Nr 24/2025 Na teraz

Umrzeć – tego się nie robi psu

Łukasz Muniowski
Film

Jestem przerażony tym, że mógłbym umrzeć przed moimi psami. Martwię się, kto wytłumaczy niewidomemu i niesłyszącemu Grafiemu, że już więcej nie zaśniemy przytuleni do siebie, lub czy znajdą się kolana, na których kilka godzin dziennie będzie mogła siedzieć Wiewiórka. Myśl, że nie zdołamy się pożegnać, że nie przygotuję ich na moją śmierć, jest dla mnie dużo bardziej przerażająca niż sama perspektywa śmierci. Z ich perspektywy moje wyjście z domu bez nich nawet na krótko jest największą tragedią, a piętnastu minut, kiedy mnie nie ma, nie można spędzić inaczej, niż patrząc na drzwi. Martwię się więc chyba podobnie jak one: a jeśli przez te drzwi już nie przejdę?

Kiedy wpisałem w Google „how to prepare a dog for your death”, przeglądarka automatycznie wypluła strony pokazujące, jak ja mam się przygotować na śmierć psa, nie odwrotnie. Algorytm wiele mówi o naszej relacji z psami – zamiast myśleć o tym, jakimi emocjami je obarczamy, wolimy najpierw myśleć o sobie. Ta antropocentryczna perspektywa nie jest ograniczona jedynie do ich śmierci. Wielokrotnie słyszałem, że ludzie boją się chodzić do schronisk, bo są tak bardzo smutne, ale mówiąc w ten sposób, dają prymat własnym emocjom, a nie potrzebom zwierząt. Nie znalazły się tam przecież z własnej winy – zawiódł je człowiek. Ogrom empatii odczuwany przez psy wobec ludzi sprawia, że są tak kochane, ale też staje się przyczyną ich nieszczęścia. Bywa, że rozumieją nasz świat lepiej niż my sami. W kulturze najbardziej prominentnym reprezentantem tej wierności jest święty Guinefort – chart, który ocalił dziecko swojego opiekuna przed wężem, a człowiek zabił go, zanim się zorientował w sytuacji.

Jeden z moich psów, Leon, nie jest szczególnie mądry – jeśli ktoś z ósemki obecnie zamieszkującej nasz dom ma wejść w największe błoto, zjeść coś niewłaściwego lub bez powodu narobić hałasu o niestosownej porze, z dużym prawdopodobieństwem będzie to on. Jednak to właśnie Leon zrobił dla mnie coś niezwykłego: gdy podczas jednego z mocniejszych ataków paniki leżałem na podłodze i wydawałem z siebie jakieś odgłosy, Leon zeskoczył z kanapy, zaczął biegać dookoła mnie i szczekać, jakby chciał przepędzić nieproszonego gościa, a potem wtulił się mocno i leżał tak, czekając, aż atak minie.

Ten jeden moment wpływa na moją interpretację i ocenę filmu „Good Boy”, w którym pies mierzy się z nieuleczalną chorobą swojego człowieka. Ujęta w ramy konwencjonalnego, niekoniecznie strasznego horroru, jest to opowieść o ludziach snuta z perspektywy psa – taka, jak relacja ta wyglądała od wieków: gdzie potrzeby zwierzęcia są na drugim planie. W tej konkretnej międzygatunkowej historii Indy (pies reżysera filmu, Bena Leonberga) stara się zrozumieć swojego człowieka i za wszelką cenę mu pomóc. Główny ludzki bohater, Todd (Shane Jensen), zapada na bliżej nieokreśloną chorobę płuc i (bez konkretnego powodu) postanawia przeprowadzić się do domu odziedziczonego po dziadku. Początkowo Todd ma jeszcze nadzieję na ozdrowienie, ale z czasem, gdy jego zachowanie staje się coraz dziwniejsze, a skutki choroby coraz bardziej utrudniają mu codzienne funkcjonowanie, zdaje sobie sprawę z tego, że śmierć jest blisko.

Na starych taśmach wideo widać, że dziadek, tak samo jak Todd, miał podobne objawy, co poza budowaniem grozy – bo na ekranie choroba obu mężczyzn postępuje jednocześnie – tworzy warstwę symboliczną. Pachnący wilgocią, rozkładem i taksydermią dom to alegoria dziedzicznej choroby, która wyniszczyła jego, a teraz zabija wnuka. Tajemnicza obecność, która wyciąga błotniste łapy po Todda (i po Indy’ego), to oczywiście choroba próbująca odebrać psu to, co dla niego najcenniejsze.

Na powierzchni „Good Boy” to historia o niezbyt sympatycznym człowieku i wspaniałym, wpatrzonym w niego psie. Swoim nosem Indy dokonuje rekonstrukcji tego, co zdarzyło się w domu, kiedy mieszkał w nim dziadek Todda wraz ze swoim psem. To Bandit, golden retriever z charakterystyczną czerwoną chustą na szyi, jest jego przewodnikiem po przeszłości. Wiedziony jego zapachem, Indy biega po domu, zagląda pod komodę czy do piwnicy i szuka odpowiedzi na pytanie: co się dzieje z Toddem? Bandit stworzył archiwum zapachów, które Indy stopniowo odkrywa, czemu widz towarzyszy dzięki kamerze osadzonej na niskim pułapie, na wysokości psiego nosa podążającego tropem przeszłości.

