W zamykającym rok jubileuszowy wydaniu nasz zespół – redaktorek i redaktorów „CzasKultury.pl” – opowiada o tym, z czym kojarzy nam się świętowanie. Pisząc o tym, czym jest jubileusz – z jakimi aktywnościami się łączy, jakimi metaforami można go opisać, do jakich scen, tekstów, dzieł można go odnieść – wszyscy nawiązujemy do dziedzin, w których się specjalizujemy. Jak zatem myślimy o jubileuszu, myśląc zarazem o teatrze, filmie, literaturze, muzyce, sztukach wizualnych – a także o czasopiśmie jako takim?
Jubileusz przypomina uroczystą premierę spektaklu o samym sobie. Jubilat albo jubilatka staje w światłach reflektorów, żeby opowiedzieć swoją wersję historii, próbując jednocześnie być główną postacią, reżyserem i dramaturgiem tego przedstawienia. Najuczciwszy jubileusz zaczyna się jednak wtedy, gdy część tej kontroli zostaje oddana widzom i partnerom sceny, którzy dopowiadają kwestie pominięte w oficjalnym tekście. Honorując jubilata, łatwiej wybacza się niedostatki pamięci. A ona – o czym wiadomo nie od dzisiaj – bywa zawodna, wybiórcza, interesowna i podatna na manipulacje. Okrągłe rocznice są okazją do zatrzymania, spojrzenia wstecz i opowiedzenia, co się tam widzi. Ale też do zmierzenia się z tym, co pozostało poza kadrem. Przywilejem osób honorowanych jest tworzenie i podtrzymywanie heroicznych autonarracji, które – podchwytywane, powtarzane i nagłaśniane – zasilają kanoniczną wersję historii. Jednak na widowni siedzą także ci, którzy pamiętają skreślone dialogi, nieudane premiery i projekty, które nigdy nie ujrzały światła sceny. Zadaniem honorujących pozostaje uprzejma zgoda. Tylko wyjątkowa odwaga pozwala im na dopisanie własnych didaskaliów do oficjalnego scenariusza.
Oficjalne obchody jubileuszu są jak teatralna maska, fasadowe dekoracje albo malowany horyzont – świetnie się prezentują i robią dobre wrażenie, ale przy okazji zasłaniają coś innego, często bardziej istotnego. Czasem spod kurtyny przemów, kwiatów, podziękowań, wzruszeń i anegdot wyłoni się obraz prawdziwego życia, które najczęściej przybiera zmienne odcienie szarości. Confetti i serpentyny nie są jednak po to, żeby nadmiar realizmu psuł świąteczny nastrój, dlatego w oficjalnym programie częściej pojawiają się sceny triumfu niż epizody porażki. Kiedy na scenie wybrzmiewa narracja o pięknej tradycji, spełnianiach, miłych zaskoczeniach i sympatii dobrych ludzi, w głowach świadków historii wracają obrazy o różnej wymowie i ciężarze: genialne, ale też świadczące o kompromisowości jubilata, a może i – wstydliwe.
Istnieją teorie, że teatr to sztuka zrodzona w odpowiedzi na śmierć: celebrująca ją, ale też zdolna wskrzeszać dawnych bohaterów i odbudowywać ruiny, korzystając z fragmentów archiwum pamięci. Na drugim biegunie tego napięcia rodzi się pragnienie symbolicznego ojcobójstwa, które jest ważnym gestem emancypacyjnym. Odkąd dyrektorem artystycznym Teatru Polskiego w Poznaniu jest Maciej Nowak, taka myśl powraca w kolejnych spektaklach: od „Kordiana” Jakuba Skrzywanka, przez „Śmierć Jana Pawła II”, po „Śmierć Chopina”. W takim układzie idealny jubileusz to jubileusz osoby nieobecnej, kiedy żyjący mogą przejąć całkowitą odpowiedzialność za tworzoną opowieść. Rytuał pamięci staje się wówczas paradoksalnie bardziej żywy, bo – zamiast wymuszać ceremonialną lojalność – wyzwala twórczą odpowiedzialność.
Jubileusz, który ogranicza się wyłącznie do laurek, jest w gruncie rzeczy martwy. To inscenizacja bez stawki: elegancko oświetlona, poprawnie zagrana, ale pozbawiona ryzyka utraty wygodnego wizerunku na rzecz prawdy i przyszłości. Ciekawie zaczyna się robić dopiero wtedy, kiedy refleksja o przeszłości staje się nauczycielką przyszłości, a nie tylko kustoszką prywatnego muzeum. Dlatego szanując dorobek minionych dekad, kiedy wybrzmią już oklaski, ale kwiaty jeszcze nie zwiędną, warto zapytać o to, co dalej.
