„Nie sądzę, żebyście osiągnęli sukces, ale będziecie naprawdę wpływowi” – wywróżył Steve Albini członkom Slinta. Trzydzieści pięć lat temu ukazał się „Spiderland” – drugi i zarazem ostatni album kwartetu, który odmienił oblicze alternatywnego rocka.
Rok 1991 w muzyce rozpatruje się często przez pryzmat aneksji grunge’u przez główny nurt kultury popularnej: to właśnie wtedy przełomowe (przynajmniej w kategoriach komercyjnych) płyty wydali między innymi Nirvana, Pearl Jam i Soundgarden. O tym, że gitarowe granie miało się świetnie na początku lat 90., świadczyły również triumfy U2, Metalliki, Red Hot Chili Peppers, Queen, Guns N’ Roses i R.E.M. Żaden z tych wykonawców nie wynalazł koła na nowo: wszyscy powtarzali mniej lub bardziej utarte schematy. Tymczasem najbardziej postępowe zjawiska działy się na kulturowych obrzeżach i były dalekie od szeroko pojętego rocka, obejmując rozmaite odmiany elektroniki (Coil, Massive Attack, The KLF, Aphex Twin). Do niewielkiego grona grup, które poszerzały wtedy ramy muzyki rockowej, należały brytyjskie Disco Inferno i Talk Talk oraz amerykański Slint. Jednak ich starania zostały wówczas zignorowane przez masy – odkryto je i doceniono wiele lat później.
Slint powstał w 1986 roku w Louisville z inicjatywy czterech nastolatków: Britta Walforda (bębny, gitara, wokal), Briana McMahana (gitara, wokal), Davida Pajo (gitara) oraz Ethana Bucklera (bas). Scena muzyczna stanu Kentucky była bardzo prężna, toteż każdy z nich udzielał się wcześniej lub równolegle w lokalnych składach, takich jak Languid and Flaccid, Maurice, Squirrel Bait i Solution Unknown[1]. Pajo zapamiętał, że „Louisville było dobrym miejscem do tworzenia dowolnej muzyki. Człowiek nie martwił się o wynajęcie sali prób, nie główkował, kiedy będzie tam grała inna kapela, ani nie obawiał się, że ktoś ukradnie sprzęt”. Twórczości artystycznej sprzyjał też charakter szkoły, w której uczyli się McMahan i Walford; grono pedagogiczne Brown School kładło nacisk na edukację artystyczną i dostosowywało program do indywidualnych predyspozycji uczniów. „Gdybym tam nie uczęszczał, raczej nie angażowałbym się tak bardzo w muzykę i pisanie”[2] – wyznał McMahan.
W listopadzie 1986 roku Walford, Pajo i Buckler wystąpili pod szyldem Small Tight Dirty Tufts of Hair: Beads podczas niedzielnego nabożeństwa w kościele unitariańskim. „Nasze kawałki składały się głównie z wrzaskliwych sprzężeń zwrotnych. Patrzenie na wychodzące [z kościoła] starsze panie było dość zabawne” – wspominał Pajo. Trio zagrało tylko trzy utwory, ale to wystarczyło, by obecny na sali McMahan rychło dołączył do kolegów. Kwartet zmienił nazwę na Slint (od imienia jednej z rybek hodowanych przez Walforda) i rozpoczął intensywne próby, doskonaląc swój styl. Pierwotne inspiracje w postaci hardcore punkowych Dead Kennedys, Black Flag, Hüsker Dü i Minor Threat ustąpiły miejsca wpływom Sonic Youth, Meat Puppets, Minutemen i Dinosaur Jr. Jak rekapitulował Pajo, „Slint zrodził się w wyniku frustracji miejscową sceną; działało wtedy mnóstwo pospolitych grup punkowych. My pragnęliśmy założyć formację, która byłaby zupełnie inna niż cała reszta”.
Dzięki kontaktom McMahana nawiązanym jeszcze w czasach Squirrel Bait, jesienią 1987 roku Slint weszli do Studiomedia w Evanston, żeby nagrać debiutancki longplay. Produkcji całości podjął się Steve Albini – lider noise rockowej grupy Big Black, który postanowił zostać inżynierem dźwięku. Albini unikał określenia „producent”, bo jego zdaniem oznaczało ono osobę w pełni odpowiedzialną za całą sesję nagraniową, podczas gdy on preferował wyłącznie techniczną realizację wizji danego artysty. Nie przeszkadzały mu więc ani mgliste instrukcje Walforda („Czy możesz sprawić, żeby to brzmiało bardziej wodniście i zielono?”; w podobny sposób wyrażał się Martin Hannett, producent Joy Division), ani figurowanie na okładce jako „jakiś pieprzony patafian”[3]. Nie wszyscy byli jednak zadowoleni z jego pracy: Buckler uznał, że grupa poddała się „procesowi »Albinizacji«, wpadając w czarną dziurę”, i opuścił szeregi Slinta jeszcze przed opóźnioną premierą „Tweez” w 1989 roku.
