Archiwum
14.01.2021

Nieznośna lekkość krytyki Oświecenia

Andrzej W. Nowak
Społeczeństwo Literatura

Kiedy szedłem do teatru na „Wielkiego Fryderyka”, czułem pewien niepokój. Onieśmielenie wynikało zarówno z czasu trwania spektaklu (ponad cztery godziny!), jak i tematyki. Fryderyk Wielki to niełatwy bohater; brawurowa gra Jana Peszka wydobyła ze Starego Fryca psychologiczny portret starzejącego się króla, ale też kluczowe dla dramatu Adolfa Nowaczyńskiego napięcie pomiędzy polską tożsamością narodową a impulsem oświeceniowym i modernistycznym, który przychodzi w zewnętrznej, imperialistycznej postaci. Fryderyk to z jednej strony rozbierający kraj pruski despota, z drugiej modernizacyjny wzór. Realizm polityczny Nowaczyńskiego dowodzi, że aby przetrwać, potrzeba obu. Z jednej strony, że w modernizującej się osiemnastowiecznej Europie nie ma miejsca dla Irokezów Europy, zasklepionych w kultywowaniu sarmackich mitów, podtrzymywaniu niewolniczego pańszczyźnianego ustroju gospodarczego, pozostających na łasce religijnych zabobonów. Z drugiej: że potrzeba krytycznego dystansu do Fryderyka Wielkiego, przecież nazbyt pośpieszne uleganie zewnętrznie sterowanym impulsom modernizacyjnym i oświeceniowym może oznaczać utratę suwerenności i autonomii.

I pamięć o tym właśnie spektaklu towarzyszyła mi w trakcie lektury książki Larry’ego Wolffa „Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia”. Szukałem w postaciach często przywoływanych w książce „Wielkich” oświeceniowych autokratów – Katarzyny i Fryderyka – równie dwuznacznych scen i symboli, ilustracji napięć i sprzeczności. Rodzenie się Europy Wschodniej „z ducha Oświecenia” w wersji Larry’ego Wolffa takich napięć niestety nie oferuje. Wolff – który pisał swą książkę w gorącej atmosferze wczesnych lat dziewięćdziesiątych – przedstawiając katalog stereotypów, uprzedzeń, błędów i idiosynkrazji, jakie podzielali zachodnioeuropejscy podróżnicy i myśliciele epoki Oświecenia, uległ bowiem swoistej wschodomanii. Obszerna, ponad sześćsetstronicowa książka stanowi katalog skarg i zażaleń na zachodnie i oświeceniowe krzywdzące, często rasistowskie, stereotypy. Wolff konstruuje swą pracę analogicznie do „Orientalizmu” Saida, z tą różnicą, że stara się odtworzyć nie Wschód ale Wschodnią Europę.

Lektura może bawić, anegdoty są soczyste, przywoływane opisy kuriozalne w swej ignorancji. A katalog przywar oświeceniowych filozofów i podróżników może dawać złośliwe poczucie satysfakcji. Tyle tylko, że owe przyjemności słabną, gdy dopuści się do głosu inną myśl. Od początku lektury nie dawało mi spokoju niepokojące pytanie: jak można przeczytać tę książkę dziś, dwadzieścia lat po jej powstaniu. Czy dzisiaj jej antyoświeceniowy ton „pracuje” tak samo, jak w czasie, w którym była pisana?

Kapitalizm – wielki nieobecny

Wolff pisze potoczyście, barokowo (choć może nazbyt często powtarza pewne motywy i anegdoty), stąd też lektura uwodzi, czaruje. Gorzej, gdy odrzemy ją z uroku sprawnego warsztatu literackiego i poddamy analitycznemu rozbiorowi. Pojawia się wtedy kilka zasadniczych, niepokojących w swych konsekwencjach pytań.

