Nr 10/2021 Na moment

Nie wypada albo odzyskiwanie pracy seksualnej

Łukasz Muniowski
Literatura Społeczeństwo

Kobieta w średnim wieku wchodzi do mieszkania, zaniepokojona hałasem kieruje się wprost do pokoju, w którym zastaje młodych mężczyznę i kobietę uprawiających seks. Na jej widok młodzi przerywają i zakrywają się, widocznie zakłopotani. Bohaterka już ma wyrzucić parę z pokoju, ale wtedy otrzymuje zaskakującą propozycję: może by się przyłączyła? „Słuchaj… ok” – odpowiada po (zdumiewająco krótkim) namyśle. Tak rozpoczyna się jedna z najbardziej znanych scen w historii polskiej pornografii. Aktorstwo jest kiepskie, jakość nagrania też nie najlepsza, a fabuła przywodzi na myśl podobnie wymyślne preludia do scen seksu znane z popularnych odcinków „Podrywaczy” i „Podrywaczek”. Milieu za każdym razem jest typowo polskie – koszmarnie urządzone mieszkanie czy działka lub dziki las.

Absurdalne historyjki o seksie uprawianym za worek ziemniaków czy akwarium są czymś na kształt darmowych trailerów, mających zachęcić do pobrania płatnych filmów. Świadomość treści owego wstępu jest niejako wymogiem poruszania się po Internecie i rozumienia memów zawierających frazy takie jak: „Słuchaj… ok” czy „Jakie kurwa dzień dobry?”. Ale przyznanie się do obejrzenia całej sceny – znajomości tego, co dalej, co nie przynależy do będącej dodatkiem (i naddatkiem) fabuły, ale stanowi clou filmu – to już w powszechnym dyskursie wstyd; jeszcze większy stanowi przyznanie się do czerpania z oglądania przyjemności. O ile sam kontekst jest istotny dla zrozumienia mema, osoba wypowiadająca pamiętne kwestie jest dla jego treści nieistotna. W takiej optyce nie trzeba wiele wiedzieć o niuansach jej pracy, można zredukować aktorkę czy aktora do wykonywanej czynności – ważne, że uprawia seks przed kamerą. Liczy się zatem obecność penetracji – nic (lub niewiele) więcej.

Historia najnowsza polskiej prostytucji na dobre rozpoczyna się w roku 1945, na gruzach dawnego świata, gdzie kobiety określane mianem „gruzinek” oddawały swoje ciało w zamian za jedzenie, alkohol lub pieniądze. Owo zachowanie od początku piętnowano jako dowód demoralizacji powojennego społeczeństwa; kobiety uprawiające prostytucję stały się więc pozbawionym decyzyjności przedmiotem w walce o kapitał polityczny. Nowa władza prezentowała prostytucję jako burżuazyjny wymysł, w ten sposób oddalając od siebie odpowiedzialność za sytuację ekonomiczną, która często zmuszała kobiety do handlu własnym ciałem. „Gruzinki” oskarżano też o przyczynienie się do epidemii chorób wenerycznych. Represje wobec kobiet uprawiających prostytucję były więc – zdaniem władz oczywiście – uzasadnione: chodziło przecież o ogólne dobro społeczne. Chociaż w świetle ratyfikowania przez Polskę w lutym 1952 roku Konwencji ONZ w sprawie zwalczania handlu ludźmi i przeciwdziałania prostytucji represje wobec pracownic seksualnych powinny ustać, nie znaczyło to, że ich sytuacja społeczna i ekonomiczna poprawiły się.

