Nr 12/2021 Na moment

Literatura zmian klimatu: science i fiction

Waldemar Rapior
Literatura Społeczeństwo Esej

Na przeciwległym krańcu doliny szosa biegła przez czarne pogorzelisko. Po obu stronach ciągnęły się zwęglone i ogołocone z gałęzi pnie. Przez drogę przetaczał się popiół, a obwisłe wąsy drutu rozpiętego między poczerniałymi słupami pojękiwały cicho na wietrze. Spalony dom na polanie, a dalej pas łąk, nagich i szarych, i niedokończony czerwony nasyp, gdzie przerwano roboty drogowe.

Nie jest to opis krajobrazu Australii z marca 2020 roku. W wyniku dogasającego wówczas pożaru zginęło 34 ludzi i ponad miliard zwierząt pozaludzkich (różnica kolosalna). Spłonęło ponad 12,5 miliona hektarów lasów, czyli ponad jedna trzecia powierzchni Polski. Każdy mógł zobaczyć zdjęcia kurczowo przytulonych do drzew poparzonych koala. Szosy biegły przez pogorzeliska, wzdłuż nich zwęglone pnie. Resztki przemysłowego świata – druty, bilbordy, znaki drogowe – sterczały na wietrze. Nagie szare łąki wciąż się jeszcze kopciły, gdy w telewizji pojawiły się pierwsze sugestie, aby zamknąć fabryki, szkoły, sklepy, kina, teatry, bo to jedyne, co możemy zrobić, aby uchronić się przed scenami z chińskiego miasta Wuhan. Australia spłonęła, a świat opanował wirus. Niezły scenariusz na apokaliptyczne science-fiction.

Cytat, od którego rozpoczyna się niniejszy tekst, pochodzi z wydanej w 2006 roku powieści Cormaca McCarthy’ego „Droga” (wyd. pol. 2008, s. 6). Opis odnosi się do nieistniejącego świata powieściowego, ale czytany w 2021 roku, brzmi jak reportaż albo dokument. Czy światy przedstawione w ramach science-fiction nie stają się raczej realistyczne niż futurologiczne? Czy literatura ta nie jest ilustracją dzisiejszej rzeczywistości? Szybko można dojść do wniosku, czytanie tak zwanej climate fiction nie różni się za bardzo od czytania raportów naukowych o zmianie klimatu.

 

Cli-fi, literatura antropocen, solar punk, eco-fiction

Termin cli-fi (climate fiction) ukuł (kierowany intuicjami raczej PR-owymi niż krytyczno-literackimi) w 2007 roku bloger Dan Bloom. Niestety nazwa ta, pomimo sporego potencjału zakorzenienia w refleksji popkulturowej, nie pomogła mu sprzedać książki – „Polar City Red” – którą za jej pomocą promował. Bez wątpienia jednak weszła do obiegu – Wikipedia prezentuje obecnie hasło w kilku językach.

Etykieta cli-fi miała zwrócić uwagę czytelników na problemy zmian klimatu. Bloom mówi, że cli-fi oznacza fabularny sposób myślenia i pisania o zmianach klimatu. „Fikcja zmian klimatu” istnieje od XIX wieku – Bloom za początki gatunku uznaje książki Juliusza Verne’a, który opisywał Paryż przyszłości dotknięty nagłym spadkiem temperatur. Absolutnym gigantem, jednym z najważniejszych pisarzy gatunku Bloom czyni J.G. Ballarda, który w książce „The Burning World” (1964) wykreował klimatyczną katastrofę spowodowaną przez człowieka – suszami wywołanymi zaburzeniem cyklu opadów w wyniku zanieczyszczenia powietrza.

Badaczka literatury Stephanie LeMenager twierdzi, że cli-fi opowiada o miłości ludzi do świata oraz o chęci podtrzymania owego uczucia nawet w momencie masowego wymierania – co wyrażają egoistyczne chęci ratowania człowieka jako gatunku. Ale zarazem cli-fi ma podkreślać, że to ludzie odpowiadają za świat, w którym żyją – ważne więc, by tworzyli go wedle zasad bardziej sprawiedliwych i w sposób bardziej zrównoważony.

