Jak wyglądałby świat, gdyby rap pojawił się nie dziś, lecz temu sześćset lat? Szekspir składałby wers jakoś inaczej. Nie, że reszta jest milczeniem, lecz: mil-cze-niem jest resz-ta yo. Brecht z Weillem punchline’y na scenie by zapodawali. Hey ho. Ich danke euch, Kameraden. Hey ho. Ich danke euch, Kameraden. Od stóp do głów w hip-hopowy outfit odziani cali. I jak wyglądałaby po tym ludzkość, co ukochała dramat? Człowieku, to byłby duszy kazamat!
Rapowana tragedia? Czemu nie? Czy to nie Szekspir nakazał Hamletowi, żeby ten instruował w dramacie aktorów, by mówili lekko, naturalnie i rytmicznie, a nie pompatycznie? Dopasuj słowo do działania, a działanie do słowa – przekonuje Hamlet; to jego wskazówka, aby rytm słów i gestów był zgodny, a nie wygodnicki, a nawet wygodny.
Antygona w reżyserii Jakuba Roszkowskiego to rapowany musical oparty na tragedii Sofoklesa. Z oryginalnego tekstu nie pozostało nic, a napisania nowej, rapowej wersji historii z Teb podjął się Jarosław Jaruszewski, znany hip-hopowej publiczności jako Bisz. Jego opowieść przenosi nas do anonimowego kraju ogarniętego chaosem po wyniszczającej wojnie, która pozostawiła społeczeństwo w stanie traumy. Choć walki się zakończyły, ich skutki są nadal odczuwalne – zarówno w relacjach międzyludzkich, jak i w sposobie funkcjonowania państwa.
Punktem wyjścia dla dalszych wydarzeń jest decyzja, wspieranego przez chór doradców, despotycznego prezydenta kraju (Rafał Dziwisz) o zakazie pochówku ciał poległych w wojnie żołnierzy. Są wśród nich polegli w bratobójczej walce bracia Antygony – Eteokles i Polinejkes. Prezydent zezwala na pogrzebanie pierwszego z nich, drugiemu zaś, uznanemu za zdrajcę, pochówku odmawia. Antygona, zwana w tej wersji Ant (Julia Kazana), sprzeciwia się rozkazowi władcy i decyduje się, pomimo grożących jej konsekwencji, pochować brata.
Antygona prosi swą siostrę – youtuberkę Ismenę (Agnieszka Kościelniak) – o wsparcie, lecz ta, obawiając się represji ze strony władz, odmawia. Nie zgadza się pomóc przy pochówku i nawet nie chce zrelacjonować sytuacji w mediach społecznościowych. Antygona nie akceptuje odmowy siostry – napomina Ismenę i swoich krajanów za moralną powściągliwość i brak reakcji na ludzką krzywdę:
[…] Jak możecie bawić się, gdy jeszcze dymią zgliszcza?
Koniec wojny jeszcze nie ucichł ostatni wystrzał.
Weźmy się za ręce tańczmy, jakby świat nie istniał.
Pokażcie swoje rany moich czas nie pozabliźniał […].
Bohaterka jest zdeterminowana. Sama, niczym biblijny Dawid, staje naprzeciw Goliata – niezwyciężonego aparatu władzy. Jej bunt jest znakiem sprzeciwu młodego pokolenia wobec elit. Działając w pojedynkę, Antygona nie pociąga za sobą tłumu; społeczeństwo pozostaje bierne. Jednak konflikt jednostki z systemem stopniowo się zaognia.
Chór w spektaklu Roszkowskiego różni się od chóru u Sofoklesa – tamten pełnił funkcję moralnego komentatora wydarzeń, ten zaś jest ciałem doradczym prezydenta, funkcjonując jak echo jego idei i słów.
Zatopiona w ciągu alkoholowo-narkotykowym Eurydyka (Anna Tomaszewska) ukazana zostaje w spektaklu jako postać nieradząca sobie z zastaną rzeczywistością. Wspierana przez Posłańca (Daniel Malchar) żona Kreona nie umiera jak u Sofoklesa, gdzie dopełnia tak tragiczną sytuację swojego męża. Zamiast tego popada w marazm.
Bisz i Roszkowski (pełniący także funkcję scenarzysty) filtrują klasyczny tekst antyczny przez język kultury popularnej, wykorzystując do tego celu hip-hopową estetykę oraz aktualne konteksty społeczno-polityczne. Przesunięcie akcentów prowokuje zmianę w tragicznej opowieści na motywach mitologicznych. U Sofoklesa Antygona i Kreon kierują się odmienną, lecz wewnętrznie spójną logiką działania: ona pozostaje bezwzględnie wierna własnym przekonaniom, on stara się działać w imię odpowiedzialności za wspólnotę. Ich konflikt nie jest starciem dobra ze złem, lecz efektem zderzenia dwóch perspektyw rozumienia obowiązku.
W spektaklu Roszkowskiego konfrontacja ta zostaje przedstawiona jako walka jednostki, będącej w pewnym sensie reprezentantką młodych, z systemem, który wspierają dawne elity.