Sens jubileuszu nie polega na tym, by zamknąć historię w szklanej gablocie, tylko żeby – po policzeniu lat, wspomnieniu sukcesów i wpadek – zrobić kolejny, odważny krok: wyznaczyć nową linię repertuarową, oddać scenę młodszym, spróbować form, na które wcześniej mogło brakować pomysłu, warunków czy środków. Przeszłość jest ważna, ale nie może zamienić się w kotwicę, która zatrzymuje statek w porcie pod pretekstem świętowania dawno zakończonego rejsu. Idealny jubileusz przypomina dobrze wyreżyserowany spektakl: zaczyna się od przypomnienia, kim byliśmy, przechodzi przez uczciwie opowiedzianą historię konfliktów, a kończy się otwartym finałem, niosącym obietnicę, że kolejny akt nastąpi po zamknięciu przedstawienia. Być może zostanie on napisany już przez inne, młodsze, inaczej rozumiejące tę samą tradycję osoby. Artyści życia nie poprzestają na bisach, wolą pisać nowy tekst, niż w nieskończoność powtarzać role, które znają tak dobrze, że przestały mieć dla nich znaczenie.
Chętnie skorzystam z perspektywy Piotra, bo są w niej elementy mi bliskie – zwłaszcza dwa: traktowanie jubileuszu jako rzeczy wspólnej oraz jako opowieści niedomkniętej. A przynajmniej takiej, która nie powinna domykać.
Jest w tym oczywiście pewna przekora wobec tego, czego nauczyła mnie w dzieciństwie kultura. Zwykle fabuły o świętowaniu mówiły raczej o przygotowaniach – obowiązkowym planowaniu, oczywistych kłopotach i jeszcze bardziej oczywistym ich rozwiązywaniu – a jubileuszowe wydarzenie wieńczyło dzieło. Podobnie było z celebrowaniem czegokolwiek – literatura pełna jest scen wspaniałych rautów, ale najlepiej zapamiętałam komiksy o Asterixie, które nieprzypadkowo kończyła zawsze wielka uczta w galijskiej wiosce, w trakcie której (o czym przypominał narrator) nasi bohaterowie spotykali się, by świętować kolejne pomyślne rozstrzygnięcie. Być może takie zamknięcie fabuły jest po prostu najlepsze – jawi się jako odpowiednik frazy „i żyli długo i szczęśliwie”. I właśnie dlatego wolałabym traktować jubileusz jako opowieść niezamkniętą.
Jeden aspekt uczty w galijskiej wiosce jest mi bliski – wspólnotowość. Kiedy sekretarzyni Basia zaproponowała, żebyśmy się wspólnie zastanowili, co z naszych dziedzin polecilibyśmy w skojarzeniu z jubileuszem, od razu przekornie uciekłam od budowania listy tytułów i scen. Zamiast tego zaczęłam myśleć o trybie lektury.
Świętowanie kojarzyło mi się z wytchnieniem. Jubileusz – z celebracją. Najpiękniej te dwie okoliczności czytania połączył Italo Calvino, proponując na początkowych stronach powieści „Jeśli zimową nocą podróżny” warunki komfortowej lektury. Narrator daje nam rady: rozluźnij się, oddal od siebie inne myśli, przyjmij najwygodniejszą pozycję. „Usiądź, wyciągnij nogi, połóż się, zwiń się w kłębek. Połóż się na plecach, na boku, na brzuchu. Usiądź na krześle, na kanapie, w fotelu na biegunach, na leżaku, na pufie. […] Uniesione nogi to pierwszy warunek do czerpania przyjemności z lektury. Dobrze zatem, na co czekasz? Wyciągnij nogi, stopy ułóż na poduszce albo na dwóch poduszkach, na poręczy kanapy, na oparciu fotela, na stoliku do herbaty, na biurku, na fortepianie, na globusie. Przedtem zdejmij buty. Oczywiście jeśli zechcesz unieść nogi, bo jeśli nie zechcesz, włóż je z powrotem. Nie siedź tak z butami w jednej ręce, a z książką w drugiej. Ustaw światło tak, by nie męczyło oczu. Zrób to teraz, bo zaledwie pogrążysz się w lekturze, nie sposób cię będzie od niej oderwać”. Warunki czytania, które proponuje Calvino, jawią się jako wymarzone – zwłaszcza kiedy namawia nas do znalezienia ciszy i spokoju. Powiedz, przekonuje nas narrator, wszystkim, że chcesz, aby ci nie przeszkadzano, bo czytasz. To tryb lektury, na który rzadko mam czas – czytam raczej zawodowo, pracowo, redakcyjnie; po to, żeby o tekście rozmawiać, wspólnie nad nim pracować. Czy w ramach świętowania myślę zatem o wytchnieniu od tego trybu i zastosowaniu się do rad Calvino? W pierwszej chwili chciałam powiedzieć: tak! Ale nie, jednak nie. Bo Calvino proponuje czytanie odosobnione, wyizolowane. A jubileusz, jak już się rzekło, jest o wspólności. Zatem: nie mówmy rodzinie i przyjaciołom, że mają dać nam spokój, bo czytamy. Jeśli szukać wygodnej pozycji na kanapie – to takiej, dzięki której ktoś może usiąść obok. Z kim będziemy mogli porozmawiać o książce, opowiedzieć, co przeczytaliśmy. Albo wymienić się opowieściami niekoniecznie książkowymi. Opowiedzieć o naszym święcie, o powodach do radości.
