bekarty_cover_www

Historia rżnięta piłą

Wszystko dobre, co pomaga bojkotować pańszczyznę. Wszystko dozwolone, co zwalnia od przymusowej pracy. Znaleziony w 1874 roku przez Józefa Szujskiego manuskrypt wierszowanego utworu z końca XV wieku tylko z racji klasowego komfortu nazwany został „Satyrą na leniwych chłopów”. W istocie jest to wierszowany opis chłopskiego sabotażu: późnego wychodzenia do pracy na pańskim polu, używania łatwo psujących się narzędzi, zaprzęgania chorego bydła, a generalnie – lekceważenia narzuconych przymusem obowiązków. Utwór, który prędko zrósł się w potocznym imaginarium ze stereotypem tępego, brudnego i leniwego chłopa, obecnie funkcjonuje pod incipitem „Chytrze bydlą z pany kmiecie”. Bydlić znaczyło po staropolsku „postępować”.

Być opieszałym. Lenić się. Pracować ospale. Pustą beczkę podnosić w pięciu chłopa. Celowo uszkadzać narzędzia. Spóźniać się. Nie rozumieć poleceń. Narzekać na wszystko. Przyorywać pańską ziemię, by powiększyć swoje włości. Zakładać sekretne poletka na śródleśnych łąkach. Bez stałego nadzoru każdy chłop jest leniem – otwarcie przestrzegał najpopularniejszy na przełomie XVI i XVII wieku poradnik właścicieli ziemskich, „Gospodarstwo” Anzelma Gostomskiego.

Uchodzić za głupka i ofermę. W „Księdze chamów” Waleriana Nekandy Trepki z początku XVII wieku chłop opisywany jest jako osobnik o tępym wyrazie twarzy, przyrodzonej głupocie, nieobeznany z manierami sfer wyższych. Pewien XVIII-wieczny lekarz przekonywał, że u chłopów „kości w głowie mają kształt pługów i narzędzi rolniczych”. Jak uczynić z takiej persony odpowiedzialnego i systematycznego pracownika?

Wszystko dobre, co pomaga bojkotować pańszczyznę. Wszystko lepsze niż niezawinione poddaństwo. Zbiegostwo do innego pana albo jak najdalej. Wyspecjalizowane kłusownictwo. Czapkowanie, zginanie karku i odsłanianie głowy, ale tak długo i przesadnie, by hołd zamienić w kpinę. Śpiewanie bojowych pieśni. Opowiadanie wykpiwających szlachtę plotek. Snucie bajd, w których biedak okazuje się sprytniejszy od bogacza. Zasłuchiwanie się w gawędach o dalekich stronach, gdzie jest wolność. Straszenie czarami. Używanie magii. Wszystko lepsze od wyzysku, znoju i niesprawiedliwości.

Wiosną 1846 roku, najpierw na łamach „Gazety Wielkiego Xięstwa Poznańskiego”, a potem także „Frankfurter Oberpostamts-Zietung”, francuskiego „Dziennika Narodowego” oraz wielu innych poczytnych pism niemieckich i austriackich rozpisywano się o Jakubie Szeli. Po raz pierwszy w dziejach połowa Europy zaczytywała się w losach polskiego chłopa, który przez ćwierć wieku procesował się ze swoim panem, a po rabacji ustalał plany podziału pańskich gruntów, ustawił warty przy folwarcznym zbożu, by służyło całej społeczności i specjalnym strażom kazał pilnować ziem opuszczonych przez uciekającą szlachtę.

Wszystko lepsze od pańszczyzny… Można by tak jeszcze długo. Tym bardziej że zachętą do takich litanijnych wyliczeń jest książka Michała Rauszera „Bękarty pańszczyzny. Historia buntów chłopskich”. Tytuł otwarcie nawiązuje do filmu Quentina Tarantino, twórcy, który zapisał się w dziejach kina ustanowieniem nowej poetyki: jej elementem niezbywalnym są hektolitry krwi, atakujące słuch decybele krzyków i filmowane z bliska, wyszukane formalnie okrucieństwo. W tym samym kierunku każe spoglądać okładka książki. Zatknięta na długim drzewcu odcięta głowa – nader wyraźna na tle krwawego nieboskłonu – spogląda wprost na umieszczony w prawym rogu tytuł serii „Ludowa historia Polski”. Serii patronuje Przemysław Wielgosz, redaktor naczelny polskiego wydania „Le Monde Diplomatique”. Tom Rauszera cykl inauguruje.

Pańszczyzna. Odcięta głowa. Krwawe niebo. Bękarty. Historia. Polska. Ludowa –  taka wyliczanka. Gdyby jej elementy losowo ze sobą łączyć, rezultat zawsze będzie co najmniej kłopotliwy. I o to chodzi, jak się wydaje. „Książka ta powstała ze złości i frustracji” – stwierdza w pierwszym zdaniu Rauszer. Autor wychował się na wsi, wywodzi z chłopskiej rodziny. Pamięta babcine opowieści o głodzie i znojnej robocie. Tak samo dobrze pamięta też kolejne lekcje historii w kolejnych szkołach na kolejnych szczeblach edukacji. „Nigdzie nie było moich przodków” – kwituje. Historię społeczną dawnej Polski – o ile w ogóle poświęca się jej czas – wciąż przesłaniają obraz sielankowego dworku, splendor zamków, kilim spod Wiednia, pełna literatów kawiarnia. „To proteza przyszyta w miejsce kończyny, którą straciłem, nawet o tym nie wiedząc” – komentuje ten stan autor z zadumą i złością jednocześnie.