Wolff narodziny Europy Wschodniej wiąże jednoznacznie z „dyskursem”, z wytworzeniem wraz z refleksją oświeceniową pojęć, słownika, reprezentacji. To pycha epoki rozumu – z jej manią dzielenia, klasyfikacji, mapowania – ma być, zdaniem autora, odpowiedzialna za wytworzenie wielkiej europejskiej różnicy pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią. Zgoda; tyle tylko, że Wolff porusza się tu jedynie na poziomie epistemologii. W całej książce nie zadaje sobie prostego pytania: czy ów dyskurs jednak nie odpowiadał jakiejś rzeczywistości? Oczywiście nic nie usprawiedliwia pełnych pychy, uprzedzeń, orientalizacji sądów Casanovy, Woltera, Diderota; tylko czy nie przypisujemy im zbyt wielkiej wagi, czyniąc odpowiedzialnymi za podzielenie Europy na dwie części?

Owszem, dyskurs jest ważny, pojęcia również, ale czy nie warto zapytać także o materialność, warunki ekonomiczne, a zatem o ontologię? Trop ten pojawia się na początku książki, gdy bardzo krótko – na dwóch stronach (sic!) –Wolff streszcza tezę Immanuela Wallersteina o ekonomicznej genezie wielkiego podziału. Zarzutem nie jest nawet fakt, że to, co zajmowało całe życie badawcze takich osób jak Witold Kula, Marian Małowist, Jerzy Topolski czy wspomniany Wallerstein, staje się tu wzmianką (uznać można, że w pracy badawczej rozmaite koncepcje cudze poddawane są czasem upraszczającej syntezie). Tyle tylko, że tym razem redukcji uległa perspektywa kluczowa dla tematu, a uproszczeniu ujęcia często wchodzące z sobą w polemikę. Wedle nich Europa Środkowa zaczęła się różnić w tak zwanym długim szesnastym stuleciu. Fernand Braudel i Lucien Febvre określili, że rozciągało się ono od 1450 do 1650 roku. Wtedy to w wyniku splotu wielu czynników – epidemii dżumy, wyludnienia Europy Zachodniej – doszło do zapoczątkowania pewnego układu wymiany handlowej, który zaowocował rosnącym „rozwojem niedorozwoju”. W efekcie tego Europa Zachodnia stała się centrum kapitalistycznego systemu-świata, a Europa Wschodnia (analogicznie do Ameryki Łacińskiej) jego pierwszą peryferią. W tak zarysowanej perspektywie to, co opisują oświeceniowi myśliciele i podróżnicy, nie jest „endemicznym” zacofaniem naszej części świata, ale efektem trzystu lat nawarstwiania się struktur wyzysku: zarówno tego zewnętrznego, opartego o nierówną wymianę towarową, jak i wewnętrznego – systemu pańszczyzny, który był przez ten pierwszy utrwalany.

Posługując się ujęciem zależnościowym (Małowist, Wallerstein), możemy oskarżać myślicieli oświeceniowych, że nie zauważali, iż kapitalistyczny rozwój już spustoszył regiony, które oni dopiero odkrywali. Tylko że takiego zarzutu nigdzie nie stawia Larry Wolff. Z prostego powodu: w jego aparacie nie ma na to miejsca. Kulturalistyczna i relatywistyczna perspektywa autora nie pozwala na krytykę kapitalizmu; jest on (kapitalizm) zresztą wielkim nieobecnym całej książki. A krytyka w niej zawarta sprowadza się do wersji postmodernistycznej polityki tożsamości. I jest to tak samo nużące, jak powtarzane krytyki Oświecenia. Owszem, warto zauważyć, że „ci na Zachodzie” mówili brzydkie rzeczy o „tych na Wschodzie”, oraz że wiązało się to z przebiegunowaniem Europy, w której Rosja (i Polska) przestały być krajami Północy i stały się Wschodem. Tyle tylko, że to nie wystarczy. A w opowieści Wolffa po prostu następuje zamiana znaków – ot, nie należy już „brzydko” mówić o Europie Wschodniej i pozwolić jej być.

Czy tylko oświeceniowcy mają „imperialno-orientalistyczne oko”?

