Nr 17/2021 Na dłużej

Ucieczka od realności

Maciej Duda
Literatura Społeczeństwo

Blurb książki Tomasza Stawiszyńskiego brzmi: „Obowiązkowa lektura dla wszystkich, którym nie wystarczają proste odpowiedzi na trudne pytania”. Oddaje on przekonanie wydawcy nazwisk wspierających rynkowe pozycjonowanie „Ucieczki od bezradności”, że eseje Stawiszyńskiego są ważne, zachwycają, zachęcają do bezkompromisowego myślenia (ostatnią zaletę akcentuje Mira Marcinów). Jest coś intrygującego we Frommowskiej formule tytułowej i w temacie utraty, którą, według autora, wypieramy. Niestety, po lekturze całości zamiast zachwytu zostaje mi poczucie nadmiernego rozbudzenia apetytu oraz zmarnowania społecznie i kulturowo istotnego tematu.

Nie ma lepszego momentu na publikację eseju o tym, jak (nie) radzimy sobie z utratą, niż pandemia COVID-19. Wszak wiążą się z nią zjawiska, w których wszyscy uczestniczymy: lęk przed końcem; społeczne systemy zarządzania pandemią oparte na izolacji, zamknięciu, odseparowaniu życia i śmierci; zagłuszenie zindywidualizowanych reakcji na stratę językami ekonomicznym i medycznym. Stawiszyński nie sięga jednak do tych doświadczeń. Nie opisuje współbycia w stracie, nie rozgląda się dookoła. Zamiast tego patrzy na Zachód i sprawozdaje, co na temat (nie)radzenia sobie z bezradnością i utratą koncypowali tamtejsi badacze i myśliciele. A kiedy nie sprawozdaje, ukazuje konsekwencje braku refleksji na temat własnej bezradności. Układa się to w pewien wzór, a zarazem odsłania cel książki. Wydaje mi się, że tryb spoglądania poza doświadczenie lokalne ustanawiać ma lekturową uniwersalność. Ta ostatnia jest stawką gry Stawiszyńskiego. Antysystemowa wypowiedź uderzająca w podstawy zglobalizowanej siatki kapitalistycznych regulacji, które nie pozwalają nam na indywidualne przeżycie i akceptację słabości.

W niniejszym szkicu nie będę podważał powyższej tezy. Jest klarowna i argumentacyjnie zabezpieczona na długo przed książką Stawiszyńskiego. Jednocześnie ta mocna i klarowna teza stanowi jedną ze słabości opisywanego tomu. By ją utrzymać, autor musi poruszać się na poziomie teoretycznym, raz po raz częstując nas ciekawą anegdotą z amerykańskiego kampusu, odwołaniem do fabularyzowanego dokumentu wyprodukowanego przez platformę streamingową czy odsłaniając wspomnienie dawnej przyjaźni. Przez część tekstu przyjmuje nieco inny tryb narracji – krytykuje wyabstrahowane z indywidualnego doświadczenia praktyki psychiatryczne czy psychoanalityczne. Nieco, ponieważ diagnoza Stawiszyńskiego nie jest indywidualna, lecz społeczno-kulturowa. Autor nie opiera się na studium przypadku;swoje rozpoznania prowadzi ponad upodmiotowioną realnością. W tym sensie powtarza błędy zarzucane krytykowanym przez siebie systemom (o nich dalej). To pierwsza, ogólna nieścisłość, która niweluje pochwalne głosy autorytetów polecających jego książkę. Poniżej skupię się na sprawach pomniejszych, na nieścisłościach „szczegółowych” i na paradoksach w narracji autora „Potyczek z Freudem”.

