choć oczywiście nie jedyny – nurt teatralnej twórczości Klaty wpisuje się przedstawienie, którym zainaugurował on swoją dyrekcję w warszawskim Teatrze Narodowym.

„Termopile polskie” to nieukończony, rozbuchany dramat Tadeusza Micińskiego. Chociaż raz po raz wraca na sceny, nie cieszy się specjalną popularnością – ciąży na nim opinia trudnego do wystawienia i niezbyt czytelnego, do czego przyczyniają się między innymi misteryjny charakter oraz zawarta w nim liczba odniesień historycznych. Utwór, którego treść ujęta została w ramy przedśmiertnych wizji i wspomnień tonącego w Elsterze księcia Józefa Poniatowskiego, prezentuje ciąg wydarzeń, które doprowadziły do upadku Rzeczpospolitej w XVIII wieku. Nad nimi nabudowana została, utrzymana w poetyckim tonie, historiozoficzna medytacja nad istotą narodowych dziejów. Klaty (który już raz, w 2014 roku, zrealizował „Termopile” we wrocławskim Teatrze Polskim) nie interesuje „odkurzanie” dramatu, choć przypominanie rzadko wystawianej klasyki niewątpliwie wpisuje się w ogólnie pojmowaną misję narodowej sceny. W interpretacji reżysera dwuplanowość tekstu Micińskiego służy przede wszystkim stawianiu pytań o powtarzalność historii, brzmiących wyjątkowo złowieszczo w kontekście wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą.

Może nawet wojna nie toczy się już tylko za granicą – zdaje się przekonywać Klata. Świadczy o tym zarówno zaprojektowany przez Bartłomieja Kiełbowicza plakat spektaklu, na którym hasło „War is over” – trzymane na słynnej fotografii przez Yoko Ono i Johna Lennona – zostało zmienione na „War is on”, jak i fakt, że wchodząc do foyer, trzeba przejść po rozłożonych na podłodze kartonach z podobizną Władimira Putina. To część „Kraj(obrazu) wojny” – towarzyszącej spektaklowi wystawy Kiełbowicza, na którą składają się różnego rodzaju interwencje w przestrzeni teatru. W ścisłej relacji z niepokojem prowokowanym przez obawy związane z dalszym rozwojem wydarzeń pozostaje sposób zaadaptowania tekstu Micińskiego. Reżyser (wspierany przez dramaturga Miłosza Markiewicza) szukał paralel pomiędzy czasami opisywanymi przez Micińskiego a współczesnością, koncentrując się na wątkach związanych z Rosją. Nie wybrzmiewają one jednak w prostych publicystycznych przełożeniach. Obudowane odniesieniami do innych okresów naszej historii służą raczej refleksji nad tym, co można by nazwać dziejowym fatum – pod warunkiem, że nie będzie to oznaczało rezygnacji z kluczowego dla reżysera wątku: odpowiedzialności rządzących i obywateli za kraj.

Specyficzną kondensację znaczeń widać już w pierwszej scenie, w której książę Józef (Karol Pocheć) żegna się z Witą (Anna Grycewicz) – postacią, która w dalszej części uosabiać będzie Polskę – i wyjawia młodemu Witołdowi (Arkadiusz Pyć), że jest jego ojcem. Klata charakteryzuje Witołda na Małego Powstańca, nadając temu synostwu wymiar duchowy i ideowy, ale też militarny. Heroiczna śmierć Józefa w bitwie pod Lipskiem (gdzie odrzucił możliwość wycofania się w stosownym czasie, zajęcia bezpiecznej pozycji i ocalenia życia) to wyraz niezaprzeczalnej miłości do ojczyzny, gotowości do poświęceń, przywiązania i honoru. Te wartości będą wracać nieustannie w późniejszych scenach z jego udziałem, na przykład wtedy, gdy wspiera Kościuszkę (Cezary Kosiński) i zagrzewa do walki zdziesiątkowanych uczestników insurekcji. Klata nie ukrywa ofiarniczego wymiaru tej postawy, znanego przecież doskonale z polskiej historii i zbiorowej mitologii, żywiącej się obrazami straceńczego bohaterstwa.

