Nr 12/2022 Na dłużej

Muzyka Czwartego Świata

Maciej Kaczmarski
Muzyka

Trębacz i kompozytor, teoretyk i autor koncepcji etnomuzykologicznych, wizjoner dźwięku i szara eminencja współczesnej muzyki. Nagrywał zarówno solo, jak i z Peterem Gabrielem, Talking Heads, Davidem Sylvianem i Tears For Fears. Był jednym z najbardziej wpływowych i zarazem najmniej znanych muzyków przełomu wieków. Pod koniec czerwca mija rok od śmierci Jona Hassella.

 

Elektroniczne instalacje

Hassell urodził się 22 marca 1937 roku w Memphis w stanie Tennessee – mieście, które dało światu Elvisa Presleya (choć w rzeczywistości Król urodził się w oddalonym o 180 kilometrów Tupelo w stanie Mississippi). Hassell nie został jednak miłośnikiem rock’n’rolla – od najmłodszych lat zasłuchiwał się w jazzie i muzyce klasycznej, pilnie uczył się nut i teorii muzycznej w szkole, po pierwszy instrument sięgnął w wieku dziecięcym. „Mój ojciec miał w domu kornet, więc na nim grałem, zamykałem się w łazience i wykonywałem »Stormy Weather« i temu podobne. W radiu usłyszałem Stana Kentona, Lesa Baxtera, Duke’a Ellingtona, »Caravan« Juana Tiola oraz Ravela”– wspominał po latach. Jako nastolatek regularnie odwiedzał juke joints, prowizoryczne kluby na obrzeżach Memphis, gdzie chłonął kulturę czarnoskórych i obserwował krzyżowanie się rozmaitych nurtów, które będą rezonować w jego późniejszej twórczości.

Formalną edukację kontynuował w Eastman School of Music w Rochester w klasie trąbki. Po zdobyciu dyplomu z kompozycji i krótkiej służbie w amerykańskiej armii Hassell zamierzał obronić doktorat z muzykologii na Catholic University of Washington, ale przypadkiem natrafił na artykuł o serializmie Karlheinza Stockhausena. Zafascynowany odkryciem wyjechał w 1965 roku do Kolonii i zapisał się na kurs prowadzony przez słynnego niemieckiego kompozytora (na zajęcia uczęszczali również Irmin Schmidt i Holger Czukay, przyszli założyciele Can). „Wiele nauczyłem się od Stockhausena, jeśli chodzi o wsłuchiwanie się w dźwięk” – mówił Hassell. I dodawał: „Przyglądałem się, w jaki sposób stosować metody statystyczne. […] Stockhausen przyjął inny punkt widzenia: zamiast budować dźwięki poprzez definiowanie wszystkich parametrów, należało zacząć od całości, a następnie wydedukować części tej całości”.

Po ponad dwóch latach spędzonych w Niemczech Hassell wrócił do USA i trafił w sam środek modnego wówczas środowiska minimalistów: brał udział w nagrywaniu kompozycji „In C” Terry’ego Rileya (1968) i został członkiem Theatre of Eternal Music, awangardowej grupy La Monte Younga, z którą zrealizował album „Dream House 78′17″” (1974). „To było wspaniałe antidotum na europejskie doświadczenie ze Stockhausenem, nawiązanie kontaktu z ludźmi, którzy dbali o dobre samopoczucie poprzez muzykę, a nie tylko o intelektualne ćwiczenia. Było to bardziej holistyczne” – przekonywał. W tamtym niezwykle płodnym okresie Hassell stworzył między innymi „Solid State”, „Time-Sculptured Dense-Spectrum Music” i „Ocean/Desert” – skomplikowane utwory, swego rodzaju rzeźby wykute w dźwięku za pomocą syntezatora Moog, które przypominały – jak twierdził sam autor – „elektroniczne instalacje w muzeum”.