Jako projekt całościowy książka Stawiszyńskiego wprost kontynuuje klasyczne rozpoznania Michela Foucaulta. Od pierwszych stron, gdy denuncjuje techniki marketingowe promujące poradniki (w stylu „Jak żyć, by nie żałować w obliczu śmierci”) odklejone od społecznej, kulturowej i ekonomicznej realności, pisze językiem francuskiego badacza, który pokazywał moc ujarzmiania jednostki, jej brak sprawczości i systemowe manipulacje kształtujące pozorną podmiotowość, tożsamościową wydmuszkę. W tym kontekście Stawiszyński chce pokazać ciekawe przesunięcie. Według niego współczesna kultura poradnikowo-terapeutyczna nie powtarza nam komunału: „możesz wszystko, myśl pozytywnie”, ale zamiast tego mówi: „przepracuj własne traumy i toksyczne nawyki”. W mainstreamowym rozumieniu oba komunikaty mają być tożsame. Prowadzić do życia w szczęściu i spełnieniu, do pełni aktywności, której owoce pochłonie kapitalistyczny system. Faktycznie dochodzi w ten sposób do zaprzeczenia „pełni życia” poprzez odsunięcie od siebie smutku czy straty. Wydaje się jednak, że zestawienie sprzedawanych w milionach kopii poradników i praktyk psychoterapeutycznych jest nadużyciem. Lektura i terapia nie są tym samym procesem, ich cel również nie musi być tożsamy. Przedstawiana przez Stawiszyńskiego praktyka terapeutyczna en masse rysuje się jako sposób używania pacjentów w celu ich wprzęgnięcia w struktury kapitału. W tym sądzie autor (ponownie) jest odtwórczy – i ponownie, jak wcześniej Foucaulta, mógłby tu przywołać XX-wiecznych francuskich myślicieli. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robi.