Jeśli myślę o celebracji jako o opowieści – to jest to opowieść, którą chciałabym czytać wspólnie. I pisać wspólnie – bez domknięcia, bez poznania zakończenia.
Dla mnie jubileusz jest opowieścią o ciągłości trwania. Ale czy ja o tym? Pomysł na ten tekst powstał w mojej głowie jakieś dwa miesiące temu, kiedy – z bliżej nieznanego mi powodu – wprawiłam się w iście świąteczny nastrój, fundując sobie seans „Dźwięków muzyki”. Alpejski krajobraz, rozśpiewana Julie Andrews, gromadka nieco irytujących dzieciaków i widmo nazizmu krążące nad Europą ekspresowo przeniosły mnie w rejony Bożego Narodzenia niby rodowitą Amerykankę. Niemalże z piosenką na ustach (kocie wąsiki! ciepłe rękawiczki! apfelstrudel, czajniczki, paczuszki!) zaproponowałam naczelnej artykuł w formie świątecznych polecajek od redakcji, jednak Asia – z trzeźwością umysłu właściwą wspaniałej naczelnej – zasugerowała, że być może bardziej odpowiadającym linii czasopisma pomysłem będzie skompilowanie pomysłów na świętowanie jubileuszu. Przecież 15 lat kończy się raz w życiu, 40 również, i choć wykorzystaliśmy ten rok w pełni i czas już zdjąć urodzinowe czapeczki i uprzątnąć zleżałe confetti (czytaj: rozliczyć projekty jubileuszowe i dokonać ich ewaluacji), to w numerze wieńczącym tegoroczne wydania „CzasKultury.pl” możemy się pokusić o odśpiewanie ostatniego „sto lat”.
Zatem do ciągłości trwania wracając: kiedy rozpoczęłam swoją pracę w Czasie Kultury – a było to stosunkowo niedawno, na dobrą sprawę w wigilię jubileuszu (jeżeli potraktować półrocze jako jednostkę czasu odpowiadającą wigilii) – przeszłam ekspresowy kurs z historii naszego środowiska, prawdziwe CzK101. Wynikało to z jednej strony z przygotowań jubileuszowych, a z drugiej działo się naturalnie i samorzutnie, bo stopniowo poznawałam byłych i obecnych współpracowników, czytałam archiwalne teksty i porządkowałam stare numery, przekopywałam się przez skrzynki mailowe, zapoznawałam się z coraz to nowymi anegdotami, apokryfami i obiegowymi żartami. Z dnia na dzień coraz bardziej czułam się częścią redakcji i coraz większą odpowiedzialność za nią czułam – nie w zakresie nowych czy bardziej wymagających obowiązków, tylko raczej dokładania jak najlepszych starań na rzecz dalszego budowania wspólnoty działań, myśli i poglądów. Niejednorodnej, często idącej pod prąd, przechodzącej duże i małe przemiany czy transformacje, ale zawsze ciekawej, inspirującej i otwartej na innych. Jubileusz nie jest więc dla mnie performatywnym, niewypełnionym treścią świętowaniem, lecz raczej pretekstem do eksploracji tego, co już było, i budowania na tym czegoś nowego. Podtrzymywania tradycji i dobrych praktyk. Kontynuacji działań poprzedników, ale w zgodzie ze sobą. Celebracja nie odbywa się zresztą w próżni: na każdą dobrą imprezę urodzinową przychodzą goście, a każde dobre czasopismo ma wokół siebie wspólnotę wspaniałych osób – osób autorskich, redaktorów, korektorek, grafików, artystek, sekretarzyń (hihi) oraz, rzecz jasna, czytelników i czytelniczek. Dziękuję Wam za wspólny rok jubileuszowy i liczę na to, że również czujecie się częścią naszego środowiska.
