Nr 24/2025 Na teraz

Komedia dziecięcej niemocy

Paweł Służewski
Film

Piotr Domalewski dokłada starań, by podkreślić, że jego film dzieje się TERAZ!

Jeśli codzienne szkolne problemy, to cyberprzemoc. Jeśli samochód jadący ulicą, to transport wojskowy. Jeśli newsy w telewizji, to te zza wschodniej granicy. Jeśli zwykli, szarzy mieszkańcy, to alkoholicy i sprawcy przemocy domowej.

Tak zdecydowany akcent położony na teraźniejszość sprawia, że łatwo się pomylić i uznać „Ministrantów” za film publicystyczny. Gdybyśmy przyjęli takie założenie, lejąca się z ekranu szara smarzowszczyzna przełamana dziecięcymi nadziejami słusznie wydałaby się nam publicystyką niedojrzałą, stępioną przekornym optymizmem. Zwłaszcza na Kościół twórcy patrzą pobłażliwie. W przeciwieństwie do jaskrawo przedstawionej w filmie przemocy szkolnej i domowej chciwość kleru na ekranie jest tylko pozbawioną fatalnych skutków, napędzającą historię anegdotą.

Jeśli w „Ministrantach” szukać będziemy społecznych diagnoz, odnajdziemy jedynie te, które w polskim kinie słyszymy od lat. Alkoholizm, znieczulica społeczna, niedojrzała religijność, chciwość kleru – to tylko niektóre z nich. Ale na szczęście seans zdobywcy Złotych Lwów na ostatnim festiwalu w Gdyni nie jest jedynie maratonem przez oczywistości. Żeby odnaleźć w filmie Domalewskiego coś więcej, wystarczy przestroić wzrok i nie spoglądać z daleka, ale od wewnątrz. Nie szukać polskiego pejzażu, ale POV współczesnego polskiego dziecka.

Tytułowi ministranci to Filip, Gucci, Kurczak i Mały Kurczak (w tych rolach kolejno Tobiasz Wajda, Bruno Błach-Baar, Mikołaj Juszczyk i Filip Juszczyk). Chłopców łączy doświadczenie niesprawiedliwości. Film rozpoczyna się sceną ministranckich zawodów, w których przyjaciele zostają niesłusznie pozbawieni nagrody, a następnie ukazuje ich bezsilność wobec wszechobecnej przemocy. Czarę goryczy przelewa dokonana na oczach bohaterów przez kurialnego księdza kradzież pieniędzy z kościelnej zbiórki dla ubogich. Chłopcy postanawiają działać. By przywrócić sprawiedliwość, również kradną kościelne pieniądze, a by znaleźć potrzebujących, zakładają podsłuch w konfesjonale. Od tego momentu rolę szlachetnych Robin Hoodów łączą z funkcją zamaskowanych mścicieli.

Komponent publicystyczny jest zatem w „Ministrantach” w pewien sposób obecny, ale fabuła podporządkowana zostaje dziecięcej perspektywie, a nie społecznym diagnozom. Radykalne zanurzenie się w chłopięcym spojrzeniu jest wyraźnie widoczne w scenach komediowych (publiczność w Gdyni śmiała się często i głośno). Komizm rodzi się ze skontrastowania bezwzględnej donkiszoterii chłopców ze zmęczoną akceptacją status quo przez dorosłych. Reżyser podąża za małymi Robin Hoodami w rytm hołubionej przez nich hip-hopowej muzyki, nie roszcząc sobie prawa do społecznych osądów. Bo bardziej niż na precyzyjnym opisaniu dzisiejszej Polski zależy mu na ujęciu punktu widzenia współczesnego chłopaka. Bardziej niż na opisaniu kondycji polskiego katolicyzmu – na uchwyceniu wyszeptanej w pustym kościele dziecięcej modlitwy.

W polskim kinie rzadko się mówi o dziecięcej duchowości, za to zderzenie dziecka z szeroko pojętym „systemem” pojawia się w nim często. „Ministrantów” warto zestawić zwłaszcza z „Dreszczami” Wojciecha Marczewskiego (1981). Filipa z Tomkiem Żukowskim łączy zaskakująco wiele. Obaj działają w ramach wspólnot rówieśniczych, obaj dorastają bez ojców i w końcu obaj sprzęgają swój aktywizm z romantyczną miłością. „Ministrantów” możemy czytać jako przewrotne uwspółcześnienie „Dreszczy”. Komunistyczną młodzieżówkę zastępuje służba liturgiczna, bohaterskiego ojca nieobecny mąż alkoholiczki, a druhnę wyznającą komunistyczne ideały doświadczająca przemocy domowej dziewczynka. Oba filmy różnią się natomiast tym, że nagradzany dramat Marczewskiego opowiada raczej o bezbronnych ofiarach, natomiast „Ministranci” przywracają wiarę w dziecięcą siłę oporu – co zresztą wydaje się dość dobrze oddawać rzeczywistą przemianę polskiej młodzieży na przestrzeni ostatnich kilku dekad.