Może właśnie z tego względu punkt ciężkości w spektaklu zostaje przeniesiony na Stanisława Augusta (w tej roli widziałem Jana Frycza, który obsadzony jest w dublurze z Jerzym Radziwiłowiczem). Już pierwsze pojawienie się króla w groteskowym skrócie ujawnia dramatyczne pęknięcie wpisane w tę postać: władca, ubrany w bogato zdobiony płaszcz z długim na kilka metrów trenem (kostiumy: Mirek Kaczmarek), majestatycznym krokiem przechodzi z głębi na przód sceny, po czym siada na rozkładanym turystycznym taborecie, który sam przyniósł. W interpretacji Frycza to rozmiłowany w sztuce pięknoduch (wybornie brzmi rzucona w pewnym momencie uwaga: „Beze mnie Polska nie miałaby Teatru Narodowego”), człowiek obyty i ujmujący. Brakuje mu jednak politycznego rozeznania – kieruje się intuicją, a o tym, że jego starania, by powstrzymać Rosję, skazane były na porażkę, orientuje się, gdy rozbiór został już dawno zatwierdzony. Przyglądając się tej postaci, trudno nie dostrzec zawartej w niej aluzji do krótkowzrocznej postawy liberalnych elit (polskich, ale po części też zachodnich). Widać to zarówno wtedy, gdy próbuje układać się z imperium, licząc, że nie zostanie przechytrzony, jak i kiedy dołącza do Targowicy i rozważa, dokąd wyemigrować, postanawiając zadbać o własny interes. Recytowany przez niego później „Grób Agamemnona” Juliusza Słowackiego staje się przejmującym i dramatycznym podsumowaniem jego porażki.

fot. Karolina Jóźwiak / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Nie była ona jednak następstwem abstrakcyjnego fatum, ale nieprzemyślanych i błędnych decyzji, braku zaangażowania i wewnętrznych podziałów w kraju. Klata zdaje się prowokować do refleksji nad polaryzacją społeczną w scenie kończącej pierwszą część, kiedy po podpisaniu konstytucji król i jego stronnicy zaczynają śpiewać Mazurka Dąbrowskiego. Na widowni zapalają się wówczas światła, co ma zachęcić publiczność do powstania i dołączenia do chóru. Mam wrażenie, że Klata trochę w tym momencie przeszarżowuje: i to niezależnie od tego, czy miał to być test patriotycznych uczuć, czy próba manipulacji, której celem było wykazanie, jak łatwo nami sterować.

Znakomita jest Danuta Stenka w roli carycy Katarzyny. Jej triumfalne wejście ma szansę na długi czas stać się ilustracją emblematyczną dla teatru Klaty. Ubrana w kilkumetrowej szerokości krynolinę, rozpościerającą się na stelażu, pod którym skrywa całą drużynę kochanków w strojach rosyjskiej drużyny hokejowej, sunie przez scenę niczym doskonała manifestacja imperialnej potęgi. To kobieta przerażająca swym nienasyceniem i bezgranicznie znudzona niedającą się zapełnić pustką. Nieobliczalna, ale przez to też momentami śmieszna, co Stenka niuansuje z dużą precyzją. Dorównuje jej Oskar Hamerski w roli księcia Potiomkina. Aktor w mgnieniu oka przeskakuje między rejestrami – potrafi wyrzucić z siebie kaskadę rosyjskich przekleństw, by po chwili wznosić się na wyżyny dyplomatycznej finezji, opakowując groźbę tak, by jego rozmówca był przekonany, że właśnie otwierają się przed nim wspaniałe możliwości. Potiomkin to znakomity mówca, doskonały manipulator i człowiek bezgranicznie oddany czerpaniu korzyści z zajmowanej pozycji. Gotowy na wszystko. W tym kontekście Klacie nie są potrzebne dosadne, utrzymane w komiksowej stylistyce odniesienia do dzisiejszej Rosji, których – w porównaniu z innymi jego spektaklami – prawie tu nie ma. W obecnej sytuacji analogia narzuca się sama, zważywszy choćby na łatwość, z jaką Kreml współcześnie rozpowszechnia swoją propagandę w Polsce i na świecie. Pytania o to, czy po raz kolejny okaże się, że zostaniemy sami w konfrontacji z agresorem ze wschodu (wątek dyplomatycznych uników zachodnich sprzymierzeńców także pojawia się w spektaklu) i ponownie będziemy musieli ponosić ofiary, wydają się oczywiste. Zarazem jednak Klata pyta o odpowiedzialność za kraj – czy idea narodu jeszcze ma znaczenie? Czy można realizować ją w podzielonej wspólnocie?

