Nr 24/2025 Na teraz

Strefa mroku

Klara Cykorz
Film Esej

Podczas drugiego weneckiego pokazu filmu „Bugonia” Yorgosa Lanthimosa na olbrzymiej Sali Darsena (1500 miejsc, opinia jednej z dwóch najlepszych sal projekcyjnych w kompleksie festiwalowym) w środkowym tylnym sektorze doszło do awarii głośnika. Przez niemal dwie godziny warstwa dźwiękowa filmu wracała do uszu części widzów upiornym, natarczywym echem, jakby zza błony – z innego świata. Przez pierwsze dziesięć minut myślałam, że coś się zepsuło, ale gdy usterka nie została naprawiona, przyjęłam, że tak musi być. (W Polsce zawsze ktoś w takich okolicznościach wstaje i biegnie rozwiązywać problem.) Przewróciłam nawet oczami w trakcie sceny, w której główni bohaterowie, grani przez Emmę Stone i Jessego Plemonsa, wdają się w sprzeczkę na temat echo chambers. „Co za łopata”, pomyślałam. Dopiero po seansie okazało się, że reszcie sali poskąpiono tego naddatkowego efektu specjalnego. Jednak sam fakt, że mogłam taką usterkę włączyć w język filmu i projektować na nią znaczenia, mówi wiele o „Bugonii” i jej świecie przedstawionym – odrobinę psychodelicznym i bardzo, bardzo paranoicznym.

Problem porwania

Teddy, główny męski bohater „Bugonii” (Jesse Plemons z tłustym kucykiem połyskującym na złoto i w garderobie, która dawno nie widziała wnętrza pralki), jest interpretatorem wytrwałym. Ma metodę, cierpliwość i wiernego, choć rozdygotanego pomagiera w postaci kompletnie zdominowanego kuzyna, Dona (Aidan Delbis). Metoda będzie do pewnego momentu głównym napędem dramaturgicznym filmu, relacja z kuzynem – kluczem do jego emocjonalnej prawdy. Ale to za chwilę. Teraz jesteśmy w punkcie wyjścia (czytelniczki, które lubią mieć w kinie same niespodzianki, ale na filmie jeszcze nie były, uprzejmie proszę o teleportowanie się z tekstu i powrót do lektury po seansie): Teddy i Don porywają powerful female CEO Michelle Fuller (Emma Stone), dyrektorkę korporacji farmaceutycznej będącej głównym pracodawcą w regionie. Są dobrze przygotowani. Haki, liny, żyłki, elektrody. Teddy zadecydował o chemicznej kastracji kuzyna, by oczyścić jego umysł – na wszelki wypadek, gdyby to próbowało na nich jakichś sztuczek. Temu trzeba także ogolić głowę, skórę nasmarować grubo kremidłem, by zakłócić możliwość telepatycznego porozumiewania się z innymi istotami tego gatunku. W końcu, jak wierzy Teddy, powerful female CEO nie jest człowiekiem. Jest kosmitką z planety Andromeda, która kolonizuje naszą planetę.

W koreańskim oryginale, szalonym debiucie reżysera Joon-hwana Janga „Save the Green Planet!” z roku 2003, było niby podobnie, a jednak zupełnie inaczej. Korporacyjna szycha, którą porywa główny bohater (Ha-kyun Shin), to w tej wersji mężczyzna (Yoon-sik Baek). Całość jest brutalna i dziwna, w duchu tego, co kojarzymy z kinem koreańskim początku wieku. Kinem zemsty za skutki uboczne ekonomicznego cudu, zemsty za nierówności w społecznym awansie. Zmiany poczynione dwie dekady później i po drugiej stronie globu przez greckiego reżysera tę punkową prostotę plączą, wciągają widza głębiej w kolejne zwroty akcji i poziomy spisku, ponieważ bardziej zawikłana relacja sił pomiędzy postaciami ma dużo szerszy potencjał grania z uczuciami widzów. W „Save the Green Planet!” przemoc bazuje na napięciu klasowym. Wplecenie w niemal identyczną fabułę różnicy genderowej otwiera ją na nowe, nierzadko śliskie znaczenia.

