Wiktor Rubin: Opowiem o zdarzeniu, którego byłem świadkiem. W szpitalu, na sali z moim synem, leżał dwunastoletni chłopiec. Towarzyszył mu ojciec. Chłopiec przeszedł operację i kiedy można już go było umyć, tata z jakiegoś powodu nie chciał tego zrobić. Pielęgniarki zaoferowały pomoc. Chłopiec nie chciał, żeby go myły i dotykały, jednak ojciec się zgodził. Pielęgniarki były profesjonalne, ale pozbawione empatii. Nie traktowały poważnie oporu dziecka. Sam miałem dylemat, czy i w jaki sposób zareagować. Nie zrobiłem nic. Kiedy padło pytanie o umycie części intymnych, chłopiec powiedział: „nie, może już dosyć, może już wystarczy”. Wtedy ojciec sam zaczął go myć. W nagrodę za bycie dzielnym dostał od pielęgniarek maskotkę. Zamiast podziękować, zaczął krzyczeć: „Wsadźcie sobie gdzieś tą maskotkę, co wy zrobiłyście! Nie miałyście prawa mnie myć, czuję się poniżony, czuję się upokorzony! Co wy mi zrobiłyście?!”
W.R.: Czułem emocje tego chłopca, ale nie wkroczyłem. Obecność ojca zablokowała mnie do tego stopnia, że nie przerwałem tej sytuacji, chociaż byłem świadkiem nadużycia wobec dziecka.
W.R.: Doszło do konfliktu ról – był ojciec, syn i była ich relacja.
W.R.: Kiedy możemy się wtrącić? Czy w ogóle możemy to zrobić, nie wiedząc, co to za rodzina i jakie mają zasady?
W.R.: Po wszystkim czuję się lżej, ponieważ chłopiec sam wyartykułował swój ból i upokorzenie wobec ojca i pielęgniarek, sam obronił swoją godność. Nieprzypadkowo opowiadam tę historię, która zdarzyła się dzisiaj, w dniu naszej rozmowy. Może ona być dobrym punktem wyjścia do dyskusji o życiu i śmierci Lisy Montgomery. Chciałbym porozmawiać o niej właśnie w kontekście odpowiedzialności – przede wszystkim odpowiedzialności systemowej.
W.R.: I nic nie zrobiłem. Nie wyszedłem z ról, które tam obowiązywały.
W.R.: W takiej sytuacji pojawia się pewien rodzaj paraliżu.
W.R.: One traktowały ciało chłopca jak obiekt medyczny, wobec którego miały zadanie do wykonania. Nie wnikały w jego intymność, nie zastanawiały się nad wstydem, nagością, przekroczeniem granic.
W.R.: Historia Lisy budzi we mnie lęk, związany z tym, że w teatralnym przedstawieniu, kiedy odgrywamy jakieś role, robimy wszystko, żeby czuć się w nich dobrze. Chcemy, żeby spektakl był atrakcyjny, a tu nagle trzeba wyjść poza naszą strefę komfortu: spotkać się z realnością, która jest dla nas przerażająca, a na pewno paraliżująca.
W.R.: Brecht podkreśla, że aktor jest sprawczy. To istotne także w kontekście procesów norymberskich, kiedy naziści usprawiedliwiali swoje czyny, mówiąc, że wypełniali tylko rozkazy. Zabijając – odgrywali narzucone role. Efekt obcości w teatrze Brechta służy między innymi temu, by takim sytuacjom zapobiegać. Podkreśla, że człowiek (aktor) nie tylko odgrywa role, ale sam decyduje, w jaki sposób i jak długo chce je odgrywać. Wracając do spektaklu: gdyby aktorka była w pozycji krytycznej albo byłoby jej bliskie myślenie Brechta, przerwałaby spektakl albo upodmiotowiła twoją reakcję. Tymczasem została w niewoli roli showmanki.
W.R.: Obserwujemy konserwatywny zwrot w teatrze, który polega na tym, że aktorzy znowu chcą grać role, obsługiwać rozpisane postaci.
W.R.: Ty i ja jesteśmy w pozycji klasy średniej – może wyższej, może niższej, ale wciąż jakiejś klasy średniej. Co w takim razie z niewygodnymi historiami, które nie należą bezpośrednio do nas i nie są o nas? Z Jolantą Janiczak myśleliśmy o temacie Lisy przez lata; proponowaliśmy go różnym teatrom, jednak z miejsca był odrzucany. Słyszeliśmy, że to zbyt przerażająca historia, której nikt tego nie będzie chciał oglądać, że widzowie na to nie przyjdą.