Należy zaznaczyć, że Stawiszyński nie pisze o praktykach, lecz o teorii. Nie interesuje go to, co dzieje się w gabinecie, lecz to, co ujęte zostało w słowach teoretyków, których określić można jak projektantów danego systemu. W krytyce współczesnej psychiatrii autor pozostaje na poziomie opisu zmian w kolejnych edycjach DSM („Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders”), dokumentu wydawanego przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne. Obserwuje jego wznowienia w kontekście zapisanych w nim zmian okresu żałoby, jej patologizacji i zaleceń dotyczących włączania pacjentom leków popularnie nazywanych antydepresantami. Śledząc skracanie tego trudnego okresu, sprawdza, w jakim stopniu owe zapisy zależne są od wpływów światowych koncernów produkujących adekwatne farmaceutyki. Nie dyskutuję z tą paranoiczną myślą. Na poziomie teoretycznym nie odbiega ona od paranoiczności[1] pism Foucaulta. Na poziomie faktycznym dodać należy, że śledztwo wykazało powiązania między członkami ATP i zespołami badaczy pracujących dla koncernów produkujących kolejne antydepresanty. Jednocześnie jednak w przekazie Stawiszyńskiego, na każdym poziomie argumentacji, pojawia się stały wzór. (Może i ja powtarzam w tym miejscu pewną badawczą paranoję). Krytykowany system opisany jest teoretycznie, bez odniesienia do realności czy indywidualizacji. Z kolei argumentacja przeciwstawna opiera się na mechanizmie rozrzedzenia, ukazywania różnych, pojedynczych doświadczeń. Przykład: skoro DSM zależne jest od globalnej sieci wpływów koncernów, to korzystający z tego narzędzia psychiatrzy są skazani na powtórzenie praktyki opisanej w tabeli. Stawiszyńskiego nie interesuje, co dzieje się w gabinecie, między pacjentem a lekarzem. Nie zastanawia się, z jakich narzędzi i doświadczeń korzysta psychiatra. Wpisuje go w system zależny od ramowego dokumentu. Publicysta nie schodzi poniżej teoretycznego kapelusza. Odpowiedzią na niepewność jest statystyczny wzrost sprzedaży antydepresantów. To wszystko. Nie interesuje go grzybnia. Z premedytacją i pewnym psychoanalitycznym umiłowaniem używam tu metafory, która przywołuje to, co niewidoczne, ukryte. Odwrotnie dzieje się w przypadku argumentacji wymierzonej w patologizację żałoby. Tu Stawiszyński odsłania przed nami antropologiczne zapisy Alfonsa di Noli i uzupełnia je badaniami George’a Bonanno. Ostatni z wymienionych dyskutuje z Freudowską teorią żałoby. Uznaje ją za ogólny wzór, w którym nie mieszczą się indywidualne sposoby przeżywania tego stanu. Dodatkowo zapewnia, że pozanormatywnych schematów przeżycia żałoby nie można patologizować, ponieważ nie mają związku z psychicznymi zaburzeniami. By to dobrze zrozumieć, należy wykonać krok wstecz i uporządkować naszą wiedzę. Sigmund Freud mówi nam, że doznanie straty jest dla nas najcięższym doświadczeniem, najtrudniej je skonsolidować. By to uczynić, trzeba przejść proces składający się z kilku etapów. Często, z przyczyn osobowościowych lub traum, nie w pełni go przechodzimy – z różnymi skutkami. Wyniki tego niepełnego przejścia wartościować możemy negatywnie (depresja, utknięcie w żałobie) lub pozytywnie (szybkie poradzenie sobie ze stratą, które może wynikać z izolacji negatywnych przeżyć). Piszę tu o etykietach społecznych, nie psychoanalitycznych. Bonanno mówi: „Przede wszystkim po stracie ukochanej osoby nie każdy przeżywa depresję lub nawet dostrzegalne przez innych cierpienie, i to niezależnie od tego, jak blisko był związany z kimś, kto odszedł” (s. 107). A zatem, w przeciwieństwie do Freuda, nie patologizuje krótkich okresów żałoby. „Szybkie pogodzenie się ze stratą” (s. 107) nie ma dla niego związku z zaprzeczeniem. Prawdopodobnie nie ma też związku z rozszczepieniem, jednak o tym Stawiszyński nie pisze. Mamy więc klasyczną psychoanalizę, która mówi: strata wywołuje żałobę; najtrudniejsze doświadczenie i świadome przejście przez ów proces pozwala nam żyć w pełni emocji mimo ciążącej nad nami śmierci, ponieważ odczuwamy coś na kształt nadziei, która poza popędem utrzymuje w nas chęć życia. Mamy też Bonanno, a za nim Stawiszyńskiego, którzy mówią: Freud nie widzi indywidualnego doświadczenia, ma wzór, do którego nas przykłada. Wszystko to wpisane zostaje w krytykę zapisów DSM-5 skracających żałobę i lekowo izolujących nas od naszych lęków, czyli w kontrwzór dla Freuda. Wydaje się jednak, że w istocie jest odwrotnie i krytyka DSM-5 pokrywa się z założeniami Freuda, który mówi, że długotrwała żałoba nie jest patologicznym, lecz zdrowym stanem podmiotu przeżywającego śmierć, stratę. Jednocześnie jednak Stawiszyński nie chce tego widzieć i przy okazji krytyki działań Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego czuje potrzebę (?), by przeprowadzić krytykę psychoanalizy. Problem w tym, że przytaczane badania Bonnano nie wydają się, przynajmniej w części, sprzeczne z działaniami ATP. Skoro niektórzy ludzie szybko konsolidują stratę i tego sposobu przeżycia nie powinno się patologizować, to można uznać go za normę i podstawę dla dwutygodniowego okresu żałoby wpisanego w DSM-5. Wówczas pojawia nam się możliwość zalekowania tych, których żałoba trwa dłużej. Jak widać, na poziomie szczegółowym wywód publicysty się rozpada.

By utrzymać powyższą równoległą krytykę (DSM i psychoanalitycznego rozumienia żałoby), w obu wypadkach – w opisie klasycznej psychoanalizy i współczesnej psychiatrii – musimy pozostać na poziomie teoretycznej ogólności, bez zainteresowania tym, co dzieje się między wspomnianym już psychiatrą, psychoanalitykiem a pacjentem.