Funkcję basisty objął Todd Brashear, który według relacji Pajo „przyniósł ze sobą mnóstwo różnych wpływów. […] Blues Delty, country i wszelkie inne gatunki muzyki źródeł”. „Interesowaliśmy się bardziej tradycyjnymi i prostszymi utworami. […] Podążaliśmy już w tym kierunku” – potwierdzał Brashear. Kierunek ten wyznaczali także Nick Cave, Neil Young, Leonard Cohen, AC/DC, a nawet Philip Glass i… Madonna (Walford: „Wiele z jej piosenek było słodkich i dopracowanych. Poza tym brzmiały naprawdę dobrze. Chodziło o rozmach jej brzmienia, było epickie”). Aktywność zespołu zmniejszyła się, gdy muzycy wyjechali na studia, ale u progu 1989 roku udało im się zarejestrować w Chicago dwa utwory z Albinim: rozciągniętą do niemal siedmiu minut reinterpretację „Rhody” z płyty „Tweez” oraz zupełnie nowy „Glenn”. I chociaż zawierającą je epkę wydano dopiero pięć lat później, obydwie kompozycje stanowiły istotny punkt wyjścia dla dalszych poszukiwań Slinta.
Po podpisaniu kontraktu z wytwórnią Touch and Go na drugi album, wiosną 1990 roku członkowie grupy ułożyli ścisły harmonogram zajęć: przez cztery miesiące, pięć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie szlifowali świeży materiał. Jego bazą była skala dynamiczna cicho/głośno oraz operowanie rozproszonym dźwiękiem z wykorzystaniem ciszy – przerywanej wybuchami hałaśliwych crescendo – jako narzędzia kompozytorskiego. Pajo i McMahan modyfikowali strój gitar i grali odrębne linie melodyczne, przy czym jeden uderzał w struny od góry, a drugi od dołu. Walford wybijał na perkusji rytmy w nieregularnych sygnaturach czasowych (6/4, 3/4, 7/8 itd.), nierzadko w kontrapunkcie do minimalistycznych partii basu Brasheara. Grupa żmudnie cyzelowała też brak podziału na zwrotki i refren, harmoniczne dysonanse, nietypowe progresje akordów oraz nagłe skoki tempa i tonacji. Pajo opowiadał, że „bardzo dużo ćwiczyliśmy w porównaniu do tego, ile występowaliśmy na żywo”[4].
Swego czasu McMahan odbywał praktyki zawodowe w River North Studios w Chicago i właśnie to miejsce wybrano na nagranie drugiego albumu Slinta, mimo że produkowano tam głównie dżingle reklamowe. Muzycy pojawili się w River North późnym latem 1990 roku (zależnie od źródła był to sierpień lub wrzesień) w asyście producenta Briana Paulsona. Decyzję o współpracy z nim, a nie z Albinim, podjęli McMahan i Walford. „Nie byliśmy przekonani, czy nasze pomysły będą pasować do ekstremalnego trybu produkcji rozwijanego przez Steve’a. Nie chcieliśmy żadnych ozdobników. Chcieliśmy muzyki w takiej formie, w jakiej ją napisaliśmy i jaką słyszeliśmy. To właśnie dał nam Brian” – wyjaśniał ten pierwszy. Ta filozofia legła u podstaw sesji nagraniowych: załatwić wszystko w jednym podejściu, bez nakładek, studyjnych sztuczek i mnogości efektów (nie licząc przesteru). Całe sedno miało tkwić w wykonaniu kompozycji, a nie w ich obróbce. I tak też się stało[5].
