bendyk_tlo_www

Manifest apokaloptymistyczny

W filmie Larsa von Triera „Melancholia” cierpiąca na depresję bohaterka okazuje się reagować najspokojniej w obliczu zagłady całej planety. Gdy dochodzi do apokaliptycznego finału, pozostaje spokojna, opanowana, pogodzona z sytuacją. Dzięki temu pomaga innym oraz sobie: znajduje siłę, aby zbudować z patyków kruchą przystań – symboliczny schron w obliczu nieuchronnego. Zupełnie inaczej zachowuje się kolejny bohater – ten, który z pasją amatorskiego astronoma mierzy wielkość zbliżającej się planety-Zagłady. Stara się on oswoić to, co nieuchronne, przy pomocy prymitywnej metrologii – drucianej pętli na patyku. Wciąż ufa, że gdy coś zmierzy, uda mu się nad tym zapanować. Gdy jednak nieuchronność apokalipsy zadaje kłam jego nadziei, popełnia samobójstwo. Możliwość zmierzenia świata okazuje się warunkiem koniecznym, ale niedostatecznym, aby nad światem – w tym wypadku nad apokalipsą – zapanować.

Przywołanie filmu „Melancholia” jest w kontekście pandemii COVID-19 skojarzeniem oczywistym: globalne zagrożenie czające się z oddali i zbliżające nieubłaganie, jego nieokreśloność, lęk, zawieszenie codzienności to doświadczenia, które współdzielimy z bohaterkami i bohaterami filmu. Pamiętajmy jednak, że równie trafnie, a może nawet celniej film von Triera może ilustrować zagrożenie związane ze zmianą klimatyczną. Apokalipsa w pięknej grozie mysterium tremendum uwodzi, zniewala. Potrafi też niczym syrena przywabić nas i spowodować, że zapomnimy o wszystkim.

Edwin Bendyk w swej nowej książce – „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata” – podąża drogą, która częściowo łączy oboje bohaterów „Melancholii”. Prezentuje on nieprzesadny pesymizm rozumu, ale i powściągliwy optymizm woli. Gdyby przełożyć to na język filmowy, to propozycja Bendyka byłaby bohaterem, który monitoruje apokalipsę, zakreśla jej kontury, sprawdza, mierzy, a wszystko po to, aby jednak znaleźć możliwości wymknięcia się z najbardziej negatywnego scenariusza. Tak, to figura paradoksalna, trudna, ale równocześnie pociągająca swoją skromną heroicznością. Przyznajmy jednak w tym miejscu, że odwołanie do „Melancholii” jest odrobinę mylące – przecież w odróżnieniu od filmu nie wiemy, czy apokalipsa-zagłada czeka nas ze stuprocentową pewnością. Wciąż istnieją prześwity, okno przyszłości jeszcze nie jest zamknięte.

Pandemia COVID-19 to fortunnie niefortunne zdarzenie dla futurologa, jakim jest Edwin Bendyk. Kończąc swą książkę w lutym, oddawał do redakcji zapis dla świata, który dosłownie z dnia na dzień zaczął się gruntowanie zmieniać. Z jednej strony to intrygujące wyzwanie sprawdzać „w czasie rzeczywistym”, czy książka uchwyciła epokę w myślach. Z drugiej jednak sytuacja wywołała zasadny niepokój, że książka stanie się nieadekwatna, zanim pojawi się w księgarniach i zyska szasnę przeczytania. Powiedzmy to od razu: książka Bendyka zniosła tę próbę, dodawane pośpiesznie „korekty koronawirusowe” nie wymagały zmiany zamysłu całości, podstawowe tezy są aktualne.

Jest tak w dużej mierze dlatego, że Bendyk – mimo że mierzy się z zagadnieniami katastrofy klimatycznej, kryzysów ekonomicznych, obserwowanego w Polsce rozkładu politycznego – wystrzega się nut histerycznych. Zarówno wtedy, gdy przedstawia nam przegląd polskich i globalnych wyzwań, jak i wtedy, gdy proponując rozwiązania, stroni od ubierania się w szaty proroka zagłady czy technonaukowego zbawiciela na wzór Iron Mana. Książka napisana jest częściowo w tonie bardzo mi bliskim – pewnie nie obcym też przywoływanej na kartach książki Oldze Tokarczuk – który określam jako „smutek Kasandry”. Bendyk, monitorując zagrożenia klimatyczne, epidemiologiczne, kryzys energetyczny, obserwuje świat zsuwający się coraz bliżej klifu Seneki. Nawiązując do stwierdzenia rzymskiego stoika: „Byłoby to w naszej słabości oraz w naszych trudnościach jakąś pociechą, gdyby wszystko niszczało tak wolno, jak powstaje. Tymczasem zysk wzrasta powoli, a strata spiesznie”, stara się je przełożyć na język aktualnych diagnoz. Podobnie jak Seneka obserwuje, że rozpad nowoczesności (także w wyniku jej własnych przewin), scenariusze upadku, spirale negatywnych konsekwencji wynikające z przeszłych ścieżek złych wyborów dzieją się bardziej pośpiesznie niż budowanie, ratowanie, odnawianie. Bendyk śledzi zarówno globalne, jak i (a nawet: szczególnie) lokalne porażki – sytuacje, w których nie zdołaliśmy zapobiec katastrofie: czy to w wypadku niepotrafiącej się reformować I Rzeczypospolitej, czy to w wypadku nie potrafiącej się pozbyć kompleksu mocarstwowego II RP. Śledzi też wzlot i upadek modernizacyjnej próby, jaką stanowił PRL, który po swoim szczycie w latach 60., w wyniku zbyt długiego podtrzymywania samobójczej strategii energetycznej i wyczerpaniu się wzorców rozwojowych po stagnacji lat 80. zapadł się pod ciężarem nierozwiązanych sprzeczności.