Całość wywodu w książce sprawia wrażenie, jakby autor nie mógł przedstawić nam argumentów bez toczenia bitwy z Freudem czy psychoanalizą. Jednocześnie, co się okaże na końcu, chce nam powiedzieć dokładnie to, co wyczytać możemy z psychoanalitycznych tekstów dotyczących cierpienia i śmierci. Jedno jest pewne: ta krytyka w krytyce zaciemnia jasność wywodu; przez ten podwójny węzeł krytyczny ginie nam z oczu jego cel. Nawet próbując ów wywód zrekapitulować i się do niego odnieść, pozostaję w poczuciu kluczenia.

A zarysowanysposób argumentacji Stawiszyński reprodukuje w pozostałych rozdziałach. Pokazuje dwie sprzecznie zestawione siły i jednocześnie sam stara się pozostać poza ich wpływem, jakby znajdował się poza zakresem opisywanego problemu. Wskazane uogólnienia i publicystyczne projekcje występują tutaj na poziomach makro i mikro. Bez względu na to, czy autor rozprawia się z teorią, czy w formie anegdoty podaje nam opis indywidualnego przypadku pacjentki, wysnuwa jednoznaczne, bezsprzeczne twierdzenie. Nie zastanawia się, nie widzimy jego niepewności czy procesu myśli. Nie stawia pytań, stawia tezę. W tym sensie trudno jest dyskutować z przekazem Stawiszyńskiego. To kolejny paradoks – autor chce pisać o niepewności/utracie itp., a jednocześnie chce mieć rację, czyli pewność. W tym sensie forma jego książki odbiega od meritum: gdy ma się pewność, nie ma miejsca na niepewność, lęki, strach.

Stawiszyński miesza różne języki. Raz pisze socjologicznie, kiedy indziej antropologicznie czy religioznawczo; innym razem odwołuje się do psychologicznych badań empirycznych, by zaraz obok na prawach argumentu przywołać anegdotę. W tym sensie jego uniwersalizująca, systemowa opowieść przypomina książki pisane przez Juwala Noacha Harariego. W zgrabny i erudycyjny sposób próbuje nam opowiedzieć znaną od lat prawdę. Czytając go, podziwiamy wszechstronność myślenia, a jednocześnie pozostajemy na poziomie formy i przy ogólności idei. Jeśli zaś je pogłębić, utkniemy w nieścisłościach, zauważymy schematy i uproszczenia. Jednocześnie wciąż czujemy, że mamy w ręku zbiór esejów, który porusza temat istotny. Stawiszyński pisze przecież o zablokowaniu czy izolacji afektów, które są dla nas trudne; o odcięciu lęków, frustracji i strat, co jest pozorną opieką budowaną na fantazji o dążeniu do doskonałości. W tej fantazji łączą się rozdzielone i zbanalizowane praktyki pozytywnego myślenia i przepracowania traum. Fantazja oddala nas od realności – banał, ale ważny. Doskonale widać to w rozdziałach poświęconych niepewności, własnej agresji i bezradności. Nieumiejętność zniesienia różnic i frustracji prowadzi do różnych sposobów podważania realności. Do konstruowania ekskluzywnych przestrzeni bezpieczeństwa, do kultury unieważniania popartej projekcjami na innego. Wszystko, co dotyczy społecznej izolacji i rozwarstwiania wspólnoty, da się opowiedzieć przy pomocy mechanizmów obronnych skodyfikowanych przez Annę Freud. Zapewne da się to także z powodzeniem opowiedzieć poza językiem psychoanalizy, na przykład terminami psychologii społecznej albo socjologii. Stawiszyński o tym wie, jednak znajduje powód, by odcinać się od psychoanalizy jako struktury zorganizowanej heurystycznie, doktrynalnie, a jednocześnie konstruowanej bez poznawczego reżimu, jedynie interpretacyjnie. W tym sensie sama dla siebie jest odniesieniem, nie wychodzi poza własne ramy. Podobnie jak teorie spiskowe, które – jak pokazuje nam Stawiszyński – głęboko przenikają i charakteryzują struktury (języki, instytucje, światopoglądy, por. s. 221) zachodniej kultury. Z jednej strony trudno się z tym nie zgodzić, myśląc choćby o trójce mistrzów podejrzliwości (Nietzsche, Marks, Freud), z drugiej uznać musimy, że nie jesteśmy wolni od tych wpływów. Może z tego powodu Stawiszyński, denuncjując psychoanalizę, przeprowadza autodiagnozę i pisze wprost, co by powiedział psychoanalityk na jego niechęć do teorii Freuda. To jakoś ciekawe, że autor musi ubiec potencjalne złapanie go w siatkę psychoanalitycznych terminów. Chce być wolny od wpływów tej myśli? Ale jednocześnie powtarza krytykowany przez siebie heurystyczny gest, a jego tłumaczenia nie wychodzą poza ramy jego książki. Sam się zabezpiecza we własnym polu. Przed czym? Nie wiem. W ten sposób powtarza projektowany na psychoanalizę gest „wiem lepiej, co ty myślisz”. Poprzedza go zdanie:

jest to strategia erystyczna przypominająca rozmaite techniki obezwładniania przeciwnika stosowane nie w szlachetnym sportowym współzawodnictwie, ale w szkoleniu oddziałów specjalnych […] Nie chodzi tu o to, żeby stoczyć walkę według klarownych reguł, a wyłącznie o to, żeby jak najszybciej zneutralizować rywala (s. 220).

Zacytowany fragment dotyczy psychoanalizy. Odwołując się do strategii erystycznej, ponownie zostajemy na powierzchni. Dalsza część wpisu jest właściwie kontynuacją tego myślenia. Trudno odnieść się do niej bez odpowiedzi na szczegółowe pytania, które nasuwają się w trakcie lektury. Jest jednak coś szczególnego w tym, że w kontekście pisania o utracie tyle miejsca poświęca się na krytykę myśli (bo o praktyce niczego tu nie ma) psychoanalitycznej. To odchylenie przesuwa też punkt ciężkości niniejszego szkicu. Idąc za autorem, emocjonalnie skupiam się na tych fragmentach, które zawierają największy emocjonalny ładunek. Pulsują niezgodą, sprzeciwem czy próbą obrony. Czytam to jako działanie paradoksalne w kontekście tematyki zebranych esejów. Wszak psychoanaliza jest nurtem, który odbiera nam bezpieczeństwo i pewność bycia świadomym. W tym sensie nas zatrzymuje. Pokazuje te bolączki, które ujawnia Stawiszyński: wyparcie, odcięcie, projektowanie własnych emocji na innych, izolację. Wszystko, co odcina nas od śmierci, straty, smutku, niepewności, własnej agresji i bezradności (zachowuję tu kolejność rozdziałów „Ucieczki od bezradności”). Jak w obliczu tej przyległości traktować ograniczające realność fantazje o złych obiektach: współczesnej skorumpowanej psychiatrii i narcystycznej psychoanalizie? Ponownie nie wiem i ponownie chciałbym pytać o doświadczenia indywidualne, bo dopiero to pytanie otwiera dyskusję.

We współczesnej polskiej krytyce Freuda bardziej ufam pisarce Oldze Tokarczuk niż filozofowi Tomaszowi Stawiszyńskiemu. Jej krytyka („Wykłady łódzkie”) wydaje się celowa. Autorka „Czułego narratora” myśli Jungiem (Stawiszyński również tak robi przez moment) i otwiera strukturę myślenia o tożsamości przez próby przewartościowania dysocjacji. Nie gra o podważanie całego systemu. A to właśnie, przy okazji pisania o utracie, robi Stawiszyński.

Końcowa teza „Ucieczki od bezradności” jest klarowna:

potrzebujemy lęku przed śmiercią i świadomości, że wszyscy […] umrzemy […] doświadczenia rozpaczy i żałoby, smutku po stratach, z których utkana jest materia naszych biografii […] konfrontacji z własną przemocą i własnym złem […] doświadczenia chaosu i niezrozumienia (s. 329).