 

Kamień węgielny

Przełom w życiu Hassella nastąpił na początku lat 70., gdy podczas festiwalu muzycznego w Rzymie spotkał Pandita Pran Natha – legendarnego indyjskiego śpiewaka, mistrza stylu raga. Za jego namową w 1972 roku wyjechał do Dehradun w północnych Indiach, gdzie w oparach haszyszu zgłębiał tajniki lokalnej muzyki pod czujnym okiem Natha. Towarzyszyli mu Riley, Young i Marian Zazeela. Nauka trwała blisko trzy lata i odkryła przez Hassellem nieznane uniwersum, całkowicie zmieniając jego podejście do materii twórczej. „To było spojrzenie na tradycję przekazywaną ustnie od pięciu stuleci, która była czystą muzyką, czysto dewocyjną formą dźwięku” – konstatował artysta. „Było to proste, lecz najgłębsze z możliwych olśnienie, narysowanie linii sięgającej wstecz do pradziejów człowieka. To jest esencja wszystkiego, co zrobiłem od tamtej pory, kamień węgielny wszystkich moich najlepszych dokonań”.

Pandit Pran Nath oduczył Hassella zachodniego, akademickiego myślenia o muzyce i pokazał mu, jak używać głosu w charakterze instrumentu, inspirując w ten sposób jego niezwykłą technikę gry na trąbce. Artysta wypracował swoje charakterystyczne brzmienie metodą śpiewania w ustnik zamiast tradycyjnego dęcia. Wpadł na ten sposób, kiedy próbował grać na trąbce indyjskie ragi – długie, transowe kompozycje pozbawione pauz. Potraktowany w ten sposób instrument mógł brzmieć jak głos w obcym języku, tropikalny ptak, odgłos odległego pociągu, dźwięk dmuchania w muszlę, wieloosobowy chór, kobiecy lament, brzęczenie owadów, wiatr na wydmach, ryk słonia lub skowyt psa. Do mikrotonowych fraz trąbki Hassell dodał elementy muzyki elektronicznej, a efekt zwany harmonizerem pozwolił mu budować akordy i linie melodyczne z zaledwie jednej nuty. „Prawie wszystko, co mam, zawdzięczam Pran Nathowi” – przyznawał.

Już w USA zrealizował debiutancki album „Vernal Equinox” (1977). Jak w soczewce skupiła się w nim zarówno wiedza przekazana przez indyjskiego guru, jak i harmonie modalne oraz elektryczne wcielenie Milesa Davisa na płycie „Bitches Brew”. Podczas sesji nagraniowych w York University Electronic Media Studios w Toronto wykorzystano trąbkę, pianino, syntezatory i instrumenty rodem z Afryki, Ameryki Południowej i Bliskiego Wschodu: mbirę, kongi, dondo, gruchawki, tarabukę, kanjirę i klawesy, a także nagrania terenowe oceanicznych fal, szczekających psów i śpiewających ptaków. W podobny sposób powstał kolejny krążek, „Earthquake Island” (1978). „Moim celem było stworzenie muzyki, która byłaby zintegrowana pionowo w taki sposób, że w żadnym przekrojowym momencie nie można było wyodrębnić ani jednego elementu jako pochodzącego z konkretnego kraju lub gatunku muzycznego” – tłumaczył później Hassell.

 

Mentalne krajobrazy

Bezprecedensowa zawartość „Vernal Equinox” zrobiła ogromne wrażenie na Brianie Eno. „Czułem, że jest to muzyka, na którą czekałem” – ekscytował się producent. Po solowym występie Hassella w Nowym Jorku Eno zaproponował trębaczowi współpracę. „Zaczęliśmy więc spędzać razem czas” – rekapitulował Hassell. „Chodziliśmy na koncerty Jamesa Browna i na brazylijskie filmy”. W końcu trafili do nowojorskiego studia Celestial, a efektem wspólnych sesji był album „Fourth World vol. 1: Possible Musics” (1980) – eksperymentalne dzieło, w ramach którego podkład rytmiczny generowany przez perkusistów z Brazylii (Naná Vasconcelos) i Senegalu (Aïyb Dieng) wkomponowano w partie syntezatorów, basu, gitary i trąbki oraz w rozmaite efekty studyjne. „Possible Musics” zebrał znakomite recenzje i trafił na listy najlepszych płyt tamtego roku, ale – ku wielkiemu rozczarowaniu Hassella – nie uczynił zeń gwiazdy.