I tu wkracza drugi kłopotliwy (przypomnę, pierwszym był brak: ontologii, analiz materialnych i kapitalizmu) element książki. Oświecenie jest traktowane zamiennie z „zachodniością” i traktowane przez Wolffa jednoznacznie jako import czegoś obcego na „Wschód”. Postacie lokalne, które chcą się oświecać, nie są reprezentowane (taki był wyrażony wprost zamysł książki). Wolff lokalnych przedstawicieli Oświecenia w taki sposób odpodmiotawia, choć czyni to w szlachetnej intencji ukazywania w nich ofiar Zachodu. W tej perspektywie znika jednak zupełnie dyskusja o tym, czy Europa Wschodnia potrzebowała – i co więcej: czy chciała – Oświecenia. Wolff nigdzie tego pytania nie stawia. Równolegle pojawia się więc problem kolejny (trzeci): owszem, oświeceniowcy grzeszyli pychą „imperialnego oka”, które uprzedmiotawiało wschodnioeuropejskiego Innego, tylko że nie wiemy z lektury, czy takich przywar nie posiadali również przedstawiciele innych grup społecznych i światopoglądów. Wiemy, że mason i libertyn Mozart naśmiewał się z brzmienia języka czeskiego, podczas podróży do Pragi określając żonę Szablą Pumfa, a reszcie podróżującej świty nadając równie kuriozalne przydomki. Chciałbym się jednak dowiedzieć, co wtedy o Czechach (a szerzej: o Europie Środkowej i Wschodniej) myśleli na przykład przedstawiciele kleru, nuncjusze papiescy, reakcyjna arystokracja, rodząca się burżuazja protoprzemysłowa. Czy aby na pewno to jedynie oświeceniowy rozum ma imperialno-orientalistyczną skazę? A może jest tak, że była ona powszechna i oświeceniowcy – pomimo swego wysiłku „przynoszenia światła” – także ją podzielali? W takich momentach książka Wolffa niepokoi mnie podwójnie, gdyż odnoszę wrażenie, że dziś, wbrew intencji autora, wspiera kontroświecenie. Widać to na przykład w trakcie lektury fragmentów analizujących Woltera i Rousseau. Pierwszy jest jednoznacznie oświeceniowy i – w imię rządów rozumu – do granic bezwstydu komplementuje Katarzynę Wielką, podczas gdy drugi zachwala broniących kościoła katolickiego i szlachty konfederatów barskich. Wolff, kreśląc swą narrację, zdaje się bliżej antyrosyjskiego Rousseau i rysuje dość ciepły obraz konfederatów. Pewnie pobrzmiewa gdzieś tu „duch czasów” (atmosfera w okresie pisania książki) – nietrudno zauważyć, że aż za łatwo despotyczna Rosja Katarzyny Wielkiej przywodzi na myśl ZSRR, a konfederaci barscy ucieleśniają niepodległościowego ducha polskiej Solidarności. Tylko dziś widzimy, że flirt Solidarności z kościołem katolickim skończył się najbardziej antywolnościowymi prawami reprodukcyjnymi na kontynencie europejskim i cofnięciem wielu zdobyczy oświeceniowych, które zawdzięczamy PRL-owi. Ktoś może zarzucić mi, że nazbyt pośpiesznie narzuciłem owo porównanie. Robię to celowo, świadom ryzyka, gdyż w tym punkcie ujawnia się najbardziej znacząca, jak sądzę, słabość książki Wolffa: nie próbuje on w żaden sposób być, nawet nie tyle sprzymierzeńcem, ile choćby życzliwym recenzentem poczynań lokalnych wschodnio- i środkowoeuropejskich oświeconych. Bo – wbrew przyjętej w książce perspektywie – nie było jednego Oświecenia. Nie tylko Francuzi oświecali, czynili to też choćby Niemcy czy Szkoci. W wielu krajach także „czynniki” lokalne dążyły do tego, aby mniejsza była samowola władców, aby obywatele mieli stabilne prawodawstwo, aby powstrzymać rządy kleru.