Trudno o bardziej psychoanalityczną tezę. By ją postawić, wystarczy przeczytać pisma współczesnych postfreudystów odwołujących się do klasycznego tekstu „Żałoba i melancholia”[2]. Czy więc walka z Freudem prowadzi do przyjęcia jego założeń? W podsumowaniu autor przekonuje nas, że pisał w służbie oświetlenia własnej ciemnej strony, akceptacji swojego cienia. W ten sposób odwołuje się już do Junga, nie Freuda. Rozwiązuje spór dwóch ojców i racjonalnie ocala swoją argumentację. Dodaje również, że przywoływał filozofów i myślicielki, którzy adekwatnie diagnozują położenie człowieka, adekwatnie opisują rzeczywistość i nie uprawiają pojęciowej żonglerki. Czytając to, nie mogłem i nie mogę przestać myśleć o tym, ile trudności przyniosła mi lektura „Ucieczki od bezradności”.

Szukając odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, nie znalazłem pomocy, a wywód autora wpędził mnie w niepewność, irytował i zwyczajnie wkurzał, budził chęć obrony bliskiej mi praktyki psychoterapeutycznej. Czy w związku z tym straciliśmy możliwość dialogu? Chyba nie. Pisząc ten szkic, konfrontuję, pytam, ale też wyznaję, ujawniając własne trudności i emocje. Czy rozmawiamy o utracie? Owszem. Obaj piszemy o utracie pewności i o zmaganiu się ze stanem rzeczy, w którym „system” nie zabezpiecza nas przed nieznanym i bezradnością. Zarazem obaj jesteśmy częścią tych wszystkich systemów, które opisujemy. I obaj próbujemy coś z tym zrobić. Mnie zależy na pogłębieniu opisu realności, na możliwości dialogu, nie na zestawieniu dwóch monologów. Chciałbym czytać i pisać o doświadczeniu straty, a nie o tym, jak ją teoretyzować i przy pomocy jakiego systemu opisywać. We wstępnych partiach książki Stawiszyński pisze o chęci czy potrzebie „wytworzenia jakichkolwiek narzędzi – pojęć, symboli, nowoczesnych mitów, świeckich albo religijnych rytuałów – które pozwalają ten fakt, to doświadczenie zasymilować, ująć w ramy rozumienia, nadać mu taki czy inny sens” (s. 65). Idzie oczywiście o doświadczenie śmierci. Autor pisze, że nie ma już powrotu do przeszłości, do odrzuconych rytuałów i języków, że „jesteśmy pozbawieni języka, którym dałoby się o śmierci i umieraniu mówić” (s. 65). To bardzo śmiała i pociągająca teza. Tyle że ponownie potrzebuje uszczegółowienia. Jako literaturoznawca widzę, że beletrystyka wciąż jest językiem, w którym podejmujemy sublimacyjne próby uchwycenia naszych strat. Literatura – oczywiście w formie metafory – doskonale przylega do realności, także emocjonalnej. W procesach pisania i czytania dostrzegam możliwości dialogowania i budowania wspólnot w doświadczaniu utraty, z czego ograbia nas teza Stawiszyńskiego. Naiwna myśl? Możliwe; wciąż jednak jestem przekonany, że opowieść daje szansę na współbycie w relacji nawet w tym najtrudniejszym momencie. Zarówno w polu literatury, jak i w psychoterapeutycznym gabinecie. Doświadczam tego ze studentami i studentkami studiów pisarskich. I choć obie – literatura i psychoterapia – wchłonięte są przez system rynkowy, żadna z nich nie musi nas nakłaniać do izolowania czy wypierania własnego cierpienia w służbie kapitału. Ani jedna, ani druga nie jest (nie musi być) mainstreamowym poradnikiem.

 

Tomasz Stawiszyński, „Ucieczka od bezradności”
Znak Literanova
Kraków 2021


Przypisy:
[1] Przypomnę tylko, że przedśmiertne pisma francuskiego teoretyka pokazują nam możliwość sprawstwa podmiotu, możliwości wyjścia poza schemat ujarzmiania. Co ciekawe, przez polskich badaczy są one mniej przywoływane niż jego klasyczne już rozprawy.
[2] Znienawidzony obiekt miłości. Psychoanalityczne studia nad depresją, red. M. Musiał, Gdańsk 2019.