Obok cli-fi wśród typologii i etykiet dla dzieł poruszających kwestie zmian klimatycznych, znajdziemy także określenia: literatura antropocenu (anthropocen fiction); solar punk (opisujące małe społeczności wykorzystujące energię słoneczną dla stworzenia własnej niezależności energetycznej); eco-fiction[1].

Niektórzy z etykietą cli-fi mają jednak pewien kłopot. Jeff VanderMeer, którego książki są uznawane za przykład literatury klimatycznej, w 2016 roku wspominał, że „czuł presję ze strony pewnej osoby, aby przyjąć pewien szczególny termin określający literaturę, która opisuje globalne ocieplenie”. Pisarz twierdzi, że jeszcze za wcześnie na decyzję, która etykieta najlepiej oddaje to, co dzieje się w literaturze opisującej zmiany klimatu. Sprzeciwia się też praktyce wymyślania terminów dla płynnych zjawisk, podsumowując swoje stanowisko: „na razie nie chcę wiedzieć, gdzie powinny leżeć granice naszej empatii, jaki płot ma ją okalać ani umieć ją mapować, stać się geodetą jakiegoś terytorium, skoro to terytorium potencjalnie leży… wszędzie”.

 

Ministerstwo Przyszłości

Za klasyka literatury klimatycznej uznawany jest Kim Stanley Robinson. Bill McKibben, jeden z założycieli portalu 350.org (350 ppm – liczba części na milion, 10−6 – to górna granica bezpiecznego stężenia dwutlenku węgla w atmosferze), zatytułował recenzję najnowszej książki tego amerykańskiego autora: „The Ministry for the Future: It’s Not Science Fiction (Ministerstwo Przyszłości: To nie science-fiction). W fabule Robinsona banki centralne nie znikają, pieniądze też, państwa narodowe nadal istnieją. Dla McKibbena książka Robinsona nie jest utopią albo antyutopią, lecz powieścią realistyczną.

W poprzednich powieściach Robinson wysyłał ludzi w statkach kosmicznych na Marsa i w przestrzeń międzyplanetarną (np. „Aurora”). Bohaterowie „Aurory” zawracają swój statek i próbują wrócić na Ziemię. Robinson chce tym samym powiedzieć, że ludzkość nie ma planu B, że jest skazana na pozostanie na Ziemi. Wysiłki Jeffa Bezosa czy Elona Muska są w tym kontekście jedynie zasłoną dla realizacji własnych idée fixe i celów handlowych.

W „The Ministry for the Future” bohaterowie pozostają na Ziemi. Robinson umieszcza fabułę w 2025 roku, kiedy po fali upałów w Indiach powstaje ONZ-wska agencja z siedzibą w Zurychu: Ministerstwo Przyszłości. Państwa narodowe nadal istnieją, rządy negocjują nowe umowy i porozumienia, i próbują poradzić sobie z wyzwaniem klimatycznym za pomocą zdobyczy technologii: Delhi wypuszcza flotę samolotów, które rozpylają związki siarkoorganiczne; podejmowane są geoinżynieryjne próby zamrożenia na nowo wiecznej zmarzliny czy zminimalizowania absorbcji światła słonecznego przez oceany. Organizacja terrorystyczna Children of Kali mści się za wywołanie przez możnych tego świata globalnej fali upałów. Podczas Crash Day terroryści kierują drony w silniki samolotów znajdujących się w powietrzu, w wyniku czego giną plutokraci, bogacze, ale też niewinni ludzie. Bankowcy przyjmują do wiadomości, że podatek węglowy od emisji to konieczność. Powstaje „pieniądz węglowy” (carboni) funkcjonujący na zasadach bitcoina – to nowa waluta handlowa dla tych, którzy przestają wydobywać lub zapobiegają dużym emisjom CO2 do atmosfery. Carboni trudniej ukryć w rajach podatkowych – kiedy zaczyna on zastępować dolara, neoliberalizm się kruszy. W Chinach strajkują pracownicy zmuszeni do migracji do fabryk i spania na ulicach miast. Państwa Globalnego Południa zaczynają się buntować. Kraje Północy nie przejmują się deficytem i wydają bajońskie sumy na walkę ze zmieniającym się klimatem. W laboratoriach opracowano nowe gatunki bylin – można je uprawiać przez cały rok, hoduje się ostrygi, które wcześniej straciły siedliska ze względu na zakwaszenie wód. Zmianom technologicznym towarzyszy przemiana społeczna, ale kumulacja powyższych procesów nie prowadzi do rewolucji czy powstania nowego wspaniałego świata. W powieści historycy porównują ten ferment do Wiosny Ludów z 1848 roku – to znana strategia: szukanie analogii w przeszłości, aby zrozumieć dzięki niej teraźniejszość. Zdecydowanie rzadziej możemy znaleźć analogię w (wyobrażonej) przyszłości.