Paranoja zaczyna udzielać się i widzce. „Bugonia” ślizga się na krawędzi reakcyjnej kliszy, może nawet z nią flirtuje, grozi wpisaniem się w schemat takich filmów jak „Eddington” Ariego Astera i „Po polowaniu” Luki Guadagnino. Mignęły ostatnio przez kina te dwa kapiszony mylące satyrę z powtarzaniem obraźliwych stereotypów na temat generacji Z. Znamy ich schemat, świadczący o nader interesownej interpretacji pojęcia intersekcjonalności: potraktowanie ludzkiego życia jako gierki na punkty, rozpisywanie konfliktu między reakcją a progresem tak, by po stronie reakcji zawiesić worek z cierpieniem, a po drugiej demaskować fałsz. „Bugonia” korzysta z tego tropu: zamienia korporacyjnego wyjadacza w średnim wieku w kobiecą gwiazdę biznesu z ustami pełnymi równościowych frazesów, ale pozostawia figurę udręczonego młodego mężczyzny. Oczywiście nietrudno wyobrazić sobie taką wersję, w której i on zostaje przemieniony w dziewczynę, szczególnie, jeśli widziało się „Eddington” – postać Emmy Stone w tym filmie, Louise, jest właściwie duchową siostrą Teddy’ego (co wskazuje na niewykorzystaną przez Ariego Astera szansę ucieczki od chłopackiego nihilizmu, ale to już inna historia).

Brak takiej zmiany też jest wyborem. Podobnie jak przeciwstawienie doświadczeń bohatera (bieda, epidemia opioidowa, molestowanie przez starszego kolegę w dzieciństwie, praca na magazynie korporacji, której szefową jest porwana) czynom bohaterki (nadgodziny, utrzymywanie złych warunków pracy, wypłacanie żałosnych odszkodowań ofiarom testów klinicznych i sprowadzanie potencjalnej katastrofy środowiskowej). Tropienie „znaków” zdradzających tożsamość przybyszy z Andromedy nie ma jednak za wiele wspólnego z analizą ekonomiczną, a dużo z seksistowskim bajaniem: kiedy Teddy tłumaczy Donowi, jak poznać kosmitkę, pobrzmiewa to dyskursem transfobicznych spamerek, obsesyjnie mierzących ciała innych kobiet w poszukiwaniu cech „demaskujących” ich rzekomą „niekobiecość”.

Wszystko to układa się w dość nierozważny memetycznie schemat, w którym progres to wielki korporacyjny kapitalizm, a reakcja zostaje utożsamiona z „autentycznością” i „ludowością” bez śladu słowa o przemyśle wątpliwości. Jednocześnie w całym tym udręczeniu białego chłopca z włosami lśniącymi na złoto jest jakiś rys narracyjnego okrucieństwa.

Byłoby to upiornie nudne, gdyby nie (przeczuwany przez widzkę) zwrot akcji: powerful female CEO naprawdę jest kosmitką z planety Andromeda.

Problem gada

Po latach nie pamiętałam, że „Oni żyją” Johna Carpentera (1988) rozpoczyna się jako opowieść o bezdomności. Bohater (Roddy Piper) przybywa do Los Angeles skrajnych nierówności ekonomicznych, gdzie sąsiadują ze sobą wieżowce największej potęgi ekonomicznej świata i namioty osób w kryzysie bezdomności. To ostatnie zaskoczyło mnie najbardziej: Carpenter niemal od niechcenia pokazuje mieszkańców obozowiska jako dobrze zorganizowaną społeczność, ludzi, którzy jakoś się urządzili, przejęli jakąś przestrzeń, są przygotowani na najgorsze, ale funkcjonują w jakiejś strukturze, mają też więź z czarnym kościołem w sąsiedztwie, gdzie kwitnie ruch oporu wobec najeźdźców z kosmosu. W dzielnicy wieżowców kilka przecznic dalej podstępne gady kolonizują bowiem planetę, narzucając społeczeństwom model konsumpcji prowadzący do ocieplenia klimatu (nie mogło być to powiedziane bardziej wprost). Carpenter – zbyt rzadko uznawany za Wielkiego Amerykańskiego Reżysera – nakręcił satyrę na lata Reaganomiki i nakręcany przez mass media turbokonsupcjonizm, pokazując jednocześnie ogrom policyjnej przemocy wymierzony w osoby w kryzysie bezdomności. Jeśli coś się w tym filmie zestarzało, to przemoc wymierzona w gady, masakry w sklepie i w studiu telewizyjnym: na sceny tych masowych strzelanin patrzy się trudno, a ich usprawiedliwienie wewnątrz fabuły jedynie dodaje grozy, jakby czyniło widza zwolennikiem aktu terroru.