Jeszcze wiele lat później Hassell żałował, że umieścił na okładce „Possible Musics” personalia Eno; wprawdzie jego znane nazwisko gwarantowało większy rozgłos, lecz ostatecznie przyćmiło koncepcję Czwartego Świata. Było to „zunifikowane prymitywne/futurystyczne brzmienie łączące elementy różnych światowych tradycji etnicznych z zaawansowanymi technikami elektronicznymi”. Pomysł artysty polegał na połączeniu duchowej spuścizny tak zwanych krajów Trzeciego Świata z technologią Pierwszego Świata. „Chciałem, żeby geograficzne i mentalne krajobrazy były bardziej nieokreślone – nie Indonezja, nie Afryka, nie to czy tamto. […] Jak wyglądałaby muzyka, gdyby »klasyka« nie była definiowana jako to, co wydarzyło się w Europie Środkowej dwieście lat temu? Co by było, gdyby świat znał muzykę jawajską, pigmejską i aborygeńską? Jak wówczas brzmiałaby »muzyka klasyczna«?” – obrazowo objaśniał Hassell swą doktrynę.

W tym samym czasie trębacz pojawił się jako gość na produkowanym przez Eno albumie „Remain in Light” Talking Heads, którego lider, David Byrne, również fascynował się muzyką afrykańską. Hassell podsunął kolegom wydawnictwa z francuskiej wytwórni Ocora i zaproponował im, żeby w trójkę nagrali płytę z „fałszywą muzyką etniczną”. Byrne i Eno zaczęli działać w duecie, opierając się na szkicach Hassella, ale gdy ten usłyszał pierwsze efekty ich pracy, był oburzony. „To było wyraźne, niezbyt subtelne przywłaszczenie sobie tego, co robiłem” – wyjaśniał. Album zatytułowany „My Life in the Bush of Ghosts” ukazał się ostatecznie pod nazwiskami Byrne’a i Eno. Na skutek sprytnych zabiegów ekipy menedżerskiej tego pierwszego wkład Hassella został pominięty: nie uwzględniono go na okładce i tym samym pozbawiono praw autorskich. „Stanowiłem korzenie tej płyty, a zostałem z niej całkiem wymazany” – skarżył się artysta.

 

Skomputeryzowana suita

Kiedy jego sławni partnerzy artystyczni wykazali się nielojalnością, której konsekwencje miał ponosić przez resztę życia, Hassell czasowo zerwał więzi ze muzyką pop i z powrotem usunął się w cień awangardy. Drugi album w serii „Fourth World” nosił tytuł „Dream Theory in Malaya” (1981) i powstał pod wpływem identycznie zatytułowanej pracy naukowej Kiltona Stewarta – antropologa, który w latach 30. XX wieku badał rdzenną ludność malajską na terenach dzisiejszej Malezji. Stewart natknął się na dwa odosobnione plemiona, Senoi i Semelai. Pierwszy szczep opracował rozbudowany system świadomego śnienia, drugi zaś tworzył własną muzykę opartą na rytmicznym uderzaniu dłońmi w taflę wody. W trakcie prac nad płytą Hassell wymyślił nową skalę, którą częściowo oparł na stroju indonezyjskim. Podobnego rozwiązania nigdy wcześniej nie zastosowano w kontekście instrumentu z zachodniego kręgu kulturowego.
„Dream Theory in Malaya” zdobył pewien rozgłos: francuskie Ministerstwo Kultury zamówiło u Hassella wykład na międzynarodowym seminarium Recontres Nord-Sud. Włoska trupa teatralna I Magazzini zatrudniła go do napisania ścieżki dźwiękowej do opery „Sulla Strada” wystawianej podczas weneckiego Biennale ’82. W tym samym roku Hassell wystąpił na pierwszej edycji WOMAD, festiwalu zorganizowanego przez Petera Gabriela. Z byłym członkiem Genesis współpracował też przy soundtrackach do filmów „Ptasiek” Alana Parkera (1984) i „Ostatnie kuszenie Chrystusa” Martina Scorsese (1988). Z dnia na dzień stał się rozchwytywanym sidemanem, jego trąbkę słychać na takich płytach, jak „Ambient 4: On Land” Briana Eno (1982), „Brilliant Trees” (1984) i „Words with the Shaman” (1985) Davida Sylviana, „White Man Sleeps” Kronos Quartet (1987) i „The Seeds of Love” Tears for Fears (1989).