Ant staje się figurą buntu. Nie neguje instytucji państwa, ale wyraża sprzeciw wobec niesprawiedliwości systemu uosabianego przez Kreona. Wprowadzenie takiej perspektywy sprawia, że prezentowana historia traci dramaturgiczną głębię – zamiast nierozstrzygalnego konfliktu otrzymujemy opowieść, w której racje są rozłożone nierównomiernie, a uproszczenie konfliktu na podział „młodzi kontra system” zmienia metafizyczną tragedię w naznaczony skrajnymi emocjami, zmierzający do krwawego rozwiązania konflikt społeczno-polityczny. W tym świecie nie ma bogów, a jedynym sacrum jest przetrwanie jednostki, której decyzje mają wymiar wyłącznie etyczny, nie religijny.
Ścieżka dźwiękowa tego musicalowego spektaklu oparta jest na stylistyce mrocznego hip-hopu. Przygotowane przez Michała Szlempę podkłady brzmią nowocześnie, a wątki muzyczne przenikają się, spinając całość przedstawienia. Struktura piosenek się powtarza: zwrotki są rapowane, a refreny melodeklamowane, skandowane, śpiewane na głosy albo z towarzyszeniem chórku. Rymy, stworzone przez Bisza i w większości opierające się na czternastozgłoskowcu, rapowane są przez aktorów w powtarzalnej manierze, która po kilkudziesięciu minutach zaczyna przeszkadzać: z czasem zacząłem mieć wrażenie, że wokale niektórych wykonawców brzmią tak, jakby były zaprogramowane. W ich rapowaniu nie ma flow, który w rapie łączy rytm i akcenty z muzyką – tu nie wszyscy aktorzy „płyną” po bicie. W rapowanej frazie niewiele jest pauz, zmian tempa i kontrapunktów, jednak młodsi członkowie obsady (bardzo sprawni Agnieszka Kościelniak, Julia Kazana, Wojciech Dolatowski i Daniel Malchar) często całkiem dobrze radzą sobie z melorecytowanym i śpiewanym tekstem.
Rapowa konwencja przydaje spektaklowi sznytu świeżości i uwspółcześnia go, jednak równocześnie wypłaszcza psychologiczny rys postaci. Dopasowane do bitu tempo momentami zaburza dialog – słowa pojawiają się w zawrotnym tempie, prowokując wrażenie pośpiechu. Znika naturalność komunikacji. W efekcie rap staje się formalnym przymusem, funkcjonując jako narzucona forma, która nie wspomaga aktorskiej kreatywności, tylko ją ogranicza.
Styl kostiumów zaprojektowanych przez Mirka Kaczmarka (odpowiedzialnego również za kunsztowną scenografię i światło) podporządkowany jest streetwearowej dekadencji z odrobiną robotniczej i wojskowej nonszalancji. Dominują nakrapiane uniformy, skórzane dodatki, tiule, moro w różnych wariantach oraz koszulki-żonobijki (również u kobiet). Wyświetlane ponad głowami publiczności projekcje wideo (Natan Berkowicz) tworzą intensywne, zsynchronizowane z muzyką, atrakcyjne dla oka kolaże. Jednak aby je zobaczyć, trzeba każdorazowo odrywać wzrok od sceny, co z czasem staje się uciążliwe i przytłaczające.
Pod koniec spektaklu pojawia się sztuczna krew, sygnalizująca samobójczą śmierć młodych kochanków, niepotrafiących pogodzić się z losem zgotowanym im przez system. Z literackim oryginałem łączy ich potrzeba zachowania godności i kontroli nad własnym losem; bohaterowie decydują się odejść z tego świata na własnych warunkach.
Jeśli spektakl w zamierzeniu miał być wysokobudżetową ściągą z obowiązkowej lektury, to realizatorzy spisali się na czwórkę – tekst Bisza zbyt daleko odchodzi od oryginału. Jeśli jednak ich pomysł polegał na przystępnym promowaniu antycznej tragedii, ze wskazaniem jej uniwersalnych sensów, zasługują na wyższą ocenę. Z pewnością udało się Teatrowi Słowackiego skroić kolejny spektakl według recepty na finansowy i frekwencyjny sukces, na wzór „1989” w reżyserii Katarzyny Szyngiery. Musical o pozytywnym micie zyskał rangę wydarzenia bestsellerowego, a na pokazy w ciągu dnia tłumnie przybywają szkoły.
„Antygona” Roszkowskiego wpisuje się w modny w ostatnich latach trend popkulturowego formatowania klasyki. Często w wyniku tego działania złożony konflikt zostaje pozbawiony wieloznaczności i głębi. Uproszczenie, zwiększające czytelność scenicznej komunikacji, to jednak w przypadku twórców „Antygony” świadomy wybór. Z pewnością wpłynął na niego fakt, że kierują swój spektakl do widowni, dla której język rapu jest jednym ze środków codziennej ekspresji. Niecodzienne jest natomiast wrażenie międzypokoleniowej wymiany, podczas której dojrzali aktorzy i milenialsi rapują dla licealistów pokolenia alfa – pozostaje ono w pamięci po wyjściu z teatru.
Od autora: wyróżnione i naśladujące poetykę spektaklu fragmenty recenzji wykorzystują wypowiedzi krakowskich licealistów, zebranych przeze mnie po zakończeniu przedstawienia.