15 listopada 2018
bodyguard

Głęboki oddech („Killing Eve”, „Bodyguard”)

Zarówno „Bodyguard”, jak i – pół roku wcześniejszy serial – „Killing Eve” charakteryzują się cechami, które nieczęsto idą w parze. Zwięzłość, psychologiczne skomplikowanie, wartka policyjna i detektywistyczna akcja, realizm przedstawienia połączony z wyrazistym konceptem narracyjnym. Wskutek odejścia od schematu procedurali obie brytyjskie produkcje mają wiele do zaoferowania. Rozrywka na najwyższym poziomie współgra tu z telewizyjną i światopoglądową postępowością.

Wyjątkowa i niemająca precedensu rola Sandry Oh jako Eve Polastri – kobiety wykonującej przede wszystkim „biurowe” prace dla brytyjskich służb bezpieczeństwa – jest pierwszym i może najważniejszym powodem, dla którego nie warto pominąć „Killing Eve”. Serial miał premierę w maju tego roku, nie spotkał się jednak dotąd w Polsce z wielkim zainteresowaniem. Nie powinno to zresztą szczególnie dziwić, brytyjskie seriale dramatyczne z kryminalnym czy policyjnym wątkiem przewodnim ze zmiennym szczęściem zyskują u nas zainteresowanie, by wspomnieć choćby wielki sukces „Line of Duty” w rodzimym kontekście, u nas serial posiada – mimo wysokich not – relatywnie niewielką widownię. Trudno powiedzieć, czy problem tkwi w formalnej niepozorności produkcji (podobna sytuacja ma miejsce w przypadku „Happy Valley”), czy preferencji polskich widzów na spektakularne i nieco przeestetyzowane i podkręcone psychologicznie seriale (tu choćby „The Fall”). Wspominam o „Line of Duty” nie tylko ze względu na mój fanowski stosunek do tego serialu, ale z uwagi na Jeda Mercurio, jego twórcę, który odpowiada także za „Bodyguarda”. Jest to zresztą nie do przegapienia. Podobny schemat fabularny, podobna kreacja wewnętrznych wrogów instytucji, wreszcie podobne zakręty psychologiczne głównych bohaterów. O ile jednak „Line of Duty” doprowadziło tę strategię do perfekcji, tworząc może najbardziej skupiony na materialności i wielopoziomowości śledztwa serial ostatnich lat, o tyle „Bodyguard” przez swój bondowski niemal klimat zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi pomiędzy porządnym kryminałem o współczesnych zagrożeniach terrorystycznych a spektakularnymi atrakcjami znanymi raczej z kasowych filmów.

Tytułowym bohaterem serialu jest David Budd (w tej roli obdarzony kamienną twarzą Richard Madden), były żołnierz zmagający się z PTSD, który zostaje ochroniarzem Home Secretary (osoba odpowiedzialna za kwestie bezpieczeństwa kraju; odpowiednik w Polsce to MSW) – Julii Montague. Cała seria powiązanych ze sobą wątków terrorystycznych nie przesłania jednak głębszej diagnozy. Serial jest wielopoziomowy narracyjnie, ale także porusza szereg tematów powiązanych z głównym wątkiem. Zastanawia na przykład strategia pokazania wyraźnej feminizacji urzędów, niespotykanej jeszcze na taką skalę w rzeczywistości. To bardzo ciekawy i śmiały zabieg – zamiast permanentnych zmagań z politycznym i policyjnym patriarchatem (doskonale pokazanym w „Line of Duty”), twórcy zdecydowali się na śmiałe przesunięcie i zrealizowanie tego, co w nieco kuriozalnej wersji decyduje się zrobić Claire Underwood w ostatnim sezonie „House of Cards”. Wprowadzenie tak wielu kobiet ustępuje znaczeniu obsadzenia w głównej roli Keeley Hawes zamiast posępnego starego mężczyzny. Kontrowersyjna polityczka, jej działania i decyzje dotyczące bezpieczeństwa wewnętrznego są zasadniczym tematem pierwszej części sześcioodcinkowego serialu. Dalszy rozwój akcji, który komplikują osobiste zaangażowania i relacje, nie przesłania publicznego wymiaru jej działań. To istotna zaleta „Bodyguarda”, który potrafi utrzymać wielowątkowość czy też złożoność historii bez rezygnacji z napięcia. Ostatnie odcinki pod tym względem oferują satysfakcjonujące widowisko, przypominające najlepsze momenty serialu „Bron/Broen” („Most nad Sundem” – przyp. red.). Interesującym kontekstem całości jest nie tyle sytuacja UK w obliczu zagrożenia terrorystycznego, ile środowisko weteranów wojennych, którzy nie znajdują spokoju po powrocie do domu oraz spiski wewnętrzne stanowiące większe zagrożenia niż zagraniczni terroryści. Jestem jednak przekonana, że dla niemających w żywej pamięci „Line of Duty” serial będzie jeszcze bardziej interesujący i – nade wszystko – zaskakujący. W tym sensie „Bodyguard” wydaje się doskonałym produktem eksportowym, czerpiącym z brytyjskiego stylu seriali kryminalnych, ale nadal łaskoczącym widza, który ceni glamour, piękne stroje i może nazbyt precyzyjnie konstruowany dramat.