McKibben w swojej recenzji pyta, czy to, co Robinson przedstawia w „The Ministry for the Future”, jest możliwe poza ramami fikcji? Otóż tak. Nietrudno zauważyć jaskółki społecznej i politycznej zmiany w postaci różnych inicjatyw klimatycznych. Recenzent jest jednak bardziej sceptyczny i twierdzi, że Robinson nie docenia tego, iż ludzie u władzy zrobią wszystko, by ją utrzymać – wykorzystają w tym celu także politykę ekologiczną i katastrofę klimatyczną. Gdyby więc na przykład zaczęły się mordercze upały w Indiach, mogą one przyczynić się do powstania społeczeństwa obywatelskiego, ale również obudzić kolejnych Trumpów, Dudów, Bolsonarów, Modich.

Ta perspektywa pozwala nam wrócić do poszukiwania w fabularnej przyszłości opisów naszej teraźniejszości. Hindusko-bengalski pisarz Amitava Ghosha stwierdził, że literatura realistyczna nie radzi sobie z opisami zmian klimatu, które wymagają innej perspektywy: nie-ludzkiej, nie-codziennej, geologicznej, planetarnej, nieodnoszącej się do doświadczeń poszczególnych ludzi czy pokoleń. Jeśli chce się opisać zmiany klimatu, twierdzi Ghosh, musimy porzucić powieść realistyczną. Nie zgodziłby się z nim Robinson, który uważa, że SF to realizm naszych czasów („Science Fiction Is the Realism of Our Time”). Współczesne science-fiction dodaje bowiem do opisów relacji jednostka–jednostka, jednostka–społeczeństwo i jednostka–historia trójkątny układ: jednostka/społeczeństwo–planeta. Zdaniem pisarza to perspektywa planetarna decyduje o realności spojrzenia i formułowanych diagnoz.

 

Perspektywa planetarna i etyka superwspółzależności

Czas planetarny jest inną skalą czasową. Ziemski ekosystem rozwija się od 4,5 miliarda lat – w tym okresie kilka razy następowało masowe wymieranie gatunków[2]. Obecnie, jak wskazują raporty, trwa kolejne.

Perspektywa planetarna jest dla nas niełatwa do przyjęcia jako „poza-ludzka” – ale też z tego samego względu jest dla nas konieczna. W książce „Szóste wymieranie” Elizabeth Kolbert, przyjmując perspektywę planetarną, wypracowuje etyczne podejście do świata. Autorka zwraca uwagę, że nie dostrzegamy wymierania gatunków roślin i zwierząt pozaludzkich, ponieważ przyzwyczailiśmy się patrzeć na świat z perspektywy ludzkiej – szukamy intencjonalnego aktu, rozmyślnego działania ludzkiego, które wywołuje zmiany. Gatunki zwierząt, pisze Kolbert, wymierają nie dlatego, że kłusownicy z karabinem AK-47 polują na słonie czy nosorożce, lecz dlatego, że czytasz ten artykuł, bo aby to zrobić, musisz wyświetlić go na swoim laptopie albo smartfonie. Twój sprzęt potrzebuje energii oraz pierwiastków niezbędnych do jego wytworzenia. Takie ćwiczenie, pogłębiona autorefleksja pozwala dostrzec, że każdy z nas nie tyle obserwatorem zmian klimatu, ile ich częścią. Autorka opowiada się za etyką superwspółzależności – sugeruje, że jesteśmy dziś superwspółzależni od siebie nawzajem, innych gatunków fauny i flory. Porzucenie myślenia intencjonalnego jest formą myślenia planetarnego, ale nie jest porzuceniem etyki – wiąże się zatem z dwoma wyzwaniami.