Równolegle kontynuował solową ścieżkę kariery. „Aka/Darbari/Java: Magic Realism” (1983) to wczesny przykład samplingu, „skomputeryzowana suita”, na którą złożyły się hollywoodzkie orkiestracje stylizowane na lata 50., jawajski gamelan, indyjska raga oraz pigmejskie zaśpiewy mieszkańców lasów deszczowych w centralnej Afryce („Wykorzystywałem maleńkie fragmenty niczym malarz tworzący konstrukcję z gazety” – opisywał swą metodologię). „Power Spot” (1986) znamionował transfer Hassella do słynnej wytwórni jazzowej ECM w jej złotych latach. „Flash of the Spirit” (1988) zrealizował z tanecznym kolektywem Farafina z Burkina Faso, z którym wybrał się również w światową trasę koncertową. Całe lata 80. upłynęły Hassellowi na intensywnych występach – ze swoją muzyką dotarł między innymi do Niemiec, Francji, Holandii, Szwecji, Belgii i Japonii. Świat zaczął powoli nadążać za jego wyjątkową wizją.

fot. Roman Koval

Ojciec chrzestny

Zawsze otwarty na świeże trendy Hassell zachwycił się hip-hopem po odsłuchu „It Takes a Nation of Million to Hold Us Back” Public Enemy, a wyrazem tego zauroczenia były mocno zrytmizowane albumy „City: Works of Fiction” (1990) i wydany z formacją Bluescreen „Dressing For Pleasure” (1994). Dla odmiany nagrana we wnętrzach kalifornijskiego kościoła „Fascinoma” prezentowała stonowane obliczy artysty i towarzyszącego mu kwintetu. Podobnym brzmieniem cechował się koncertowy krążek „Maarifa Street: Magic Realism 2” (2005), pozszywany z trzech występów (Paryż, Mediolan, Montreal) i dedykowany Matiemu Klarweinowi – francusko-niemieckiemu malarzowi odpowiedzialnemu za oprawę graficzną płyt Hassella, Milesa Davisa, Herbiego Hancocka i Santany. „W zasadzie moja muzyka stara się być jego obrazami” – komentował artysta dorobek przyjaciela, który zmarł w 2002 roku.

Jeszcze w latach 90. o Hassella ponownie upomniało się kino: jego muzyka trafiła do filmów „Wstęp wzbroniony” Waltera Hilla, „Miłość i śmierć na Long Island” Richarda Kwietniowskiego, „Barwy kampanii” Mike’a Nicholsa, „Koniec przemocy” i „Million Dollar Hotel” Wima Wendersa (w tym ostatnim mignął również jako statysta – wcielał się w trębacza grającego w oknie tytułowego hotelu). Jego twórczość odkrywały kolejne pokolenia muzyków, a wielu z nich nawiązało współpracę z Amerykaninem: Flea (Red Hot Chili Peppers), Buckethead (Praxis), Bryan Mantia (Primus), Kenny Garrett, Ry Cooder, Stina Nordenstam, Techno Animal, Björk, Howie B, Ibrahim Ferrer, Carl Craig, Moritz von Oswald i 808 State. Jan Bang i Erik Honoré, organizatorzy norweskiego festiwalu Punkt, otwarcie przyznawali, że niekwestionowanym ojcem chrzestnym i spiritus movens tego wydarzenia był Hassell.