W rezultacie czasochłonnych prób zespół wypracował perfekcyjne zgranie. Pajo zaręczał wręcz, że dokonał tylko jednej dogrywki, co odnotował także Brashear: „Niektóre z tych rzeczy to pierwsze ujęcia”[6]. Slint nie tracili czasu na poprawki także z powodu ograniczonego budżetu, który pozwalał na wynajęcie studia tylko przez dwa weekendy i to nocą, gdy obowiązywały niższe stawki (Paulson: „Było bardzo mało czasu, żeby udokumentować to, co przez większą część roku ćwiczyli podczas prób”; McMahan: „Wszyscy byliśmy wyczerpani. Pamiętam, że spałem na podłodze w reżyserce”; Walford: „Nie czułem żadnego pośpiechu”). Podstawowe ścieżki utworzono pierwszego weekendu, zaś drugiego muzykę zmiksowano[7]. Niemało trudności przysporzyło utrwalenie wokali McMahana, który nie czuł się komfortowo za mikrofonem i do ostatniej chwili zwlekał z napisaniem tekstów: „Nie chciałem robić prób wokalnych. […] To było jednorazowe, oczyszczające doświadczenie”.
Ostatecznie wyłoniono sześć utworów: „Breadcrumb Trail” (historia miłosna wpleciona w dziecięce wspomnienie o festynie), „Nosferatu Man” (zainspirowany horrorami „Nosferatu – symfonia grozy” Friedricha Wilhelma Murnaua i „Nosferatu wampir” Wernera Herzoga), „Don, Aman” (jedyna na płycie samodzielna piosenka Walforda, w całości opracowana w studiu), „Washer” (o depresyjnych stanach McMahana i jego ówczesnej partnerki), „For Dinner…” (instrumentalna kompozycja grana na standardowo nastrojonych instrumentach i wyzuta z efektów gitarowych) oraz „Good Morning, Captain” (refleksja na temat dorastania i relacji rodzinnych, wbrew powszechnej opinii nawiązująca do serialu „Captain Kangaroo”, a nie do poematu „Rymy o starym marynarzu” S.T. Coleridge’a). Muzycy mówili, że były to „migawki z młodości: romans, rozpacz i śmiech”; wprawdzie cechowały się „egzystencjalnym kryzysem” i „utratą niewinności”, miały jednak „pozytywny charakter”.
Drugi album Slinta otrzymał tytuł „Spiderland” – podobno młodszy brat McMahana zauważył, że muzyka była „jak gdyby pajęcza”[8]. Walford tłumaczył z kolei, że wzięło się to od pająków żyjących w opuszczonym kamieniołomie nieopodal Utiki w stanie Indiana, gdzie zaprzyjaźniony z zespołem Will Oldham zrobił czarno-białe zdjęcie muzyków kąpiących się w sztucznym jeziorze. Trafiło ono na front obwoluty, jej tył zdobiła zaś fotografia pająka wykonana przez Noela Saltzmana. Brashear zalecił, żeby nie zamieszczać na okładce nazwy grupy, tytułu płyty ani nazwisk (poza Paulsonem i fotografami), a zdjęcie otoczyć czarnymi ramkami na podobieństwo krążka „Teenage Head” Flamin’ Groovies i starych panoramicznych filmów. Pod listą utworów podano adres korespondencyjny, pod który mogły zgłaszać się wokalistki zainteresowane kooperacją ze Slintem. Wśród kandydatek była młoda Angielka PJ Harvey, ale jej list pozostał bez odpowiedzi, bo zespół już wtedy nie istniał.
Wydanie dziennika „Louisville Courier Journal” z 15 grudnia 1990 roku donosiło, że Slint „rozpadł się w zeszły poniedziałek”[9] – kilka miesięcy przed planowanym europejskim tournée oraz premierą „Spiderland” wyznaczoną na 27 marca 1991 roku[10]. Żywot formacji zakończył McMahan, który nie potrafił pogodzić pracy etatowej z graniem w niszowym zespole. O swoim ruchu poinformował pozostałych członków podczas próby. „Nie byłem zaskoczony, bo sam kilka razy o tym myślałem” – komentował Brashear. Pajo uważał, że było to „racjonalne, rozsądne rozstanie. […] Ta formuła po prostu się posypała”. Kres współpracy najbardziej dotknął Walforda: „To był ogromny cios. […] Nie wiedziałem, co mam zrobić”. Po jakimś czasie McMahan wylądował w Palace Brothers i The For Carnation, Walford zasilił skład Watter, Pajo nagrywał solo (jako M, Aerial M i Papa M) oraz z Tortoise i Gang of Four, Brashear ograniczył się zaś do sporadycznych występów gościnnych[11].