W jaki sposób wykorzystał swoje afekty? Chętnie odpowiem od razu: w sposób bardzo efektywny. Oczywiście o pańszczyźnianej niewoli pisali u nas najwięksi, w każdym stuleciu od pojawienia się tego, co eufemistycznie zwane jest gospodarką folwarczno-pańszczyźnianą: Mikołaj Rej w „Rozprawie między panem, wójtem a plebanem” (1543), Szymon Szymonowic w „Żeńcach” (1614), Adam Mickiewicz w „Dziadach” (część II, 1822), Henryk Sienkiewicz w „Janku Muzykancie” (1879), Stefan Żeromski w „Rozdziobią nas kruki, wrony” (1895). Wciąż pamiętam przejmujące frazy Jalu Kurka, już z XX wieku („Grypa szaleje w Naprawie”, 1934): „Poezja wakacyjna rozkołysała zachwyt mieszczuchów nad wsią. Cóż dla nich znaczy wieś? Wiosną – kwiaty, latem – borówki i mleko kwaśne, jesienią – śliwki i grzyby, zimą – nic, najwyżej choinka na Boże Narodzenie. A tu tyle zmartwienia i błota przelewa się w jednym dniu na przestrzeni jednej chałupy […]. Że słońce wstaje? To znaczy, że znowu zaczyna się męka”. Powstały w 2010 roku zespół R.U.T.A. wykrzyczał na trzech płytach chłopskie „pieśni buntu i niedoli”. Daniel Rycharski obwiózł po Polsce swój (anty-)„Pomnik chłopa”. Skutek? Mamy w Polsce muzea średniowiecznych tortur, guzików, siekier, tanich win, a nawet diabła polskiego, nie istnieje za to żadna ekspozycja – o całym muzeum już nie wspominając – poświęcona pięciu wiekom życia milionów kobiet i mężczyzn w systemie pańszczyźnianym. Nadal za to zwiedzamy pałace.

Pańszczyźniana męka miała i ma zbyt wątły kapitał perswazyjny, przegrywając zdecydowanie w tej konkurencji z ulubionym przez Słowian nastrojem – sielanką. „Niech więc nie mylą nas powracające co pewien czas na dworskie ganki fale »zainteresowania« chłopską dolą, mazowieckie wędrówki Oskara Kolberga, programy »zbliżenia do ludu«; niech nas nie mylą solidarystyczne scenki w pozytywistycznych powieściach” – przestrzegał w „Antropologii kultury wsi polskiej XIX wieku” Ludwik Stomma. „Ogromnej większości szlachty odpowiadała formuła »Niech na całym świecie wojna / Byle polska wieś zaciszna / Byle polska wieś spokojna«”.

Rauszer, jak zaznaczyłem przed momentem, przekuł swoją złość i frustrację w bardzo pożyteczne narzędzie. Jasno, zrozumiale i prawie bez zbędnego akademickiego balastu napisał rzecz poświęconą chłopskim buntom w dawnej Polsce, ukazując temat wielostronnie, z dbałością o detal historyczny, szczegół kulturowy, celny rys socjograficzny. Dzięki dobremu przygotowaniu jego twierdzenia – nawet jeśli nie nowe – brzmią inaczej, mocniej.

Przykład? Rauszer przypomina, że panowie „bali się we wsi ruchu” nie bez powodu i niemal bez przerwy. Zabiegi, by polska wieś była spokojna i zaciszna – by przywołać „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego – wynikały z rzeczywistego lęku posiadaczy. Był to lęk przed buntem, przed zemstą, przed zerwaniem się ludu z łańcucha niewoli i przymusu. System pańszczyźniany nie był przez chłopów postrzegany jako porządek naturalny, ale efekt ucisku i skrajnych różnic między klasami. Nie godzili się na szlacheckie prawodawstwo, suplikując często wprost do króla, postrzeganego jako najwyższego strażnika sprawiedliwości.

Antypańszczyźniane wystąpienia chłopskie w graniach Rzeczypospolitej były powtarzalne i regularne od momentu wprowadzenia zaostrzonej pańszczyzny, czyli od XVI wieku. Powstanie Kostki-Napierskiego w 1651 roku. Rebelia chłopska w dobrach cystersów lądzkich z tego samego roku. Bunty chłopskie na Podhalu w latach 1669–1670. Werłan na czele buntowników na dzikich Polach w 1734 roku. Chłopskie bunty na Litwie w 1768 roku. Zbrojne wystąpienie górali z Chochołowa i okolic w 1846 roku.