Od tego momentu pomysł karania za prostytucję co jakiś czas powracał, motywowany odgórnie bądź oddolnie, ale problemem było zdefiniowanie, co jest, a co nie jest prostytucją. To samo zresztą miało tyczyć się pornografii (penalizowanej w międzywojniu), której granice określić miał proces pokazowy postkomunistycznej władzy, w którym tygodnik „Nie” prowadzony przez Jerzego Urbana został oskarżony o rozpowszechnianie nieobyczajnych treści. Na ostatniej stronie „Nie” pojawiła się zwyczajowa „goła baba” – jak wskazywała Iwona Kurz – stały element polskiej kultury wizualnej. Ponieważ właścicielem gazety był Urban, a nagą kobietę umieszczono na stronie poświęconej krytyce zakazu aborcji, sprawa stała się polityczna. Był rok 1991, okoliczności sprzyjały Urbanowi – jako że wolność ekonomiczna miała iść w parze z wolnością obyczajową, dawnego rzecznika prasowego rządu uniewinniono. Nie była to oczywiście jedyna przyczyna sądowego triumfu Urbana (nie jest to jednak przedmiotem niniejszego tekstu). Sam wyrok stanowi natomiast niewykorzystaną okazję wyswobodzenia się z oków paternalizmu, w jakie od zawsze uwikłana była kobieca fizyczność – niezmiennie od 1989 roku Polki nie mają pełnej kontroli nad własnymi ciałami, a w ostatnich latach mają jej mniej.

 

Katarzyna Bella Donna (nie jest to jej prawdziwe nazwisko), gwiazda opisanej wyżej sceny i jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich aktorek porno, jest nie pierwszą i zapewne nie ostatnią osobą zepchniętą na społeczny margines w związku z wykonywanym zawodem. Aktorki porno rzadko pojawiają się w zestawieniach najpiękniejszych kobiet świata czy najlepszych aktorek, zwykle mają własne rankingi, w których są określane nie jako piękne, lecz gorące (hot) – jakby rozpatrywanie ich w tych samych kategoriach, co aktorki w ogóle było nietaktem (i brakiem szacunku do pracy „prawdziwych” aktorek), a włączenie porno-gwiazd do grona najpiękniejszych było równoznaczne z tym, co tradycjonaliści określiliby od razu „upadkiem obyczajów” (wszak „piękno” to kategoria szlachetna!).

Chciałbym się przyjrzeć temu zjawisku w szerszym kontekście i jednocześnie na konkretnym przykładzie. Przedmiotem analizy będzie dyskurs związany z pracą seksualną w Polsce. Jawi się on jako przepełniony stygmatyzacją, pruderią i dość niskich lotów humorem, będącym rezultatem starcia wstydu wynikającego z przekroczenia społecznych norm z polską przaśnością. Wystarczy jednak prześledzić sekcję komentarzy na stronach z ogłoszeniami natury seksualnej, by zorientować się, jak poważnie ich autorzy traktują misję powiadamiania o jakości usług oferowanych przez daną kobietę; dość swobodnie posługują się przy tym językiem polskim, używając zwrotów takich jak „seksi” czy „lodzik” w niespotykanym nigdzie indziej nawarstwieniu. W publicznym dyskursie coś takiego wywołałoby zbiorowe zgorszenie lub konsternację, tu zaś jest akceptowalne i zrozumiałe, bo pełni funkcję informacyjną: pozwala poszukiwaczom konkretnych uciech dowiedzieć się, czego mogą się na spotkaniu spodziewać.

 

Przyrost opowieści

Przypadek wydawniczy sprawił, że w krótkim odstępie czasu ukazały się dwie książki będące reportażem na temat pracy seksualnej: „Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL” (2021) Anny Dobrowolskiej oraz „Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity” (2021) Ewy Stusińskiej. Tam, gdzie pierwsza się kończy, druga się zaczyna – „Zawodowe dziewczyny” obejmują okres od 1945 do 1989 roku, „Miła robótka” zaś rozpoczyna się w latach 80. i opisuje Polskę końca wieku. Stworzony w ten sposób dwugłos uzupełnia książka trzecia – „Seksualne życie Polaków” (2021) Magdy i Piotra Mieśników. Zapewnia ona łączność przeszłości z teraźniejszością i pozwala na domknięcie narracji. Pomimo dość tabloidowego charakteru można w niej odnaleźć dużo obiecujących – z socjologicznego punktu widzenia – wniosków dotyczących obyczajowego progresu, jaki dokonuje się we współczesnej Polsce. Warto ją zatem dołożyć do reportaży, nawet jeśli samej pracy seksualnej autorzy nie poświęcają zbyt wiele miejsca.