Pierwszym jest połączenie tej etyki z etyką wspólnotową – z troską o tych, z którymi współdzielimy nie tylko teraźniejszość, ale i przyszłość; a także o to, jak owa przyszłość nas zapamięta. Drugim wyzwaniem, trudniejszym dla naszej percepcji, jest uznanie, że pewne procesy są faktem, dzieją się niezależnie od ludzkiej intencji. Amerykański pisarz i naukowiec Verlyn Klinkenborg twierdzi, że pytanie, czy ludziom powinno zależeć na wymieraniu gatunków roślin i zwierząt lub jego zahamowaniu, jest nieistotne. Jakkolwiek na nie odpowiedzmy, klimat się zmieni(a), gatunki wym(ie)r(aj)ą – to fakty. Zdaniem Klinkenborga większość ludzi to niereformowalni szowiniści gatunkowi – jeśli o coś dbamy, to o siebie (co stanowi utrudnienie dla pierwszego wyzwania). Dopiero dysponując taką wiedzą, powinniśmy rozmawiać o zmianach klimatu.

Toby Ord z kolei w „The Precipice: Existential Risk and the Future of Humanity” przyjmuje perspektywę Klinkenborga i stawia pytanie o apokaliptyczne scenariusze. Kalkuluje przy tym ryzyko – rozważa prawdopodobieństwo katastrofy zarówno naturalnej, jak i nuklearnej. Żaden z tych scenariuszy nie zakłada katastrofy ostatecznej.. Nawet jeśli zmiany klimatyczne przyspieszą, wciąż pozostanie jakieś miejsce do życia. Wyginie wiele gatunków zwierząt i roślin, umrze wielu ludzi z ubogich krajów czy zamieszkujących wybrzeża, ale gatunek ludzki nie zniknie całkowicie – przeżyją bogaci, dysponujący sztuczną inteligencją i inteligentnymi maszynami. Org stwierdza, że to te ostatnie mogą wyprzeć gatunek ludzki. Wyginiemy nie dlatego, że pokona nas klimat, ale dlatego, że maszyny nas się pozbędą.

 

fot. Steven Weeks on Unsplash

Novacen

Do podobnego wniosku, co Org, doszli również historyk Yuval Noah Harari i biolog James Lovelock (twórca „hipotezy Gai”, 1974). Żaden z trójki – Org, Harari czy Lovelock – nie opisał swoich hipotez w ramach fikcji literackiej.

Ostatni z wymienionej trójki w swej najnowszej książce „Novacene: The Coming Age of Hyperintelligence” przewiduje nadejście nowej epoki geologicznej: antropocen zostanie według niego zastąpiony novacenem. W novacenie energia słoneczna jest przekształcana w informację przez cyborgi, które według Lovelocka pojawią się, gdy dzisiejsza, bardzo jeszcze mało rozwinięta AI uzyska zdolność samoreplikacji i będzie się samodzielnie projektować. Cyborgi będą podlegać ewolucji i wkrótce staną się tysiące, a potem miliony razy inteligentniejsze od nas. Zbudowane z krzemu cyborgi będą też potrzebowały temperatur planetarnych podobnych do tych, jakie pozwalają przeżyć formom życia opartym na węglu (także nam, ludziom). Wykorzystają one swoje umiejętności do ochłodzenia planety i ocalenia obu gatunków – ludzkiego i cybernetycznego. Będzie to jednak tylko jeden z etapów przyszłości planety. Ludzie staną się zbędni – cyborgi pozostawią nas przy życiu, ponieważ (podobnie jak my) będą potrzebowały towarzystwa. Będziemy dla nich niczym rośliny doniczkowe stojące dziś na parapetach naszych domów. Lovelock nie ukrywa, że gatunek ludzki wyginie. Za kilka miliardów lat Słońce będzie tak gorące, że stopi cały lód na Ziemi i zamieni planetę w pogorzelisko podobne do Wenus.

Większości z nas przewidywania Lovelocka nie wprowadzą jednak w depresję – są zbyt odległe. Perspektywa planetarna jest kusząca, ale ograniczają ją ludzkie możliwości przełożenia pracy wyobraźni na bodźce do realnych działań.

Takiego narzędzia dostarcza literatura zmian klimatu, przyjmując perspektywę planetarno-ludzką. Nie cechują jej jednak nostalgia czy naiwność – przeciwnie, jej lektura może dostarczać konkretne bodźce do działania.