Dwuznaczny urok paktu

Modernizacja to przecież także impuls wewnętrzny: chęć poprawienia dobrostanu, podniesienia poziomu życia, pokonania sił „wstecznych” i reakcyjnych. Oświeceniowcy i modernizatorzy w krajach peryferyjnych i półperyferyjnych nie mają jednak łatwego życia. Oskarżenia o bycie agentem obcych sił czy chęć wynarodowienia są na porządku dziennym. Walka z antyoświeceniowymi i antymodernizacyjnymi siłami wewnętrznymi często oznacza konieczność zawierania bardzo dwuznacznych sojuszy. Takich jak wielokrotnie pojawiający się na kartach książki sojusz Oświecenia z monarchami absolutystycznymi. Umizgi Woltera do Katarzyny Wielkiej czy pochlebstwa Kanta w stosunku do Fryderyka Wielkiego mogą się wydawać niesmaczne. Warto jednak spytać, w imię czego były wypowiadane? Może owi „oświeceni lizusi” nie byli wcale naiwni ani głupi, może dobrze wiedzieli, że o naukę, postęp, wolność trzeba walczyć (i ponosić w owych potyczkach ofiary). Może oświeceniowcy, wbrew treści swych pism, wcale nie byli tacy pewni istnienia jednoznacznego „pochodu ducha poprzez dzieje”. Rozterki Woltera przypominają sojusze lewicy zachodniej z ZSRR, która widziała w Stalinie opatrzność dużo dłużej niż mieszkańcy Europy Wschodniej. Tyle tylko, że gdybyście przenieśli się w wehikule czasu do XVIII wieku, to kogo byście wybrali? Katarzynę Wielką czy konfederację barską? Obronę interesów szlachty i Kościoła katolickiego czy rosyjską oświeconą, choć despotyczną carycę (która między innymi nadała prawo o równouprawnieniu dla innowierców będące zresztą jedną z głównych przyczyn oporu konfederatów)?. Książka Wolffa jest napisana pod wpływem liberalnej euforii wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy wydawało się, zgodnie z proroctwem Fukuyamy, że musi zwyciężyć wigowska wizja historii, że postęp toczy się sam, o ile nie hamują go radykalizmy. Dziś wiemy, że niekoniecznie. Postęp okazał się dużo bardziej kruchy i nie broni się sam. Widać to wyraźnie po tygodniach demonstracji, w których kobiety ruszyły do walki o elementarne prawa człowieka. I znów, szczególnie na lewym skrzydle Strajku Kobiet, wróciły z całą mocą wspomniane wyżej dylematy. Czy mamy się solidaryzować z liberalną, kapitalistyczną Unią Europejską? Czy mamy się cieszyć z tego, że wciąż da się, choćby częściowo, wpływać na sytuację lokalną poprzez odwołanie do zewnętrznego porządku prawa międzynarodowego? Ile z nas miało, choć przez chwilę, pokusę, aby Unia Europejska stała się tym, czym jest w prawicowych fantazjach: querrowo-feministyczno-socjalistystyczno-oświeconą dyktaturą? Czy zderzając się kolejny raz z sojuszem folwarcznego kapitalizmu i klerykalizmu, nie rozumiemy lepiej słynnej wypowiedzi Krońskiego:

Kto daje nam gwarancję, że ten ustrój, który umożliwia wolność i postęp, przejdzie przez wszystkie niebezpieczeństwa? Na kim się opieramy? Górnicy, część robotników i nawet Żydów (myślę, że nie więcej jak 20%). Że większość jest jeszcze przeciw nam, to dlatego mamy zrezygnować z takiej szansy historycznej. No więc i ja czasem celowo daję się ponieść temperamentowi: My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji[1].

Oczywiście: Oświecenie, które związało sojusz z monarchią absolutną, czy komunistyczne marzenie, które umarło w sojuszu ze stalinowską dyktaturą, nie są rozwiązaniem. Tyle tylko, że zostawienie rzeczy własnemu biegowi nie rozwiązuje sprawy. Rzeczywistość nie naprawia się sama, prawa nie wywalczą się same, wolności również nie. A walka o nie wymaga często dwuznacznych sojuszy[2].