 

Dobro społeczne i kara

Cel prostytucji i pornografii jest ten sam – zaspokojenie potrzeb klienta, gotowego zapłacić za różnego typu usługi natury seksualnej. Różni je przede wszystkim „namacalność” ciała zaangażowanego w pracę. Aktorki porno nie są prostytutkami, a prostytutki aktorkami porno. Rozróżnienie to wynika jednak wyłącznie z owej namacalności ciała i sposobie „relacji” z klientem, a więc z uwzględnienia specyfiki pracy. Nie chodzi o „hańbiący” charakter trudnienia się prostytucją – tym bardziej że według „Słownika języka polskiego PWN” prostytucja oznacza jedynie „uprawianie seksu za pieniądze”, nie ma więc mowy o nierządzie, zniewadze, zmazie. Już we wstępie do „Zawodowych dziewczyn” Dobrowolska zwraca uwagę na negatywne nacechowanie słowa „prostytutka”, sytuujące kobietę uprawiającą seks w celach zarobkowych jako „sprzedajną” i rozciągające jej „moralne zepsucie” na wszystkie sfery życia. Znów istotna jest tu kwestia podmiotowości – Dobrowolska podkreśla, że chce „zaproponować nową historię pracy seksualnej, bardziej wrażliwą na doświadczenie pracownic”.

 

Stawki, luksus i uprzedmiotowienie

Wróćmy jednak do porządku historycznego i czasów powojennych.

W latach 60. dokonał się nowy podział pracownic seksualnych, do „gruzinek” dołączyły „uliczne” i „lokalówki”. Te trzy grupy jako pierwsza opisała Magdalena Jasińska, przeprowadzając w tym celu badania terenowe w Warszawie. Trzy grupy niekoniecznie pałały do siebie sympatią, granice między nimi zaś wyznaczały stawki i miejsca pracy, które można wyczytać z samych nazw. Niezmienne pozostawało odbieranie kobietom decyzyjności i traktowanie ich jako wymagających kontroli ze strony władzy. Kobiety uprawiające prostytucję były postaciami z marginesu, wyrzutkami, co miało być zarówno przyczyną, jak i konsekwencją ich działań.

Dopiero pod koniec lat 70., wraz z rozbudzeniem się w Polakach chęci posiadania drogich, ekskluzywnych produktów, powoli zaczynano traktować prostytucję ze zrozumieniem. Wciąż dokonywało się to poprzez uprzedmiotowienie, nie zaś upodmiotowienie kobiet. Ich ciała traktowano jako jeden z typów luksusowych towarów, jakkolwiek okropnie to brzmi. Ich obecność na fotografiach i w filmach dla dorosłych była logiczną konsekwencją zachłyśnięcia się zachodnią obyczajowością, a nośniki tej rewolucji wkrótce stały się dostępne w kioskach i w wypożyczalniach video. Narracja w większości czasopism leżała po stronie mężczyzn, to oni byli zresztą głównymi konsumentami pornografii (ten stan rzeczy utrzymuje się do dziś). Konsekwencją tego były wnioski, że jedynie mężczyzna jest stroną aktywną, co wzmacnia retorykę stawiającą kobiety w rolach pozbawionych podmiotowości obiektów służących do zaspokajania potrzeb i ego. Współcześnie odbiciem tego przekonania są reklamy zamieszczane na stronach pornograficznych, adresowane wyłącznie do mężczyzn; jakby kobiety w ogóle pornografii nie oglądały, co oczywiście nie jest prawdą.