Niewsparta kampanią reklamową, koncertami, wywiadami, wideoklipami i singlami płyta przepadła w zestawieniach: w ciągu roku sprzedało się mniej niż pięć tysięcy kopii[12] („Gdy wyszła, nikogo to nie obchodziło” – narzekał Corey Rusk z Touch and Go). Brak promocji przełożył się na nieliczne, acz entuzjastyczne recenzje prasowe[13]. Edwin Pouncey z „NME” wyrokował, że „w sercu Slint tkwi coś oryginalnego”[14]. Mike Noon z „Select” chwalił „kompozycje przesiąknięte nocną, narkotyczną czernią”[15]. Wielkim apologetą „Spiderland” okazał się też… Steve Albini, który na łamach „Melody Makera” popełnił prawdziwy (i proroczy) pean na cześć Slinta i ich dzieła: „To niesamowita płyta i nikt, kogo w dalszym ciągu porusza muzyka rockowa, nie powinien jej przegapić. Za dziesięć lat okaże się kamieniem milowym. […] Surowe, obdarte z wszelkich upiększeń nagranie jest tak odkrywcze, że można odnieść wrażenie, jakby się kogoś podsłuchiwało. […] Dziesięć pieprzonych gwiazdek”[16].
Albini, który zresztą niestrudzenie lansował Slinta w prasie jeszcze długo po rozwiązaniu zespołu[17], miał rację: w ciągu dekady „Spiderland” przemienił się z podziemnego wydawnictwa znanego tylko nielicznym w drogowskaz artystyczny dla kolejnych pokoleń twórców[18]. Manipulowanie dynamiką, skomplikowane struktury kompozycji, wielopiętrowe aranżacje, synkopowane riffy gitarowe, śpiew przechodzący od szeptu do krzyku, pauzy poprzedzające eksplozje dźwięku, liczne zmiany metrum, budowanie napięcia – to wszystko posłużyło za wzór dla pojedynczych artystów i całych gatunków, takich jak post-rock, math rock i slowcore. Roni Sarig konstatował, że metodologia Slinta „została przejęta przez wystarczającą liczbę zespołów niezależnych, by termin »Slintesque« stał się znaczącą etykietką. Nawet formacje znacznie starsze od Slinta były skłonne uznać ten kolektyw za jeden z nowatorskich fenomenów rocka lat 90. W tak późnej fazie historii nurtu jest to duży wyczyn”[19].
Bark Psychosis, Mogwai, Godspeed! You Black Emperor, Isis, Arab Strap, Battles, Sigur Rós, Low, Explosions in the Sky, Fugazi, …And You Will Know Us by the Trail of Dead, Hammock, Gastr del Sol, Bedhead, June of 44, Rothko, Hirameka Hi-Fi, Codeine, Dirty Three, Rodan, English Teacher, Seam, Black Midi, Tristeza, The xx, Karate, Huggy Bear, Rex, Sunny Day Real Estate, Foxhole, La Dispute, 65daysofstatic, The Sea and Cake, Foals, Media Jeweler, Shipping News, Vulture Feather, Bitch Magnet, The New Year, Engine Kid, Billie Mahonie, A Minor Forest, Bleach Lab, Long Fin Killie, Polvo, Sweep The Leg Johnny, Tsunami, Black Country, New Road, Cole, Guided by Voices, Roadside Monument, Sprain, The Fauves, Barrel – modus operandi każdego z tych wykonawców można prześledzić z powrotem do Slinta (w pewnym stopniu także do Talk Talk, którzy stosowali analogiczne metody w tym samym przedziale czasowym, tyle że po drugiej stronie Atlantyku).
Kult tajemniczego zespołu, który uległ rozwiązaniu, zanim naprawdę rozwinął skrzydła – podsycany także przez mity i plotki o zamknięciu jednego z muzyków w szpitalu psychiatrycznym niedługo po sesjach do „Spiderland”[20] – urósł do tak wielkich rozmiarów, że w 2005 roku McMahan, Walford i Pajo reaktywowali Slinta (bez Brasheara i Bucklera) z okazji festiwalu All Tomorrow’s Parties. Dwa lata później wyruszyli w trasę koncertową, podczas której zaprezentowali zawartość „Spiderland” (McMahan doszedł do wniosku, że „eksploatowanie starej muzyki jest w złym guście”). Od tamtej pory schodzili się jeszcze kilka razy, ale tylko na występy. Choć w setliście znalazł się premierowy utwór „King’s Approach”, a McMahan nie wykluczał publikacji płyty albo epki, to jednak Walford zaznaczał, że „zdecydowanie nie ma nowych kawałów”. „Nigdy o tym nie rozmawiamy” – uściślał Pajo. I dodawał: „Wierzę, że już nigdy więcej nie nagramy takiego albumu, jak »Spiderland«”.