Natomiast wciąż bardzo mądrym wydaje mi się moment zakończenia filmu. Chociaż bohaterów napędza wiara w rewolucyjną moc prawdy, Carpenter ucina opowieść slapstickową serią pierwszych chwil po rozpruciu się iluzji, ujmując panikę zdemaskowanych gadów i zaskoczonych ludzi w ramy cielesnego żartu. To działa, ponieważ współczesny widz wie, że z tą prawdą nie pójdzie tak łatwo (znowu: przemysł wątpliwości). Obudzenie się w łóżku z niebieskawo nakrapianym stworem z kosmosu pracuje przynajmniej jako metafora nastrojów roku 2025. To znaczy – jeśli jakiekolwiek metafory są jeszcze możliwe. „Oni żyją” bardzo dosłownie mówi o modelu gospodarczym prowadzącym do katastrofy klimatycznej, kulturze konformizmu i rozdmuchanej konsumpcji; nakrapiani kosmici są przepięknie prostackim żartem z kultury yuppies. Mimo to kilka lat temu sam reżyser musiał tłumaczyć przesłanie filmu wielkimi literami na ówczesnym Twitterze – sprzeciwiając się zawłaszczaniu jego pracy przez internautów wkręconych w antysemickie teorie spiskowe w momencie, w którym teorie spiskowe zaczęły masowo zalewać media.

© Atsushi Nishjima, Focus Features

Było sobie życie

W „Bugonii” następuje jednak kolejny zwrot akcji. Porwana przestaje mówić językiem korposzkoleń, a zaczyna językiem mitu. Jej lud przybył na Ziemię z planety Andromeda pod koniec mezozoiku. To długa historia. Najważniejsze w niej jest to, że kosmici chcieli dobrze, ale ludzie okazali się silniejsi. „Zaczęłam stawać się zła w kontakcie z wami”, mówi female CEO (not so powerful anymore).

Problem kosmicznej dyplomacji

Lanthimos i jego ekipa wydają się przynajmniej częściowo świadomi rasistowskich konotacji teorii o kosmicznych wpływach na ludzką cywilizację. Andromedyjczycy, których widzimy w przedostatniej sekwencji filmu, są zamierzenie dziwaczni, opleceni wielometrowymi czuprynami, jak z kreskówki dla dzieci; ich statek przywodzi na myśl wnętrze ludzkiego ciała w „Było sobie życie” (1987–1988). Nie przypominają granego przez Michaela Rennie bohatera „Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia” Robera Wise’a (1951), głoszącego potrzebę radykalnej demokratyzacji i rozbrojenia pod krawatem i w marynarce, w estetyce poważnego amerykańskiego urzędnika.

W pierwszych latach zimnej wojny potraktowanie planetarnego pokoju jako idei dosłownie „z kosmosu” mogło być odbierane jako mroczno-ironiczne; film Wise’a został nakręcony i trafił na ekrany kin podczas pierwszych kilkunastu miesięcy zaangażowania amerykańskich żołnierzy w wojnę w Korei. Wycyzelowana, elegancka forma filmu – składają się na nią dizajn statku, reprezentacyjność Waszyngtonu, noirowe cienie – do dziś robi wrażenie, ale jest też głęboko podejrzana. Mesjasz epoki atomu (bardzo chrześcijański, ale też porządnie protestancki, na Ziemi przyjmuje nazwisko Carpenter, czyli „cieśla”) głosi pochwałę pokoju i demokracji, ale grozi mocą nieporównywalnie większą od ziemskiej niewiele ponad sześć lat po zniszczeniu Hiroszimy i Nagasaki. Jest z kosmosu, ale jest też gładkim licem idei Ameryki jako serca demokracji.

Ta dwuznaczność dobrze pokazuje niebezpieczeństwo opowieści o przybyciu kosmitów na Ziemię w celach polityczno-ekonomicznych (już abstrahując od tego, ilu Amerykanów naprawdę wierzy w machlojki istot pozaziemskich na naszej planecie). To opowieść tak przepastna, tak elastyczna, że stwarza przestrzeń do czegoś, co Michał Radomił Wiśniewski nazwał kiedyś „zgubieniem się w metaforze”. I chociaż teorie spiskowe to nic nowego – o tym traktuje wydane przed chwilą kompendium Piotra Tarczyńskiego „Oślizgłe macki, wiadome siły. Historia Ameryki w teoriach spiskowych”, o naszym zakątku globu też można by taką napisać, nawet bardziej krwawą – dzisiejszy krajobraz medialny znacznie przemodelował proporcje ich funkcjonowania. Chodzimy dziś naćpani dyskursem spiskowym, od rana do wieczora, nie potrzebujemy już nawet do tego gadatliwych sąsiadek czy internetowych forów dla wtajemniczonych. Dlatego „Oni żyją” mogą być celnym opisem jakiejś sytuacji, ale stracili możliwość oddziaływania, bo każda fikcja stworzona w oparciu o motyw spisku pracuje dziś bez wytchnienia jak drzwi obrotowe. Słowa – „nazizm”, „antysemityzm”, „imperializm”, „pacyfizm”, „ochrona dzieci”, nawet „propaganda” – zostały zhakowane.