Gdybym miał zdefiniować „nowoczesność” możliwie syntetycznie, określiłbym ją jako dziedzictwo oświecenia i konsekwencje kapitalizmu. Czy szukając alternatywnej nowoczesności, która upora się z negatywnymi skutkami kapitalizmu (a w wersji optymistycznej: przezwycięży go), w „Wynalezieniu Europy Wschodniej” znajdziemy sojusznika?

Czy możliwe jest półperyferyjne suwerenne Oświecenie?

Pomimo powyższej krytyki, książka Wolffa pozostaje na pewnym poziomie cenna: jasno i wyraźnie pokazuje, w jaki sposób Oświecenie w swoim postrzeganiu konstruowania Europy Wschodniej było uwikłanie w rasizm, orientalizm i splecione z zachodnioeuropejskim imperializmem. W związku z tym widać wyraźnie, że półperyferyjny projekt oświeceniowy zmagać się musi z dwoma wrogami – protekcjonalnym rasizującym Zachodem oraz lokalnymi etniczno-nacjonalistycznymi politykami tożsamości, które ratunku szukają w jakiejś formie narodowej suwerenności. Tyle tylko, że ta ostatnia nie oznacza zwykle uwolnienia się od okowów kapitalizmu, czy od władzy globalnej instytucji religijnej, jaką jest kościół katolicki, a jedynie zdarcie oświeceniowej otoczki. „Wynalezienie Europy Wschodniej” jest lekturą bolesną dla półperyferyjnego oświeceniowca, ale nie będzie taką dla nacjonalisty. Ten znajdzie w książce Wolffa potwierdzenie swoich antyzachodnich i antyoświeceniowych fobii. To także wspaniały prezent dla nacjonalistycznych i klerykalnych krytyków Unii Europejskiej – bo po prostej podmianie paru tropów mogą dowodzić, że dzisiejsze dyrektywy unijne, prawa kobiet i osób LGBT, wskazywanie na praworządność i trójpodział praw to kontynuacja oświeceniowej rasistowskiej polityki cywilizowania Wschodu.

Tak, oświeceniowcy – tacy jak Kant czy Herder – napisali sporo rasistowskich bzdur o Słowianach; owszem, dla Katarzyny i Fryderyka podbój Polski był jedną ze składowych tworzących ich imperialną „wielkość”. Jednak najważniejsze pytanie, którego Larry Wolff nie stawia, brzmi: jak jest możliwe alternatywne półperyferyjne Oświecenie? I wydaje mi się, że wiem, czemu autorowi nie udało się tego pytania postawić – przeszkodził mu w tym głęboko antykomunistyczny ton książki. Gdyby nie to, może dostrzegłby, że „realne socjalizmy” były właśnie taką próbą alternatywnego „samowymyślenia się” Europy Wschodniej. „Socjalizmy realne” były próbą stworzenia Oświecenia bez Europy Zachodniej i częściowo przeciw niej. Chciały być wielkim dowodem, że „dogonimy i przegonimy”. I częściowo się udało. To radziecki Sputnik upokorzył USA, wskazując, że w wyścigu kosmicznym są tym „goniącym”; to (dziś już postkomunistyczna) Kuba jest eksporterem pomocy medycznej; to polski ekonomista Michał Kalecki w Departamencie Ekonomicznym Sekretariatu ONZ projektował plany rozwoju gospodarczego dla wielu krajów. Ślady tego globalnego socjalizmu i jego ambicji do dziś możemy odnaleźć w rozsianych po Trzecim Świecie budynkach szpitali, szkół, fabryk.

Ale ostatecznie skończyło się porażką. Częściowo pewnie dlatego, że nie udało się w ciągu kilkudziesięciu lat przezwyciężyć nierówności strukturalnych, które kumulowały się przez lat kilkaset. Po części także dlatego, że wyobraźnię półperyferyjną pętało poczucie kompleksu wobec Zachodu. Wreszcie po trosze dlatego, że z owym Zachodem „socjalizmy realne” toczyły jak najbardziej prawdziwą, choć zimną wojnę. W niej, jak pokazuje Larry Wolff, strona zachodnia (choćby i ustami Zbigniewa Brzezińskiego) nie wahała się zdefiniować konfliktu w kategoriach wojny cywilizacji z barbarią.