 

 

Podczas gdy „Bodyguard” to ciekawe odświeżenie porządnego, tradycyjnego brytyjskiego dramatu kryminalnego, „Killing Eve” zdaje się eksplorować nieznane telewizji obszary. Zaskakującą informacją może być nazwisko twórczyni serialu: Phoebe Waller-Bridge znanej choćby z niedawnego „Fleabag”. Dodajmy – nie mającego z dramatem z Sandrą Oh wiele wspólnego, zarówno pod względem estetycznym, jak i tematycznym. „Killing Eve” to szalony pod każdym względem projekt: dramat psychologiczny z elementami thrillera i dramatu obyczajowego; mrocznego śledztwa, które przeplatane jest zaskakującym i niepokojącym poczuciem humoru; dwie niezwykłe główne bohaterki, którym towarzyszą zaskakująco tradycyjne postaci męskie (mąż-Polak oraz brutalny przełożony, w którego wciela się znany z „Bron/Broen” Kim Bodnia). Mimo że od premiery „Killing Eve” minęło już parę miesięcy, wydaje mi się jednak serialem na tyle oryginalnym wśród tegorocznych premier, że warto poświęcić mu chwilę uwagi jeszcze przed drugim sezonem zaplanowanym na przyszły rok. To skądinąd zaskakująca decyzja – serial stanowi w swojej ośmioodcinkowej wersji doskonałą całość.

Znudzona i niedoceniona w swojej pracy Eve Polastri zdradza nie tylko inteligencję i błyskotliwość, ale także desperackie niemal pragnienie wyrwania się z nudnej rutyny w pracy. Kiedy trafia na trop Villanelle (w tej roli Jodie Comer), jej życie i praca nabierają rumieńców. Tropienie seryjnej morderczyni okazuje się bardzo szybko właściwie lustrzaną grą – nie tylko Eve tropi Villanelle, ale i ta druga zaczyna fascynować się śledczą. Ich działania są złożone i nieoczywiste, także dlatego, że po drodze trup się ściele, wewnętrzne napięcia w służbach dają o sobie znać, a przemoc w życiu i pracy Villanelle kontrapunktowana jest przez jej upodobanie do zbytku i luksusu. Całość serialu wykreowana przez Waller-Bridge jest bardzo osobliwa przede wszystkim na poziomie emocjonalno-estetycznym. Nieoczywisty rytm serialu połączony z przenikającą każdą scenę ironią tworzy wybuchową mieszankę. Paradoksalnie jednak to skomplikowanie serialu i pewnego rodzaju „usztucznienie” niektórych scen czy dialogów podkreśla najbardziej nieprzenikniony wymiar serialu, który określiłabym thrillerem psychologicznym. To, co można by było postrzegać jako uchybienia w realizmie, uważałabym raczej za próbę wybicia się tego dramatu z ustalonych (i co tu dużo mówić: męskich) kolein i schematów. Napięcie, jakie wytwarza się w scenie przebieranek, otrzymywania podarunków w postaci ekskluzywnej odzieży od poszukiwanej morderczyni, stanowi absolutne novum w sposobie kreowania dramatów tego gatunku.

W przeciwieństwie do „The Fall”, tutaj wzajemna fascynacja tropiącej i tropionej nie wydaje się naddatkiem, nierzadko niewiarygodnym czy naiwnie konstruowanym. To modus vivendi całego serialu. I o ile Bodyguard” doskonale sprawdza się w swojej bezpośredniości czy dosłowności w kreowaniu napięcia (ryzyko wybuchu, pościg, błędny cel), o tyle „Killing Eve” staje się obsesyjnym dramatem, w którym napięcie obejmuje także najmniej oczywiste wymiary śledztwa. Niektóre, nieco dziwaczne, sceny jak te w rosyjskim więzieniu czy w rosyjskim hotelu (tu znakomita kwestia Polastri, która orientuje się, że aroganckim tonem można właściwie wszystko uzyskać) dodają do całego serialu coś, co stanowi o jego sile. Do wszystkich psychopatów z kryminałów ostatnich lat dołącza duet Polastri/Villanelle, zmieniający nie trajektorię śledztwa, ale reguły gry obowiązujące w dramacie tego rodzaju. Nazwałabym ten wariant czymś w rodzaju disturbing drama. To bowiem nie napięcie, a niepokój stanowi tu najważniejszą emocję.

 

„Bodyguard”
twórca: Jed Mercurio
Netflix

„Killing Eve” („Obsesja Eve”)
twórca: Phoebe Waller-Bridge
BBC

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...