Ostatnie płyty Hassella to „Last Night the Moon Came Dropping Its Clothes in the Street” (2009) oraz dylogia „Listening To Pictures” (2018) i „Seeing Through Sound” (2020), opatrzona malarskim terminem „pentimento”. „Zacząłem postrzegać (a może słyszeć?) muzykę, nad którą pracowaliśmy w studiu, w kontekście tej definicji. Widziałem ją niczym obraz z warstwami, retuszami i nowymi warstwami, które są wymazywane tam, gdzie na wierzch wychodzi poprzedni wzór” – pisał we wkładce, tym samym komentując współczesną, palimpsestową epokę nieustannego przetwarzania, remiksowania i nadpisywania. Planował wydać książkę „The North and South of You”, w której rozwijał koncepcję Czwartego Świata w wymiarze społecznym, ale nie zdążył znaleźć wydawcy (pośmiertnie ukazał się tylko zbiór esejów „Atmospherics”). Hassell zmarł 26 czerwca 2021 roku po długotrwałych problemach zdrowotnych. Miał 84 lata.

 

Pionierskie połączenie

Nowatorstwo tego niepozornego artysty jest trudne do przecenienia. Zaproponowana przez Hassella wyimaginowana muzyka świata – fuzja minimalizmu, awangardy, muzyki elektronicznej, jazzu, ambientu, dronów, samplingu, nagrań terenowych, niezachodniego folkloru (indyjskiej ragi, afrykańskiej polirytmii, balijskiej sonorystyki, pigmejskiej wokalistyki, jawajskiego gamelanu itd.) i niespotykanego brzmienia przetworzonej trąbki – to rzecz całkowicie unikatowa. Przeszczepów kulturowych na łonie muzyki dokonywano oczywiście już wcześniej („Journey In Satchidananda” Alice Coltrane, „Music for Zen Meditation” Tony’ego Scotta czy „Orient” Dona Cherry’ego), a dziś twórczość z najdalszych zakątków globu jest dostępna na wyciągnięcie ręki, sampling dawno przeniknął do głównego nurtu, mieszanka zaś etno i elektroniki jest zjawiskiem powszechnym – ale to właśnie Hassell dokonał pionierskiego połączenia tych konwencji.

Jego muzyka tylko pozornie jest chaotyczna, faktycznie tkwi w niej wewnętrzna logika i przemyślana struktura. To hipnotyczne, korzenne brzmienie pachnące ziemią, dżunglą, deszczem – i zarazem narzędziami wykreowanymi ludzką ręką; tajemnicze melodie nieznanej cywilizacji, która scaliła mistycyzm z postępem technologicznym. Ta wielobarwna, wielowarstwowa mozaika rozmaitych wpływów to również idea globalizacji wyrażona w muzyce, ścieżka dźwiękowa dla „globalnej wioski”, gdzie granice geograficzne uległy zatarciu, a wiodącym trendem jest multikulturowy eklektyzm, który kładzie nacisk na komplementarność różnic. To twórczość wyrwana z kręgu czasoprzestrzennego i ufundowana na dychotomiach: starożytna/nowoczesna, religijna/świecka, organiczna/sztuczna, zewsząd/znikąd. Z tego powodu płyty z lat 70. i 80. brzmią równie świeżo, co te nagrane w XXI wieku. Sztuka ponadczasowa sensu stricto.

Centralnym elementem Czwartego Świata jest oczywiście miękki, łagodny ton trąbki, natychmiast rozpoznawalny i niepowtarzalny niczym odcisk palca. Hassell był nietypowym wirtuozem – unikał solówek, wolał powściągliwe, melodyjne frazowanie i tworzenie zwielokrotnionych tekstur. W rezultacie przepuszczenia instrumentu przez harmonizer i inne efekty jego plastyczna trąbka naśladująca techniki wokalne rzadko brzmiała w sposób standardowy. Meandrując pośród innych instrumentów, swobodnie płynęła wyciszonym i równocześnie ekspresyjnym, pełnym emocji strumieniem. Barwne, oniryczne partie trąbki – kruche i przy tym mocno dominujące nad resztą dźwięków – były improwizowane przez Hassella, który zdawał się na intuicję. Swoją grę opisał metaforą: „Czasami się czuję, jakbym zapalał świeczkę, którą trzeba chronić dłońmi, żeby nie zdmuchnął jej wiatr mojego (najwyraźniej ciągle) mutującego umysłu”.