W.R.: Dlaczego nasze oczy chroni się, żeby nie widziały okrucieństw? Coraz częściej mówi się, że coś „triggeruje”, że trzeba wprowadzać coraz więcej trigger warningów. Czy to nie jest forma infantylizowania odbiorcy? Dlaczego wychodzimy z założenia, że on sobie z tym nie poradzi? Czy to nie jest chowanie pewnych tematów, mające służyć temu, żeby teatralne opowieści były gładkie i przyjemne. Czy to nie jest odbieranie im polityczności, która zdaniem Rancière’a polega na stwarzaniu nowych pól widzialności?
W.R.: Jak myślisz, czemu w teatrze pojawił się zwrot konserwatywny?
W.R.: Nie wiadomo, jak opowiadać historię Lisy Montgomery, jaką powołać w tym celu reprezentację. Jej życie to seria strasznych nadużyć, przemocy i kolejnych gwałtów. W końcu sama dokonuje okrutnej zbrodni: morduje ciężarną kobietę i wyciąga dziecko z jej brzucha. Gdyby tę historię opowiedział serial, stworzyłby z niej zapewne typową netflixową narrację o morderczyni, która zostaje ujęta i skazana za swój czyn na karę śmierci. Ta kara byłaby puentą, która rozwiązuje problem i zamyka strukturę narracyjną.
W.R.: Tak, absurdalność prowokuje w nas refleksję, tymczasem w serialu Lisa Montgomery byłaby pokazana jako psychopatka, która w końcu zostaje ujęta, zaś wszystkie problemy systemowe, które przyczyniły się do jej ukształtowania, pozostałyby poza kadrem. Sprawę rozwiązałoby złapanie i ukaranie zbrodniarza. Jak obnażyć absurdalność systemu?
W.R.: Dlaczego?
W.R.: W XX wieku psychologia i terapia uległy umasowieniu i upowszechnieniu, ale do ulepszeń cywilizacyjnych raczej nie doszło.
W.R.: Język psychologiczny i psychoanalityczny zdominował myślenie. Dziś wszystko jest upsychologicznione; psychologia w sporach zdaje się mieć głos rozstrzygający albo przynajmniej ważący.
W.R.: Lisa Montgomery jednak popełniła straszny, potworny czyn…
W.R.: Często w takich przypadkach sprowadza się ludzi do najgorszego czynu, który popełnili. A przecież nie jest on wszystkim, co w życiu zrobili. Można powiedzieć za Baldwinem: „Nie jestem najgorszą rzeczą, którą zrobiłem”. Kreuje się potwora, żeby móc powiedzieć, kiedy się go złapie, że problem jest rozwiązany. Kiedyś polowaliśmy na czarownice, a problemy nie znikały, tylko się mnożyły. Dziś w USA jest pięć czy sześć razy więcej więźniów niż 30 lat temu. Więzienia są przepełnione. Robi się medialne spektakle z polowania się na potwory, które skazuje się na śmierć, a jednocześnie odwracamy wzrok od przyczyn, które sprzyjają ich narodzinom, a nawet determinują. Sami produkujemy podklasę white trash („białych śmieci”), którą można pogardzać, kontrolować i karać, zamiast pytać o ekonomiczne, klasowe i polityczne mechanizmy jej wytwarzania. Nicholas D. Kristof i Sheryl WuDunn w książce „Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu” opisują kraj podobny do państw trzeciego świata, który istnieje wewnątrz bogatych Stanów Zjednoczonych. Pojawia się tam autobus nr 5, który na prowincji w stanie Oregon – w regionie, gdzie splajtowały fabryki – zawoził dzieci do szkoły. Ich ojcowie dorastali jeszcze w czasach American Dream: mieli pracę i perspektywę rozwoju. Ich dzieci wsiadały już do autobusu, który z miejsca, gdzie mieszkały, zawoził je do zupełnie innego świata. Wszystkie, które nim jeździły, źle skończyły – trzydzieścioro uczniów i uczennic. Nie stało się tak dlatego, że „coś było z nimi nie tak”. Przeciwnie – to mocny dowód społecznej predestynacji: biedni w pewnym sensie skazani są na najgorsze scenariusze. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak prosty determinizm. Może 5%, 10% wyrwie się temu przeznaczeniu, ale ich szans życiowych nie można porównywać do tych, jakie mają dzieci z dobrych dzielnic. Jeśli dziecko z klasy średniej lub wyższej zachoruje, a leczenie w Stanach Zjednoczonych kosztuje – powiedzmy – dwieście tysięcy dolarów, pokryje je ubezpieczenie. Rodzina z niższych warstw w podobnej sytuacji zostaje z długiem nie do spłacenia. Do tego dochodzi system karny: w tym kraju za stosunkowo drobne przewinienia można trafić do więzienia albo stracić prawo jazdy. A bez prawa jazdy w wielu miejscach w USA praktycznie nie da się funkcjonować. Po wyjściu z więzienia trudno odzyskać stabilność, wrócić do obiegu społecznego i znaleźć pracę. W ten właśnie sposób produkuje się ludzi nazywanych „białymi śmieciami”. To właśnie z tej grupy społecznej wywodzi się Lisa Montgomery. Jej siostrę udało się ocalić dzięki interwencji opieki społecznej, która umieściła ją w rodzinie zastępczej. W przypadku Lisy dochodziło natomiast do kolejnych aktów zaniechania i przymykania oczu: przez matkę, która „nie widziała” gwałtów dokonywanych przez ojczyma, czy przez nauczycieli w szkole, którzy nie widzieli, że przychodzi poobijana, zakrwawiona…
W.R.: Lubimy te historie, w którym komuś się udało. Bohater sobie poradził – problem rozwiązany. Ciągle wracam do początku naszej rozmowy: boimy się przerwania spektaklu i wkroczenia prawdziwego życia.