© Shudder, Independent Film Company

Poza-ludzką perspektywę filmu wzmaga sposób kadrowania pomijającego lub ograniczającego widoczność twarzy ludzkich – bo choć psy je widzą, to, jak postrzegają świat, jest bardzo odmienne od tego, jak my go widzimy. Mam trzy niewidome psy i na palcach jednej ręki można policzyć, ile razy dziennie wpadają na meble. Nie mogę natomiast zliczyć, ile razy słyszałem „on/ona na pewno coś widzi” od osób, które przyglądały się temu, jak chodzą po trawniku lub bawią się z ich psami.

Podczas gdy Indy próbuje zrozumieć nową sytuację, Todd zamyka się przed światem. Odrzuca troskliwą siostrę, która na ekranie pojawia się tylko raz, choć jej głos słyszymy często, w rozmowach z bratem i wiadomościach głosowych, jakie mu zostawia. Fizyczny brak obecności podkreśla dystans między rodzeństwem, stopniowo pogłębiający się przez postępującą chorobę. Z perspektywy fabuły istotniejszy wydaje się jednak dystans między Toddem a Indym. Pies widzi, że z jego człowiekiem jest coś nie tak, ale nie rozumie, dlaczego ten coraz częściej go odtrąca. Próby pomocy spotykają się z poważniejszymi konsekwencjami, mimo to pies nie przestaje próbować, bo taka jest jego natura.

Irracjonalnie zamykając się w piwnicy z psem i tajemniczą obecnością, człowiek odcina zwierzę od świata, jaki do tej pory ono znało (już od szczenięcego okresu dzieląc świat z Toddem). Gdy drzwi piwnicy otwierają się, Indy staje przed wyborem: ponownie zaufać człowiekowi – już innemu – lub pozostać w „ciemności”. Ale to zarazem pytanie dla ludzi: czy gdy Indy „wyjdzie z piwnicy” (także symbolicznie), gotowy na nową relację – ktoś mu ją zaoferuje? Działając w dwóch fundacjach jako wolontariusz, widziałem wiele takich historii: gdy opiekunka lub opiekun odeszli, najbliższa rodzina nie miała miejsca dla psa lub go nie chciała, więc ten trafiał do schroniska.

Nawet w obliczu śmierci Todd nie przygotowuje Indy’ego na swoje odejście, a żegnając się, nazywa go „dobrym psem”. W tym leży główny problem jego relacji ze zwierzęciem – to, że Indy jest dobry (czyli grzeczny), jest pewnikiem, bez którego bliższa relacja byłaby niemożliwa. Indy ma wiedzieć, kiedy wskoczyć na łóżko, a kiedy dać spokój swojemu opiekunowi; ma reagować na jego nastroje, zanim ten zdąży mu cokolwiek zakomunikować. Oczekujemy od psów bezwarunkowego dopasowania się do naszego świata, nie biorąc pod uwagę, że ten może się w każdej chwili zmienić pod wpływem nieszczęśliwego wypadku czy choroby.

Indy instynktownie idzie za swoim człowiekiem do najmroczniejszego zakątka domu i jest gotów walczyć o niego do końca, niezależnie od tego, jak bardzo się zmienił, bo to jego człowiek. Ten tymczasem jest w stanie zamknąć go w symbolicznej piwnicy, by tam zmarł z tęsknoty, zamiast dać mu szansę na nowy dom i długie życie. Ale czyż nie oczekujemy od „dobrych psów” dokładnie tego, by nie wyobrażały sobie życia bez nas i służyły jako symbol wierności, byśmy mogli płakać i wzruszać się na myśl o ich poświęceniu? „Dobry pies” to taki, którym możemy się chwalić i który dopasuje się do nas niezależnie od okoliczności. Często, jak Todd, traktujemy słowa „dobry” i „grzeczny” jako synonimy, a posłuszeństwo i oddanie jako wyznaczniki inteligencji zwierzęcia, bo z takimi psami po prostu wygodniej się żyje. Takimi psami chcemy się chwalić – nie wymagają dużego zaangażowania z naszej strony i wtapiają się w tło, kiedy zajmujemy się czymś innym.

Tymczasem, choć myślenie o relacjach w kategoriach przyszłej przeszłości wydaje się atrakcyjne, jeśli komuś naprawdę zależy na zwierzęciu, zaoferuje mu teraźniejszość. To, co najcenniejsze – wspólny czas. To jedna z tych rzeczy, których na końcu zawsze okazuje się za mało. Dlatego nie zważając na to, że mógłbym czytać czy spędzać czas na nowo znalezionym hobby, niemal każdy wieczór spędzam bezczynnie, pozwalając moim psom leżeć na mnie i ze mną. I tak boję się, że mamy za mało czasu, by się sobą nacieszyć – ale może chociaż z ich perspektywy nie wygląda to tak beznadziejnie.

„Good Boy”
reż. Ben Leonberg
premiera: 31.10.2025