 

Słuchanie wertykalne

Piero Scaruffi pisał: „Jon Hassell wynalazł jeden z najbardziej oryginalnych i wpływowych stylów muzycznych XX wieku. Muzyka świata narodziła się w latach 50., ale dopiero dzięki niemu stała się »głównym« gatunkiem, pod względem złożoności i ambicji porównywalnym z muzyką klasyczną. […] Jego nagrania z lat 70. i 80. stworzyły język, który zainspirował całe pokolenie”. Do uczniów artysty zaliczają się twórcy ambientu (Aphex Twin, Coil), techno (The Future Sound of London, Ricardo Villalobos), neopsychodelii (Psychic TV), click’n’cuts (Jan Jelinek, Akufen), plądrofonii (Oneohtrix Point Never, James Ferraro), eksperymentalnego hip-hopu (DJ Shadow, Flying Lotus), jazzu (Erik Truffaz, Matthias Eick, Ben Neill, Nils Petter Molvaer, Arve Henriksen), new age (Enigma, Deep Forest) i wszyscy, którzy garściami czerpali z głębokiej studni world music (Bill Laswell, Jah Wobble, Damon Albarn, Sting i wielu innych).

Hassell był autentycznie zainteresowany innymi kulturami i nigdy nie traktował egzotyki w sposób protekcjonalny czy zaborczy. „Jestem bardzo zaniepokojony »banalizacją egzotyki«” – podkreślał. „Kiedy każdy zajmuje się »egzotyką», to co właściwie jest »egzotyczne«? Czwarty Świat nakazuje: zaopatrz się w światowe słownictwo; używaj go w sposób subtelny i zaskakujący; podążaj za przyjemnością; zaufaj intuicji (po upewnieniu się, że wiesz, czym jest)”. I podsumowywał: „Sęk w tym, czy to jest lepsze niż to, co sobie przywłaszczyłeś. Czy wnosi coś do świata, czy też lepiej byłoby usłyszeć źródło, z którego zaczerpnąłeś?”. Jego etykę pracy potwierdzał Brian Eno: „Gdybym miał wymienić jedną nadrzędną zasadę w pracy Jona, byłby to szacunek. Z szacunkiem patrzy na świat we wszystkich jego chwilowych i ulotnych nastrojach, co słychać w jego muzyce. Dostrzega godność i piękno we wszelkich formach życiowego tańca”.

Chociaż muzyka Hassella jest na wskroś instrumentalna, za jej pośrednictwem artysta sprzeciwiał się prymatowi monolitycznej cywilizacji zachodniej, makdonaldyzacji świata, kolonizacji mediów i ekspansywnej polityce mocarstwowej (a trzeba pamiętać, że karierę rozpoczynał w okresie zimnej wojny). Był przekonany, że rdzenne kultury stanowią nieocenione źródło wiedzy, a ich ocalenie jest niezbędne dla przetrwania kultur równoległych. Rozwijając zupełnie odrębny, ze wszech miar odkrywczy język muzyczny, odżegnywał się od kiczowatego gatunku exotica popularnego w latach 50. i jego odprysków z lat 90. Namawiał też do słuchania wertykalnego, czyli „wsłuchiwania się w to, co dzieje się teraz, pozwalania swoim wewnętrznym uszom, aby skanowały całe spektrum dźwiękowe od góry do dołu”. Zapytany o gatunek, jaki uprawia, odpowiadał przewrotną grą słów: „I do country music; it’s just a matter of what country” [„Gram muzykę country; to tylko kwestia tego, jakiego kraju”].

***

Pozostawił po sobie tylko tuzin płyt solowych i garść albumów kooperacyjnych, lecz ich forma i treść – innowacyjny kolaż zachodnich zasad komponowania z orientalną ornamentyką – nieustannie zataczają szerokie kręgi w popkulturze. „Każdy, kto interesuje się nowymi granicami muzyki elektronicznej, powinien poświęcić czas na zapoznanie się z unikatową mieszanką magii i nauki w wykonaniu Jona Hassella” – pisał brytyjski tygodnik „Melody Maker”.