Uniwersalizującym rozważaniom prowadzonym w spektaklu sprzyja znakomita scenografia zaprojektowana przez Justynę Łagowską. Pokryta ziemią scena jest jednocześnie zaoranym polem i pobojowiskiem. To synteza pól bitewnych z różnych czasów, która przywodzi na myśl rzędy bezimiennych grobów albo okopy, pomiędzy którymi przemieszczają się postaci. Tylna ściana służy przede wszystkim jako ekran, na którym wyświetlane są zarówno projekcje przygotowane przez Natana Berkowicza, jak i obraz z kamery zamontowanej na dronie unoszącym się od czasu do czasu nad umierającym księciem Józefem. Klata efektownie, a zarazem precyzyjnie, posługuje się maszynerią teatralną – w jednej z wykorzystywanych zapadni umieszcza grający black metal zespół „Gruzja”, którego muzyka nie tylko komentuje i poszerza poszczególne wątki, lecz także nadaje rytm wędrówce tropem kolejnych zdarzeń prowadzących do upadku Rzeczpospolitej.

Mimo całej atrakcyjności pojawiających się w przedstawieniu pomysłów i precyzji, z jaką Klata prowadzi swoją inscenizację, nie mogę uwolnić się od poczucia niedosytu, a może i bezradności. Nie wiem, czy mogę obarczać za to twórcę. Owszem, kilka scen można by pewnie nieco skrócić (spektakl trwa trochę ponad trzy godziny, a tekst Micińskiego potrafi przytłoczyć), trudno mieć jednak pretensje, że Klata pozostaje wierny swojej stylistyce: korzysta z chwytów, które sprawdziły się w jego poprzednich spektaklach i kontynuuje wcześniej podejmowane wątki. Tym bardziej, że wspierana znakomitym aktorstwem machina teatralna po prostu tu działa. Problem chyba w tym, że reżyserowi udaje się uchwycić ducha czasu aż za dobrze – odbija niepokoje, wskazuje zagrożenia, identyfikuje powtarzające się mechanizmy, postawy i sposoby działania, ale to tylko (i aż) teatr najsilniej przemawiający do tych, którzy – jak sądzę – myślą przynajmniej w jakiejś mierze podobnie do reżysera i obawiają się powtórzenia historii. Dlatego właśnie naiwnie zżymam się, gdy na koniec spektaklu nad pokrytym trupami pobojowiskiem rozlega się fatalistyczne „Que sera sera” (w zremiksowanej wersji K Foundation). Jeśli to przestroga przed niebezpieczeństwem ugrzęźnięcia kolejny raz w wewnętrznych sporach i zbyt późnym rozpoznaniem zagrożeń, to nie dotrze tam, gdzie powinna. A wszyscy życzylibyśmy sobie, żeby Kasandra nie miała racji.

Tadeusz Miciński
„Termopile polskie”

Reżyseria, adaptacja, opracowanie muzyczne: Jan Klata

Scenografia, reżyseria światła: Justyna Łagowska
Kostiumy: Mirek Kaczmarek
Choreografia: Maćko Prusak
Projekcje wideo: Natan Berkowicz
Muzyka na żywo: Gruzja

Teatr Narodowy w Warszawie
Premiera: 22.11.2025