Po premierze swoich dwóch pierwszych filmów Ari Aster stał się reżyserem modnym. Doceniano sprawność i nieoczywisty sposób, w jaki korzysta z gatunku horroru i tym samym łączy arthouse z mainstreamem. Jednocześnie widzów i krytyków fascynowało to, jak dużą wagę przykłada do formy, która według jego metody powinna być wycyzelowana i niosąca precyzyjnie znaczenia. Wydawało się, że nic nie przeszkodzi amerykańskiemu reżyserowi w staniu się kultowym. Jednak kolejny film, „Bo się boi”, znacznie ostudził emocje. Choć nadal był niezwykle interesujący pod względem wizualnym, okazał się przede wszystkim monstrualną, trzygodzinną psychoanalityczną podróżą w odmęty umysłu i lęków głównego bohatera – twórca bezskutecznie próbował dorównać w nim Federico Felliniemu i Davidowi Lynchowi. Zagadką pozostawało więc, jakie okaże się czwarte dzieło Astera. W „Eddington” wykorzystał on westernową estetykę i postawił diagnozę na temat społeczeństwa Anno Domini 2020. Nie można odmówić mu przy tym ambicji. Wyraźnie gubi go jednak egotyczna wiara w trafność i odkrywczość swoich przemyśleń.
Tytułowym Eddington, małym miasteczkiem w Nowym Meksyku, rządzi liberalny burmistrz Ted Garcia (Pedro Pascal), który od wielu lat toczy zawodowy i prywatny spór z miejscowym szeryfem Joe Crossem (Joaquin Phoenix). Konflikt tej dwójki intensyfikują trwająca pandemia i obostrzenia sanitarne, obowiązujące pomimo braku stwierdzonych w hrabstwie zakażeń. Ostatecznie szef policji, niezadowolony z wprowadzonego przez burmistrza nakazu noszenia maseczek, decyduje się stanąć z nim w wyborcze szranki, żeby udowodnić swoje racje.
Do tej pory Aster wybierał tematy mniej doraźne a bardziej uniwersalne: dynamika relacji w rodzinie („Dziedzictwo. Hereditary”), w związku („Midsommar. W biały dzień”), kompleks Edypa („Bo się boi”). Skupienie się wprost na wydarzeniach sprzed pięciu lat może więc w jego przypadku dziwić. Podobnie jak miks gatunkowy, na jaki zdecydował się reżyser – w „Eddington” zamiast horroru czy thrillera (po które autor sięgał do tej pory) oglądamy połączenie westernu z groteskową satyrą. Trudno jednak uznać, że Aster, poza prologiem poświęconym maseczkom, bezpośrednio opowiada o pandemii koronawirusa. Raczej przygląda się społecznym reperkusjom pierwszych miesięcy lęków i zbiorowych histerii z 2020 roku oraz temu, co stało się z naszymi umysłami i jakie procesy, dostrzegalne od dłuższego czasu, przyspieszyły.
„Eddington” eksploruje temat przyklejenia współczesnego człowieka do social mediów i nieumiejętności oderwania się od internetu. Aster dostrzega jedynie demoniczne aspekty bycia podłączonym do sieci: podatność na teorie spiskowe, rezygnację z uczestnictwa w „realu”, odbieranie rzeczywistości za pośrednictwem ekranu, bezustanne relacjonowanie życia w sieci, prześciganie się w mentalnym ekshibicjonizmie. Co bardziej zaskakujące, reżyser (i, co równie ważne, scenarzysta w jednej osobie) negatywnie odnosi się także do organizowanych za pośrednictwem social mediów spontanicznych manifestacji. Uważa, że są one dowodem braku prawdziwie sprawczego działania, bezrefleksyjnego owczego pędu, a niekiedy również hipokryzji i znikomego rozeznania w temacie. Ostrze satyry zostaje wymierzone w oddolny charakter ruchu Black Lives Matter. Aster zdaje się wyśmiewać demonstrantów, a wręcz przed nimi ostrzegać (przypomina o niszczeniu witryn sklepowych i demolowaniu ulic). Co prawda nie jest całkiem ślepy na problem rasizmu w Ameryce – dobitnie zaznacza to w dalszej części filmu – ale uznaje, że wychodzenie na ulice nie może być odpowiednią receptą na współczesne bolączki. Reżyser krytykuje więc jedną z podstaw demokracji. Myli się jednak ten, kto sądzi, że „Eddington” opowiada się po stronie instytucji państwowych – te są pokazywane jako skorumpowane, niegodne zaufania, reprezentujące interesy niekorzystnego dla lokalnych społeczności wielkiego biznesu. Co więc robić, żeby było lepiej? Na to Aster nie proponuje recepty, przez co amerykańska produkcja może zostać odebrana jako nihilistyczna, cyniczna czy wręcz abnegacka.