Jednakże kasandryczny smutek wyłaniający się z tej książki nie jest jedynym tonem. Bendyk stara się wskazać drogi wyjścia; pokazać, że w odróżnieniu od mitycznej bohaterki nie jesteśmy przeklęci całkowicie. Przywołanie kategorii wyobraźni, która spina książkę – odwołanie do niej rozpoczyna i kończy wywód – ma być właśnie taką próba odwrócenia klątwy. Jak w terapii uzależnień Bendyk pokazuje nam, że dosięgamy powoli „dna”, ale robi to nie po to, by rozpamiętywać sytuację bezsiły i oddawać się apokaliptycznej rozpaczy, ale po to, by wezwać do wysiłku zdrowienia, autoterapii. Przegrać zawsze można, kolapsologiczne napawanie się katastrofą jest łatwe. „Dystopia is for losers” – dystopia jest dla przegrywów – zdanie kończące przedmowę książki „Catastrophism: The Apocalyptic Politics of Collapse and Rebirth” mogłoby stanowić też motto „W Polsce, czyli wszędzie”. Bendyk, mimo że trzeźwo ocenia nasze szanse, to jednak nie poddaje się nastrojowi marazmu.

Choć przyznać trzeba, że to nie jest łatwe. Panorama problemów globalnych rysowana jest w zestawieniu z ich polskim wariantem. Wielokrotnie podczas lektury chciałoby się wykrzyknąć: „Polska trendsetterem narodów” – tylko że trendy, którym przewodzimy, to nie te, którym chcielibyśmy przewodzić. Pojawiająca się wielokrotnie na kartach książki Tokarczuk odniosła sukces, będąc właśnie glokalną – mówi z konkretnego miejsca, ale wpisuje się w bolączki uniwersalne, globalne. Tego też chce Bendyk w swej książce: mozolnie stara się przechodzić między perspektywami, kolejnymi warstwami analizy. Nie jestem pewien, czy zawsze mu się to udaje, czy nieraz jest to fastryga. Tylko że nic w tym złego. Kluczowe jest rozpoczęcie ruchu myśli, uruchomienie wyobraźni, przechodzenie pomiędzy perspektywami, uczenie się tego, że bez zdolności do analizy lokalnego samorządu miejskiego i jego problemów nie mamy co marzyć o rozwiązaniu problemów globalnych. Ale i na odwrót, mamienie się samorządnością w oderwaniu od dyskusji o globalnych problemach to ułuda, najlepsza recepta na przegraną.

Zderzanie Polski i świata w książce Bendyka pokazuje, że każde rozwiązanie globalne ma swoje usytuowanie, że nie da się „fruwać” z diagnozami i rozwiązaniami, abstrahując od lokalnego usytuowania. Bendyk jednak, korzystając ze swojego dziennikarskiego i aktywistycznego doświadczenia oraz śledząc polskie boje o odzyskanie/zbudowanie(?) miejskości, pokazuje, że specyfika lokalności umyka, gdy pozostaniemy na poziomie diagnoz globalnych. To właśnie z doświadczeniami wywiedzionymi z polityk miejskich, ruchów miejskich, samoorganizacji samorządowej autor książki wiąże część swych nadziei na przyszłość.