Mężczyznom pomagały w tym dziele kobiety. W Wielopolu w czasie rabacji na czele jednej ze zbuntowanych grup stała kobieta imieniem Śliwa albo Draganka z Rzegocina. W wielkopolskim Zakrzewie, już podczas uwłaszczenia, chłopskim oporem dowodziła Antczakowa, skonfliktowana z sołtysem, dziedzicem i proboszczem.

Kto wie, czy nie należałoby w związku z tym zaktualizować obowiązującej listy polskich powstań i do bohaterów ze Śląska, Wielkopolski, Warszawy z roku 1794, 1806, 1831, 1846, 1848 i 1863 dopisać imion liderów chłopskich zrywów. Wszak były one – o czym piszę bez krzty ironii – walką o wolność naszą i waszą.

Autor „Bękartów pańszczyzny” twierdzi, że do kosza należy wyrzucić stary, usypiający pogląd, w myśl którego pańszczyzna była zgodna z duchem czasu czy też po prostu zagnieżdżona w obyczajach epoki. Ma rację. W innych krajach przymus pańszczyźniany zaczął zanikać już w XIV wieku, zatem zanim na dobre w Polsce się pojawił. Jako forma przetrwalnikowa feudalizmu zachował się na ziemiach polskich aż do połowy XIX wieku. Gdy na świecie formułowano drugie prawo termodynamiki, odkryto zasady podziału komórkowego i analizy spektralnej, a Darwin ogłaszał teorię ewolucji – polska wieś otrząsała się dopiero z ustroju feudalnego. Jeśli poruszały nas strzeliste tezy Andrzeja Stasiuka, który na przykładzie Albanii opisywał kraj przechodzący ponoć wprost ze średniowiecza do postmodernizmu, to tym większe wrażenie winny robić fakty z dziejów Polski: kraju w kilka pokoleń przebywającego drogę z feudalizmu, przez państwowy socjalizm, do liberalnego kapitalizmu. To jest wyczyn! To prześniony cud mniemany!

Kolejnym kluczowym stwierdzeniem Rauszera jest to, że chłopskie bunty nie były paroksyzmami szaleńczej żądzy odwetu. Wieś podnosiła się, gdy dostrzegała realną szansę na powodzenie. Wieś wierzgała, gdy spadały na nią bezprawne obciążenia. A gdy już bunt stawał się ciałem, wieś potrafiła się zorganizować, skorzystać z wcześniej zgromadzonej broni albo pieniędzy, pilnować (nowego) porządku, kreślić duże i małe plany strategiczne. Zbuntowani w 1670 roku górale na wzór wojskowy sformowali armię podzieloną na oddziały ze swoimi dowódcami, konstruując własnymi siłami armaty budowane z bukowego drewna. Nie zapominano przy okazji o tym, co boskie. W miejscowości Burzym chłopi przed rabacją z 1846 roku poszli karnie do kościoła, by tam z góry wyprosić rozgrzeszenie za morderstwa, jakie zamierzali popełnić. W Dobrkowie – już po wszystkim – ofiarnie dali z kolei na mszę „za szczęśliwie dokonaną rabację”. Gdy w Zakliczynie złapali gwardiana reformatów i wzięli się za wymierzanie mu sprawiedliwości, jeden z nich filuternie zauważył: „nie bij w głowę, bo święcona, bij w dupę”. Gdzie tu bezgłowa tłuszcza? Gdzie wycie żądnej krwi czerni? Gdzie chamski cham?

Na szczęście unika Rauszer idealizacji. Niepiśmienni, zarobieni, rozpijani, biedujący chłopi nie stają się w jego opowieści samorodnymi mędrcami o twarzach a to Anzelma Bohatyrowicza – byłoby to uosobienie modelowego patrioty i pilnego gospodarza – a to Pawła Kobyckiego, wcielenia cnót i roztropności. Nic z tych rzeczy. Rauszerowi chodzi raczej o oddanie podmiotowości, o dostrzeżenie realnego sprawstwa, o docenienie siły przetrwania, uporu, nadludzkiej czasem determinacji. „Bieda, wykluczenie, poniżenie i podporządkowanie wcale nie uszlachetniają – przypomina – a częściej wręcz przeciwnie”.

Chciałoby się teraz, by ktoś na poważnie zajął się – jak uczynił to Frantz Fanon w odniesieniu do kolonializmu – problemem „psychopatologii pańszczyzny”. By za martynikańskim filozofem stwierdzić, że „chłop, który chce uszlachcić swą klasę, jest tak samo nieszczęsny jak ten, który głosi nienawiść do szlachty”. W tym układzie „chłop” jest bowiem wyłącznie niewolnikiem własnej niższości, „szlachcic” natomiast tylko niewolnikiem swojej wyższości. System pańszczyźniany wypaczał kolejne pokolenia, fatalnie naznaczając psychikę milionów osób. Dlatego z taką ostrożnością należy traktować każdą strukturę przypominającą folwark – bez względu na to, czy nazywana jest krajem, partią, korporacją, firmą, przedsiębiorstwem albo suwerenem. Niech tego także uczy ludowa historia Polski.