W „Eddington” drażni autorska maniera patrzenia z góry na swoich odbiorców. Niemal w każdej scenie reżyser stawia diagnozy i widzi siebie jako sprawiedliwego i obiektywnego sędziego współczesności. Niczym rasowy centrysta uważa, że prawda leży zawsze pośrodku. Aster dowodzi na przykład, że co prawda konserwatyści częściej dają się nabrać na teorie spiskowe, ale co do większej swobody w kwestii noszenia maseczek mieli rację. Jednocześnie reżyser stwarza adekwatne fabularnie i światotwórczo warunki, dzięki którym jego tezy wydają się sensowne. O wiele łatwiej uznawać obostrzenia sanitarne za komiczne i absurdalne, jeśli akcję osadzi się w miasteczku niedotkniętym zarazą. Równie łatwo ośmieszyć Black Lives Matter, jeśli w roli lokalnego inicjatora ruchu obsadzi się białego nastolatka, chcącego zaimponować lewicującej, również białej, dziewczynie. Satyra Astera jest zajadła, niezbyt śmieszna, a co gorsza brakuje w niej pomysłu na to, jak wywołać emocjonalne poruszenie w widzu. Wszelkie środki filmowe są raczej zaangażowane w dowartościowanie ego twórcy, a nie ukazanie troski o współczesny świat. Reżyser wyraźnie dystansuje się wobec przedstawianych problemów otaczającego świata, żeby ex cathedra wygłosić za pośrednictwem ekranowej opowieści, jak się sprawy mają. Jednocześnie często przeczy sam sobie. Wystarczy wnikliwiej przyjrzeć się stanowisku, jakie Aster zajmuje choćby w jednej z komentowanych spraw, a okaże się, że jest „za a nawet przeciw”. Weźmy na przykład mocno eksplorowany w „Eddington” temat teorii spiskowych. Z jednej strony twórca ostrzega przed bezrefleksyjnym przyjmowaniem treści oglądanych w internecie – czemu ulegają żona i teściowa Joego Crossa (Emma Stone i Deirdre O’Connell) – z drugiej beztrosko, bez poparcia argumentami, pozwala wierzyć w finansowanie lewicowych bojówek przez bogatych mocodawców i globalny spisek firm technologicznych.
Chociaż w „Eddington” na każdym kroku próbuje się przekonywać widza, że ma do czynienia z głęboką analizą zjawisk społecznych, to w rzeczywistości przypomina ona monolog pijanego wygłaszany na imprezie w kuchni o czwartej nad ranem. Wtedy zarówno nadawca, jak i adresaci (również na rauszu) tego słowotoku przez chwilę żyją w wyimaginowanym świecie spraw ostatecznie wyjaśnionych.
Pewnie przy sprzyjających okolicznościach można by się nabrać na mądrości Astera, ale i tym razem gubi go rozdęte ego. Gdyby zdecydował się skrócić film, dopracować intrygę fabularną, zagęścić akcję, trudniej byłoby widzom wyłapać sprzeczności w wywodzie autora, ponieważ zostaliby złapani w sidła sprawnie zrealizowanego kina sensacyjnego. Tymczasem podczas seansu odbiorca ma aż nadto czasu na refleksję, która obnaża niedostatki produkcji. Wprowadzenie zmian mogłoby sprawić również, że z większą siłą wybrzmiałaby najważniejsza (jak mówi o niej Aster w wywiadach) i zarazem finalna refleksja: ludzie toczą swoje – nieistotne z punktu widzenia wielkiej polityki – prywatne i publiczne spory, które odwracają ich uwagę od działań możnych tego świata. Dzięki chaosowi współczesności, podobnie jak dzieje się to w „Eddington”, CEO wielkiej technologicznej firmy ręka w rękę z gubernatorem stanu, właściwie niezauważeni, mają komfortowe warunki do ubicia niekorzystnego dla tysięcy maluczkich dealu.
W moim przekonaniu Aster ponosi twórczą porażkę. Decyduje się opowiedzieć historię ważną i potrzebną – o tym, co stało się z nami w czasie pandemii i jakie tego skutki są widoczne do dziś. Ale ostatecznie przegrywa ze swoim megalomańskim podejściem, zgodnie z którym każdy jego film musi być opus magnum. Amerykański reżyser potrzebuje na już pokory. Bez niej, w wyniku samozachwytu niepozwalającego na trzeźwe spojrzenie na własne dokonania, kino straci niewątpliwy, choć wątpliwie wykorzystywany, talent.