Spokojny ton Bendyka i zrównoważona narracja ewidentnie zmieniają się, gdy pisze o sprawach polskich. Opisując państwo PiS, nie traci on umiaru, nie ulega łatwemu odruchowi kibicowskiemu, ale daje się tu odczuć rozeźlenie, zmęczenie krainą budowaną z dykty, związaną gumką i sznurkiem. Bendyk to oświeceniowiec, człowiek nowoczesności, który, gdyby pisał fabuły, pewnie czułby się dobrze, tworząc alternatywną historię Polski – gdzie Kościuszko wygrywa insurekcję pod Racławicami, a Mickiewicza znamy nie jako romantycznego poetę, lecz pisarza science-fiction w stylu Verne’a. Niestety historia wybrała inaczej; Polska od setek lat toczy się w koleinach długiego trwania, odtwarzając grówniany los Ubulandii. „Ubu król, czyli Polacy” to ważne dla Bendyka odwołanie. Globalizacja Ubu, swoiste zmniejszenie napięcia między Polską a „światem” jest możliwe właśnie dlatego, że dziesiątki już lat neoliberalizacji zmieniają większość globu w ubulandię z dykty i sznurka. Trump, brexit, Johnson to swojska Ubulandia, gdzie horyzonty wyobraźni wyznacza pseudokrytyczny okrzyk „grówno”, który nic nie zmienia, ale daje złudzenie sprawstwa.

Wobec tego wydaje się, że pandemia COVID-19 odsłoniła, iż Bendyk – prawdopodobnie patrząc z polskiej perspektywy – być może zbyt szybko pogrzebał nadzieje związane z państwem albo przynajmniej z jakimiś jego wariantami. Skuteczność premierki Nowej Zelandii Jacindy Ardern, skuteczność odwołujących się do komunizmu rządów w Kerali, Wietnamie, Kubie pokazują, że silne, dbające o życie swych obywateli, sprawne państwo wciąż może być „graczem w grze”. Wydaje się, że w tym momencie ujawnia się pewien lęk Bendyka przed „wskokiem w komunizm”. Swoją propozycje formułuje z pozycji lewicowo-liberalnych, chce skoczyć z trampoliny w otchłań możliwości, trzymając się jednak kurczowo poręczy realności. Z jednej strony to cecha całej książki – ostrożne, stoickie podejście do analizy przyszłej apokalipsy i przegląd możliwych szans jej niespełnienia. Z drugiej strony pojawia się niepokojące pytanie: czy stoik może zmobilizować? To chyba problem nierozwiązywalny na kartach jednej książki przez jednego autora. Wymaga on bowiem podziału pracy – ktoś musi siać ziarna gniewu i obrabiać grządkę pracy rewolucyjnej, aby zebrać plon, jakim jest zmiana systemowa, a ktoś inny powinien zajmować się codziennym podlewaniem i pielić chwasty błędów i wypaczeń. Bendyk jednak nie odcina się zupełnie od komunistycznych, socjalistycznych nadziei. Jest przy nich, gdy wspomina projekt Cybersyn – nowatorską próbę zarządzania państwowego w Chile w czasie trwania socjalistycznych rządów Allende – lub gdy przywołuje propozycję zespołu czeskich reformatorów z czasów rządu Aleksandra Dubčeka. Choć Bendyk przywołuje demokratyczny socjalizm jako szansę na przyszłość, to nie artykułuje tego wyraźniej. Może winę za to ponosi wszechobecne w Polsce „tabu antykomunistyczne”, które pęta wyobraźnię i uniemożliwia pomyślenie niemożliwego? Czy tak ważny dla Bendyka Kościuszko nie popełnił grzechu zbytniej ostrożności, gdy powściągał jakobiński żar warszawskich mieszczan?

Pandemia przyśpieszyła złożony proces, doprowadzając nas na rozdroże szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Zbliżaliśmy się już do niego, gdyż zmiany klimatyczne przybliżały nas do kluczowych rozwidleń: gdzie raz podjęte decyzje wyznaczą losy świata na długo. Immanuel Wallerstein w swych książkach pisał o 25–50 latach przestrajania się systemu; czasie, w którym małe decyzje przyniosą w przyszłości duże skutki. Przyznam uczciwie, że gdy zaczynałem ponad dwadzieścia lat swoją przygodę z myślą Wallersteina, fragmenty dotyczące tego punktu „przestrojenia” traktowałem z pobłażliwością, jako pewną idée fixe autora. Dziś z zadziwieniem widzę, że nie mogłem się bardziej pomylić. Rozkołysanie systemu, interregrum – jak określał to Zygmunt Bauman – jest widoczne gołym okiem. Okres, w którym to, co stare, wyczerpało swe możliwości, a nowe się nie narodziło, jest niepokojący, trudny, wymaga uwagi, napiętej wrażliwości i wyobraźni. W świecie fluktuacji nowe wzorce działania, nowe strategie, wizje przyszłości mogą się pojawić niespodziewanie.

Aby móc tę szansę wykorzystać, potrzebujemy treningu wyobraźni i treningu woli. Stoicki „manifest apokaloptymistyczny” Edwina Bendyka stara się nas wyposażyć w dyspozycje kluczowe dziś – trzeźwą diagnozę rzeczywistości, (nieprzesadny) pesymizm rozumu, ale i (roztropny) optymizm woli.

 

Edwin Bendyk, „W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”
Polityka
Warszawa 2020

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...