© Michał Charyton - Aurum Film

Osobno wypada wspomnieć najciekawszy z rymów, czyli motyw wodnych wizji. Tomkowi śni się zalewająca go woda, podczas gdy Filip bezskutecznie próbuje chodzić po jej powierzchni. Bez względu na to, czy jest się indoktrynowanym przez władzę dzieciakiem, czy wychowankiem wolnej Polski, próba oporu wobec społecznego krajobrazu musi skończyć się bezsilnym, podwodnym dryfem.

Filip jest nie tylko blokowym Robin Hoodem, ale przede wszystkim postacią chrystusową. Scena zbaczającej z kursu i docierającej nad zmaltretowane ciało chłopca procesji Bożego Ciała jest być może najważniejsza w całym filmie. Filmie na wskroś katolickim, który kroczącej przez małomiasteczkowe ulice zepsutej instytucji podrzuca obok kwietnych płatków niewygodne ucieleśnienie własnych ideałów. Pozorna obrazoburczość jest w „Ministrantach” skalpelem rozcinającym zakrzepnięte, stężałe ciało instytucji, by sprawdzić, czy w środku znajdzie się jeszcze miejsce na serce bijące prawdziwie ewangelicznym rytmem.

Film Domalewskiego ma też jednak znaczące wady. „Ministranci” posiadają ciekawych i wiarygodnych dziecięcych bohaterów, ale brak w nich pełnokrwistych portretów dorosłych. Najlepiej obrazuje to postać matki Filipa, która jest boleśnie niedopisana. Wątki rodzinne są pełne klisz i sztampy. Zachowania księży parokrotnie są nielogiczne i służą jedynie popychaniu filmowych wydarzeń na wcześniej zamyślone przez twórców tory. Takich scenariuszowych, technicznych gorzkich posmaków jest w filmie więcej (choćby scena Filipa oglądającego spowiedź matki). Dziwi w tym kontekście nagroda za scenariusz w Gdyni.

Ale już inna nagroda – główna – dziwi mniej. Choć uważam, że Festiwal Polskich Filmów Fabularnych powinno wygrać świetne „Nie ma duchów w mieszkaniu na dobrej” Emi Buchwald, triumf „Ministrantów” również mnie cieszy. Na docenienie zasługiwało nie tylko udane sportretowanie reformatorskiego głodu (części) współczesnych polskich katolików, ale przede wszystkim głębokie i niezwykle empatyczne spojrzenie na beznadziejnie donkiszoteryjną jednostkę w starciu z systemem, którego zmienić się nie da.

Zresztą inspiracja prozą Cervantesa jest obecna w „Ministrantach” nie tylko za sprawą humoru zaczerpniętego z tego samego źródła. Gdy przyjrzymy się obu dziełom, zauważymy, że Don Kichot i Filip w gruncie rzeczy przeżywają ten sam dramat. Po uświadomieniu sobie szaleństwa bohater hiszpańskiej powieści podważa zasadność swojego zapału, porównując się do świętego Jerzego. Podobnie czyni Filip, kiedy zrozumiawszy swoją bezradność, zwraca się ku modlitwie i Biblii. Wiele zarzutów wobec „Ministrantów” straci na znaczeniu, gdy zauważymy, że to właśnie tragedią gorzkiej niemocy, a nie wytykaniem przywar Polakom i Kościołowi oddycha ten film.

Tak naprawdę Cervantesa i Domalewskiego dzieli jedynie konkluzja. Hiszpański pisarz zaledwie sugerował, że w beznadziejnym oporze jego bohatera tkwi jakaś niejasna wartość, podczas gdy reżyser „Ministrantów” znajduje dla tego oporu ujście w naśladownictwie chrystusowego poświęcenia. Ta różnica wynika po części z odmiennej świadomości, kim dla każdego z twórców jest jego główny bohater. Cervantes, pisząc „Don Kichota”, dyskredytował romans rycerski, aż w końcu odkrył, że postać romantycznego szaleńca tak naprawdę niesie jego własne nadzieje. Domalewski od początku jest tego świadomy. Mit polskiego katolika ratującego świat jest w filmie obśmiany jedynie na marginesie (Filip twierdzący, że razem z chłopakami są „ostatnią twierdzą”), bo reżyser od razu przechodzi do clue, czyli pytania, jak we współczesnej Polsce realizować naiwne, ale piękne pragnienie niesienia zmian.

Są więc „Ministranci” filmem o nadziejach, których spełnić się nie da, portretem narodzin szczeniackiego buntu, który szczerością i słusznością zdobywa sobie dojrzałość, oraz pytaniem o granice naruszania norm etycznych w słusznym celu. Ale przede wszystkim są wołaniem o nieśmiertelność żarzącego się dziecięcego sprzeciwu.

Czy dziś w Polsce Kościół jest w stanie podtrzymać ten tlący się płomyk nadziei? I tak, i nie – zdaje się mówić Domalewski. Nie, jeśli tlenu będziemy szukać w owładniętej korporacyjnym porządkiem zakrystii. Tak, jeśli opuścimy ceglane mury i kościół dostrzeżemy trochę gdzie indziej. O tam, w tych kilku poczciwych chłopakach, którzy biegną poklepać cię po plecach, bo wyrwawszy się procesji, poszedłeś w przeciwnym kierunku.

„Ministranci”
reż. Piotr Domalewski
premiera: 21.11.2025