W.R.: Dlaczego bieda budzi nasze przerażenie? Matka Lisy własną córką „płaciła” za gaz i inne rachunki.
W.R.: Połączmy to z sytuacją w więzieniach, gdzie około 50% osadzonych ma zaburzenia psychiczne, a pozbawione są wsparcia medycznego. W Los Angeles także mnóstwo osób bezdomnych jest zaburzonych. Wiele z nich wypuszczono z likwidowanych zakładów psychiatrycznych. Mam poczucie, że Stany Zjednoczone nie chcą poważnie zajmować się problemami systemowymi i je rozwiązywać, tylko szukają chwilowych, atrakcyjnych atrap takich rozwiązań. To zdarza się na każdym szczeblu.
W.R.: Nie tylko. Taka deregulacja zaczęła się już w latach 50. XX wieku. W tym czasie USA miały podobno rewelacyjny system edukacyjny, w co dzisiaj niełatwo uwierzyć. Podobnie zmieniła się też opieka zdrowotna: w tym kraju wydaje się najwięcej pieniędzy na zdrowie jednego obywatela, system opieki jest jednym z najgorszych w świecie. Gdzieś te pieniądze przepadają.
W.R.: Mówisz o Edim w kontekście podklasy, czyli najniżej usytuowanej grupy społecznej. Z niej wywodzi się też Lisa. Tradycyjnie klasa robotnicza była grupą najniższą, ale jej towarzyszył pewien etos: istniała nadzieja, perspektywy, wartości i honor. Wśród white trash, jako szerzej rozumianej podklasie, następuje reprodukcja przemocy: niezaopiekowana wielodzietność, narkomania (5% amerykańskiego społeczeństwa jest uzależnione od opiatów), alkohol, skryminalizowane i rozpadające się związki, młodzi ludzie trafiający do gangów. Ta podklasa się rozrasta, a my od niej odwracamy oczy. Skazujemy tych ludzi na śmierć i zamykamy do więzień, żeby ich nie widzieć. Na Lisę patrzy się jak na zbrodniarkę. Nie patrzy się na nią jak na matkę czwórki dzieci. Lisa jest produktem systemu, z którego ktoś czerpie zyski, bogacąc się na ludziach, którym płaci się 1,6 dolara za godzinę pracy.
W.R.: Wróćmy do teatru. Jakie mamy prawo zajmować się historią Lisy Montgomery w polskim teatrze? Jak ją reprezentować? Przecież to nie jest polska historia. Nie jest także historią osób z klasy średniej, którą sam reprezentuję.
W.R.: Jak wywołać taki obraz? Jak wciągnąć aktorów w opowieść o Lisie?
W.R.: Jak to zrobić?
W.R.: Andrea Dworkin pisze, że kiedy próbowała opowiadać o gwałtach, których w latach 70. dokonywał na niej jej partner, nikt jej nie wierzył.
W.R.: Czuję opór przed opowiedzeniem historii Lisy, bo chyba nie do końca ją rozumiem. Lisa jest zarówno „produktem” jak i „odpadem” społeczeństwa, a społeczeństwo nie chce takich historii.
W.R.: Michał Anioł, malując Kaplicę Sykstyńską, potrafił przemycić pewne tematy i reprezentacje wykraczające poza zamówienie. Dziś one najbardziej wstrząsają widzem jego fresków. Mówiłaś o „Gods of love”.
W.R.: Nie będziemy chyba robić znaczącej puenty?
W.R.: Bohaterka tamtego spektaklu, Maria Wojdan, żyła w międzywojniu z czwórką nieślubnych dzieci w ziemiance. Miejscowa ludność wierzyła, że jeśli z nieślubnego dziecka wyciągnie się żyły i zatopi w wosku świec, można stać się niewidzialnym i robić wszystko, co się chce. Kiedy umarło jedno z jej dzieci, wyciągnięto z niego żyły. 50 lat później, kiedy wieś Potok zaczęła znikać, pochłaniana przez cementownię Ożarów, przypomniano sobie tę historię.