Jeśli jakaś opowieść o pozaziemskiej inwazji wciąż nie stępiła swojego ostrza, to jest to legendarny odcinek „Strefy mroku” pod tytułem „Kosmici przybywają na ulicę Klonową”, wyemitowany po raz pierwszy 4 marca 1960 roku. Wciąż aktualny, bo kierujący reflektor na samych Ziemian postawionych wobec najprostszych mechanizmów wrogiej dywersji.

Problem z baśnią

Dlatego dobrze, że przybysze z Andromedy, którzy chcieli pomóc ludzkości, ale im nie wyszło, i to kilka razy, wyglądają jak postaci z francuskiej kreskówki edukacyjnej. Dodaje im to wiarygodności.

Bo niestety – kosmicznej CEO musimy wierzyć na słowo.

To jedno zdanie, na którym wszystko nie tyle się opiera, ile wisi; bez tego zdania film by się rozpadł. Przemiana kosmitki nie zostaje w końcu pokazana. Aby film nie wpadł w otchłań, trzeba zawierzyć baśni. Jest w tym jakieś oszustwo, baśń pozwala jednak odetchnąć paranoicznej widzce, która bardzo chce ocalić ten film, jego barwy, smoliście ponure poczucie humoru, niesamowitość kreacji aktorskich (to chyba najbardziej rozrywkowy film w twórczości Lanthimosa, nie żartuję).

Teddy może mieć rację co do pozaziemskiej tożsamości porwanej, a jednak nie ma racji na bardziej fundamentalnym poziomie: przemoc, którą wyrządza, nie jest usprawiedliwiona. Jest czystym okrucieństwem. Z przemocy, której chłopak doznał – z opuszczenia, wykluczenia ekonomicznego, nadużycia seksualnego – rodzi się tylko dalsza przemoc, otchłań seryjnych mordów. Nieprzypadkowo jedyna bliska relacja, w której Teddy pozostaje, także oparta jest na przemocy: ubezwłasnowolnieniu kuzyna Dona, zmanipulowanego wręcz podręcznikowo („tylko mi na tobie zależy, tylko ja o ciebie dbam”, powtarza Teddy; słowa te płyną prosto z serca, tym gorzej dla nich obu). Zanim jeszcze powerful female CEO znalazła się w nieszczęsnej piwnicy, Don był przez kochającego kuzyna niszczony od środka, okradany z prawa do samostanowienia i prawa do miłości.

Dlatego finałową sekwencję do apokaliptycznego szlagiera „Where Have All the Flowers Gone?” w wykonaniu Marlene Dietrich odczytuję w kluczu nie nihilistycznym, lecz melancholijnym. W potężnym ładunku smutku, tragicznej rezygnacji.

Oh, when will they ever learn?

Na koniec jeszcze jeden zwrot akcji.

To być może jedna z najbardziej cynicznych sekwencji w całej filmografii Lanthimosa – przyznaję to ja, zwykle broniąca reżysera przed tego typu zarzutami. Porwana wciska Teddy’emu kit, że płyn chłodzący do chłodnic, który trzyma w bagażniku (w wersji koreańskiej był to jakiś rozpuszczalnik) to cudowne lekarstwo dla jego pogrążonej w śpiączce matki. Matkę w cieszącym oczy milenialsów epizodzie gra aktorka Alicia Silverstone, jakby nie patrzeć ikona z kultowej najntisowej satyry, czyli „Clueless” Amy Heckerling (1995). Teddy nie waha się ani chwili, nawet nie wącha płynu, zabija matkę błyskawicznie, we wręcz slapstickowej konwencji. Wytrzymała nerwowo interpretatorka zauważyłaby, że Teddym kieruje nie tylko rozpacz syna osoby chorej, z którą większość z nas odruchowo się utożsamia, ale też jego przekonanie o własnej racji – powtórzenie przemocy, która powolutku zabija kuzyna Dona. Sekwencja jest potworna, ponieważ przywołuje prawdziwe tragedie, prawdziwe śmierci, prawdziwe problemy zdrowotne wywołane przez biznesplany szarlatanów, których bynajmniej nikt nie więzi w piwnicy. Wprost przeciwnie, ta zupełnie ludzka chciwość otwarcie pompuje milionowe zasięgi.

Silverstone zaczynała w latach 90. jako aktywistka na rzecz diety roślinnej. W ciągu ostatnich lat postanowiła potwierdzić teorię podkowy, rozsiewając wątpliwości dotyczące szczepień dzieci i wspierając Roberta F. Kennedy’ego Juniora, aktualnego sekretarza zdrowia i opieki społecznej Stanów Zjednoczonych. Obecnie widywana jest na czerwonych dywanach w promocyjnej trasie „Bugonii”.

„Bugonia”
reż. Yorgos Lanthimos
premiera: 7.11.2025