Co polecam Wam w ramach celebracji? Jeśli macie wolne trzy godziny, to możecie oczywiście obejrzeć „Dźwięki muzyki”, choć w pełni rozumiem, że nie dla każdego jest to wymarzony seans. Zamiast tego więc możecie po prostu zarezerwować sobie trzy godziny tylko i wyłącznie dla siebie. I robić cokolwiek, byleby przyjemnego. Równocześnie mam nadzieję, że choć koncept tekstu bożonarodzeniowego (powstały na musicalowym haju, ale tworzonym w dobrej wierze, bo był to okres przerzucania się pomysłami na potężny, podwójny numer naszego dwutygodnika) okazał się niebyły, to nie rozczaruje to naszych czytelników. W innym wypadku poprawimy się w przyszłym roku.
Ciekawe, że nasza sekretarzyni wspomina „Dźwięki muzyki”. Lubię musicale, ale osobiście, kiedy myślę o celebrowaniu szczególnej okazji, widziałabym na tym miejscu raczej „Zawrót głowy” albo genialne „Okno na podwórze” Alfreda Hitchcocka. Jak świętować, to z suspensem – i koniecznie wypatrując Hitchcockowskiego MacGuffina! Można tak – bardzo klasycznie…
Od pandemii, która wyrwała nas ze zwykłego trybu życia, mamy w gronie przyjaciół zwyczaj spotykania się co jakiś czas na wspólne domowe seanse przed ogromnym ekranem z projektorem podwieszonym pod sufitem, oldskulowo nazywane przez nas dekaefem. Czasem spotkania „dyskusyjne” pozostają tylko z nazwy, częściej są długie i burzliwe jak za studenckich, kinofilskich czasów rozmowy, jak na przykład po „Substancji” Coralie Fargeat czy „Zbrodniach przyszłości” Davida Cronenberga. Pamiętam też kolektywny fanowski zachwyt podczas oglądania „The Disaster Artist” czy nabożne skupienie i resentyment w trakcie seansu „Diuny” Davida Lyncha. Te kameralne w sumie projekcje, to celebrowanie wyboru tytułu, komentowanie na żywo poszczególnych scen przypominają mi zawsze, że kino dzieje się przede wszystkim w akcie wspólnego oglądania.
Wspomniany już tu Hitchcock powiedział w wywiadzie-rzece z François Truffautem, że film powinien być wymyślony (designed) dla dwóch tysięcy foteli, a nie jednego (przy okazji: osobę będącą w posiadaniu mojego egzemplarza „Hitchcock/Truffaut” uprzejmie proszę o zwrot!). Słynny reżyser opowiadał też drugiemu słynnemu reżyserowi, że kiedy widownia w Japonii ogląda jego filmy, krzyczy w trakcie tych samych scen, co widownia w Indiach. Brzmi znajomo?
Zaglądam do naszego cyfrowego archiwum tekstów i sprawdzam pierwsze publikacje filmowe na „e.CzasKultury.pl”, poprzedniku obecnego dwutygodnika. Recenzje filmowe i pierwsze eseje pojawiły się dopiero po dwóch miesiącach od uruchomienia portalu, tymczasem jesienią 2010 roku Adam Kruk pisał z American Film Festival, osobną relacją wtórował mu Jacek Sobczyński, Agnieszka Kleczyk podsumowywała Festiwal Filmów Sputnik, a Anna Granatowska – poznańskie Ale Kino!, potem znowu Kruk relacjonował Camerimage. Można mieć różne odczucia wobec dzisiejszych „świąt (!) kina”: patronatów tytularnych, wszechobecnego merchu i kontrowersyjnych (nierzadko cenzorskich) decyzji selekcjonerów. Od paru lat możemy obejrzeć większą część programów dużych imprez w sieci (z czego sama chętnie i bez skrupułów korzystam). Jednak festiwalowy seans z wypchaną do ostatniego miejsca widownią (a czasem i wolontariuszami okupującymi przejścia), reagującą w każdy możliwy (zazwyczaj bardzo spontaniczny) sposób, to wciąż przeżycie nie do podrobienia. Jeśli więc szukać sposobów świętowania w świecie filmu, to – bez niespodzianek! – warto przeżyć choćby jeden wspólnotowy seans podczas dowolnego festiwalu.