W tym sensie zgadzam się z Larrym Wolffem i jego książką – warto poznać wyobrażenia oświeceniowego Zachodu po to, by się wyzwolić ze złudzeń. Oświecenie zachodnie jest uwikłane w imperialne stosunki władzy i panowania. Tyle tylko, że – jak pokazywał Hegel – nie da się łatwo wyzwolić ze stosunków władzy i panowania i zbudowanych przez nie definicji. Wyzwolenie nie może polegać na prostej zamianie ról, czy równie prostym reakcyjnym sprzeciwie. To sam układ przemocy musi zostać zniesiony poprzez zapośredniczenie w czymś bardziej uniwersalnym. I tu znów wrócić musimy do komunistycznego marzenia i prób jego realizacji. Marks i Engels uznawali zdobycze Oświecenia i burżuazyjnej rewolucji za ważny wkład w postęp ludzkiej wolności. Z tą różnicą, że był to krok niedostateczny, wyzwolenie ze stosunków feudalnej przemocy przeistoczyło się w zniewolenie kapitalistyczne. Stąd koniecznym dopełnieniem programu Oświecenia winien być krok kolejny – rozciągnięcie sfery wolności nie tylko na sferę polityki i prawa, ale także na sferę ekonomii i życia społecznego.

Książka „Wynalezienie Europy Wschodniej” jest w tym sensie książką niebezpieczną. Posłużyć może bowiem do gaszenia wątłego dziś płomienia myśli oświeceniowej i do cofnięcia nawet tych wątłych zdobyczy, które przyniosła rewolucja burżuazyjna. Myślicie, że przesadzam? Cóż, neoliberalny kapitalizm obywa się w Polsce bez Oświecenia świetnie, feudalne i neopańszczyźnianie czy niewolnicze stosunki pracy nie są dziś czymś rzadkim. W roku pandemii opór wobec idei szczepień dzieli społeczeństwo na pół, a publiczne odczytanie Condorceta czy Diderota na demonstracji czy w teatrze mogłoby się w Polsce skończyć procesem o znieważenie uczuć religijnych. Jak jednak mówił (może nazbyt optymistycznie) Hölderlin: „Lecz gdzie jest niebezpieczeństwo, wzrasta / Także to, co ocala”. Gdy widoczne są skutki cofania się zdobyczy oświeceniowych, wtedy i widać, że nie były one dane raz na zawsze, a zatem: że trzeba o nie walczyć. I w takiej perspektywie warto przeczytać „Wynalezienie Europy Wschodniej” – jako antidotum na naiwne autokolonialne, naśladowcze szukanie Oświecenia „na Zachodzie”. Warto po nie sięgnąć, by zapytać, czy możliwe jest znów zawalczenie nie tylko o suwerenne półperyferyjne Oświecenie, ale o zniesienie go w bardziej akceleracjonistycznym i uniwersalistycznym projekcie.

Larry Wolff, Wynalezienie Europy Wschodniej. Mapa cywilizacji w dobie Oświecenia
Przekł. Tomasz Bieroń
Międzynarodowe Centrum Kultury
Kraków 2020

_______________________________________

Przypisy:

[1] T. Kroński do Cz. Miłosza, 7 grudnia 1948, w: Cz. Miłosz, Zaraz po wojnie. Korespondencja z pisarzami 1945-1950, Wydawnictwo Znak, Kraków 1999.

[2] Dla przykładu przypomnę, że w międzywojennej w Polsce tak elementarny wynalazek jak drewniany wychodek – sławojka – i jego upowszechnienie, a także bielenie chat, zawdzięczamy Sławojowi Felicjanowi Składkowskiemu, który z jednej strony zasłynął „misją cywilizacyjną”, z drugiej był apologetą dyktatorskiej władzy Józefa Piłsudskiego.