Uprzedmiotowienie nie było i nadal nie jest zresztą wyłącznie przypadłością kobiet uprawiających seks za pieniądze. Naświetla to Ewa Stusińska w rozdziale konfrontującym Katarzynę Figurę (aktorkę kinową i teatralną) z Klaudią Figurą (pierwszą polską gwiazdą porno). Pierwsza z wymienionych zgadzała się pokazywać ciało w obrazach, w których występowała, zakwalifikowano ją więc jako aktorkę przede wszystkim „wyglądającą”, co przełożyło się na jej traktowanie przez przemysł filmowy. Mimo iż tylko jedna Figura uprawiała seks przed kamerami, obydwie nie mogły wyjść poza pewne ramy narzucone kobietom eksponującym swoją seksualność. Dlatego pomimo ogromnego talentu aktorskiego Katarzyna Figura była relegowana do roli seksbomby, a Klaudia Figura pozostawała znana „tylko” jako kobieta, która ustanowiła rekord światowy, w ciągu jednego dnia odbywając stosunki seksualne z 646 mężczyznami.

 

Oddawanie głosu

We wszystkich trzech książkach autor i autorki oddają głos swoim bohaterkom. O ile jest to spodziewane w przypadku książki Mieśników – śledzących społeczną emancypację w tematyce seksualnej – oddanie głosu pracownicom seksualnym (których narracja była wyciszana w głównym dyskursie) jest czymś nowym, ważnym i potrzebnym.

Magda i Piotr Mieśnikowie poprzez rozmowy prezentują preferencje erotyczne Polaków – selekcja owych preferencji oparta jest na „shock value”, stąd trudno traktować książkę jako reprezentatywny obraz społecznej seksualności. Wybierając tematy prowokacyjne, potencjalnie szokujące, wywołujące zgorszenie – jak BDSM, seksturystykę, kluby dla swingersów czy uprawianie seksu w miejscach publicznych – autorzy wyszli z założenia, że nie będą kwestionować moralności swoich rozmówców (potencjalnie i tak zrobi to za nich dyskurs publiczny). Pozycji autorów nie opisuje jednak przymiotnik „obiektywny” – obok wyrozumiałości wykazują się ciekawością. Przez to jednak momentami ocierają się o voyeuryzm.

To zaś pozwala nam wrócić do pierwotnego kłopotu: przyjemności lub wstydu z powodu oglądania. Powszechny dyskursywny wstyd wiążący się z oglądaniem pornografii lub seksem za pieniądze zbyt często przeradza się w potępienie dla pracownic seksualnych, zbyt rzadko natomiast są one traktowane jako pracownice właśnie. Dwie powszechne narracje „wyjaśniające” ich zawodowy wybór – a zatem moralne zepsucie (upadek etyczny) lub tragiczne okoliczności biograficzne (przymus losu) – świadczą naraz o popadaniu w stereotyp oraz o nieznajomości rynku pracy i ludzkiej natury. Dopiero ta stereotypowa marginalizacja i stygmatyzacja – a także penalizacja – pracy seksualnej sprawiają, że pracownice faktycznie przymuszone są do związania się z innymi „branżami” funkcjonującymi poza marginesem społecznym lub poza prawem.

Krokiem ku normalizacji pracy seksualnej – która i tak ma miejsce i będzie postępować, bo zwyczajnie musi nastąpić – jest wsłuchanie się w głosy ją wykonujących. To właśnie robią Dobrowolska i Stusińska, przybliżając czytelnikom uczucia, motywacje i biografie konkretnych osób. Lektura ta wskazuje na konieczność uzupełnienia nie tylko panoramy najnowszej historii Polski (z której pracownice seksualne wypadły), lecz także regulacji prawnych i społecznych dyskursów na temat stosowności i norm obyczajowych. To więc naraz lekcja emancypacji i empatii.