Jubileusze, szczególnie nasze czasokulturowe, są nie tylko celebracją, ale przede wszystkim wiążą się z długimi przygotowaniami, jednoczesnym patrzeniem w przeszłość i przyszłość (oraz teraźniejszość, oczywiście) oraz szukaniem punktów wspólnych między tym, jacy byliśmy kiedyś, i tym, w którą stronę zmierzamy. O tym, jak podeszliśmy do naszych urodzin, wiecie z powyższych wypowiedzi, a o albumach, które w roku 2025 również miały okazję do świętowania, niejednokrotnie wspominaliśmy na naszych łamach. W związku z tym na ten grudniowy okres odpoczynku, spędzania czasu z najbliższymi i nadrabiania wszelakich zaległości pragnę polecić trzy wydawnictwa, które wprawdzie nie obchodziły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy swoich okrągłych urodzin, lecz mimo to warto się nad nimi pochylić.
Pierwsza to „Five Leaves Left”, intymny, folkowy debiut Nicka Drake’a z 1969 roku, który doczekał się wznowienia w postaci „The Making of Five Leaves Left”. Wprawdzie dobrze znana podstawowa wersja albumu jest już sama w sobie zachwycająca, jednak mnogość wariantów poszczególnych kompozycji oraz odrzutów z sesji nagraniowych sprawia, że nieśmiały geniusz Drake’a jawi się jako coś bardziej ludzkiego i namacalnie obecnego.
Następną jest „Buckingham Nicks” duetu Buckingham Nicks – płyta z 1973 roku, bez której historia muzyki i grupy Fleetwood Mac potoczyłaby się zgoła inaczej. Od lat niewznawiana, po części przez kłótnie i wzajemne awersje dawnych kochanków, w tym roku powróciła zarówno w formie fizycznej, jak i po raz pierwszy pojawiła się w serwisach streamingowych. Wprawdzie mnie nie zachwyca tak bardzo jak całe „Rumours” Fleetwood Mac, ale pozwala spojrzeć na artystyczną ścieżkę Stevie i Lindseya w szerszej perspektywie, jeszcze bez bagażu doświadczeń i całego chaosu, jaki wyniknie z dołączenia tej dwójki do FM.
I trzecia: „Quique (Redux)”. Stanowi ona zremasterowaną i rozbudowaną wersję debiutanckiego krążka grupy Seefeel z 1993 roku: dodano do niej strony B singli oraz utwory w wersjach alternatywnych. Ten miks delikatnego ambientu, szumiącego shoegaze’u, techno pulsu i postrockowych konstrukcji z opisu może się wydawać niesłuchalny, ale przestrzegam przed takim pochopnym podejściem – to jeden z tych albumów, który otula słuchacza niczym koc, pozwalając się zanurzyć w migoczące dźwiękowe pejzaże.
W każdym z tych albumów znajduje się pewna porcja nieuchwytnej przytulności: jestem zdania, że każdemu z nas przyda się doza rozmarzonego ciepła, szczególnie na te kilkanaście grudniowych dni mijającego roku.
Trudno mi nie zgodzić się z głosami dotyczącymi wspólnotowego charakteru świętowania – czy to jubileuszowego, czy jakiegokolwiek innego. A jednak muszę przyznać, że nie należę do osób, które chętnie spędzają urodziny bądź rozmaite okazje w większym gronie. Prawdziwe świętowanie – w kontekście nieustającego biegu do przodu, ścigania się z czasem i mierzenia się z dedlajnami – kojarzy mi się raczej z odpuszczeniem oraz ucieczką w spokój. Pod tym względem najbliższa jest mi przywoływana przez Asię sugestia Italo Calvino, choć również daleki jestem od perspektywy wywieszania wielkiego napisu NIE PRZESZKADZAĆ. Wierzę w słowa, które w swoim manifeście przeciwko kultowi produktywności „Jak robić nic?” zapisała Jenny Odell: „ostatecznym celem «robienia niczego» jest wydobycie naszego skupienia z ekonomii uwagi i osadzenie go z powrotem w ogólnodostępnym świecie fizycznym”. To zupełnie inne świętowanie niż to, z którym mamy do czynienia na wernisażach, premierach czy innych uroczystościach. Zamiast poszukiwania tego, co jeszcze nieznane, wolę więc skupienie na tym, co już dobrze oswojone, ale na co dzień niezauważane. To dla mnie krok ku wspólnocie więcej-niż-ludzkiej, otwarcie się na spędzanie czasu z otaczającym światem, zarówno tym ożywionym, jak i nieożywionym. Dostrzeżenie rzeczywistości, która jest na wyciągnięcie ręki, to prawdziwe święto, celebracja profanum. Ucieczka ze świata szybkich, acz intensywnych doznań ku materialności, której obecnością można się błogo i leniwie rozkoszować.
Chwil na takie świętowanie zarówno sobie, jak i nam wszystkim życzę!