 

Podstawowe pytanie etyczne

Dotąd obserwowaliśmy, jak fikcja literacka i niefikcjonalna refleksja na temat teraźniejszości zmian klimatycznych łączą się w przyjmowanej perspektywie planetarno-ludzkiej. Warto uzupełnić tę panoramę o kwestię, jak fikcja staje się dla aktywistów i dla piszących punktem odniesienia. Publicyści, filozofowie, socjologowie w swoich tekstach odwołują się do fikcji (jak np. Peter Frase w książce „Cztery przyszłości” do „Star Treka” czy jak czyni to Lech Nijakowski w książce „Świat po apokalipsie”, w której fabuły postapo służą autorowi do uruchomienia „wyobraźni socjologicznej”). Równie często jednak znaczenie cli-fi, SF, postapo podkreślają aktywiści i działacze ekologiczni.

Często przywołują oni „Drogę” McCarthy’ego, od której zacząłem niniejszy tekst. Aktywista ekologiczny George Monbiot powiedział o niej, że „jest to prawdopodobnie najważniejsza książka o środowisku, jaką kiedykolwiek napisano. […] eksperyment myślowy, który wyobraża sobie świat bez biosfery”. McCarthy przedstawił w niej ekstremalny scenariusz utraty wszystkiego. „Gdybym miał stworzyć dla kogoś listę lektur o tematyce ekologicznej, pierwszą książką, którą dałbym mu do przeczytania, byłaby »Droga«, ponieważ jest to Ground Zero ekologizmu” – piał Monobit. „Konsekwencje są opisane przez McCarthy’ego z genialną oszczędnością i surowością”. Ta książka „całkowicie odbiera czytelnikowi nadzieję”. Elliot Ackerman zgadza się, że „ton książki pasuje do jej apokaliptycznej tematyki. Ale jest w niej również coś bardzo odkupieńczego, ponieważ w piękny sposób ukazuje nasze pierwotne pragnienie, by przeżyć z pokolenia na pokolenie”. James Miller dodaje, że ukazane w powieści „miłość ojca do syna i wrodzone człowieczeństwo syna to dwa promyki nadziei, które przewijają się przez całą książkę” oraz: „to jedna z tych druzgocących książek, która po zakończeniu pozostawia nas zdrętwiałych i odmienionych. Myślę, że McCarthy bardzo mocno i szczerze przyjrzał się najtrudniejszym pytaniom o sens życia”. Greg Garrett pisał, że mężczyzna i chłopiec stanowią symbol każdego, kto znalazł się w skrajnej sytuacji. Czego są gotowi dokonać, by przetrwać? Co robią, jeśli chodzi o zasoby? Czy się nimi dzielą, czy gromadzą? Czy w kontaktach z innymi ludźmi reagują strachem, czy radością? „Syn jest cudowną postacią, bo w swojej niewinności ciągle sprawdza ojca. Ciągle pyta ojca, czy oni są dobrzy – czy są tymi dobrymi. Ojciec wymyśla coś w rodzaju pseudoreligijnej konstrukcji: że oni »niosą ogień«”. Stacey Peebles przypomina, że powieść McCarthy’ego porusza wiele tematów. „Ekokrytycy widzą w niej ostrzeżenie przed tym, co by było, gdybyśmy stracili świat przyrody. Myślę, że to całkiem mocna rzecz”. Mark Boyle pisał, że „Droga” „jest najwspanialszą powieścią, jaką kiedykolwiek napisano, a McCarthy – jednym z najważniejszych pisarzy ostatnich stu lat. Jej ponurość przeplatana jest zdaniami tak pięknymi, że aż płakałem. Czytanie jej przy ciepłym ogniu i dobrym, świeżym posiłku przypomina mi również, by być wdzięcznym za wszystko, co jeszcze mamy. To, czy uda nam się ocalić to, co pozostało ze świata przyrody, jest wielkim pytaniem, ale powinniśmy przynajmniej się światem cieszyć”.

Wszystkie przytoczone wypowiedzi pochodzą z portalu Five Books. Zaprasza on ekspertów do polecenia pięciu najlepszych książek w temacie, którym się zajmują; następnie w krótkim wywiadzie wyjaśniają oni swój wybór. Według specjalistów od tematyki ekologicznej sytuacja powieściowych ojca i syna to zwierciadło, w którym możemy się przejrzeć. Czy to kwestia przyszłości? Czy może w 2021 roku jesteśmy w podobnym miejscu, co postacie książki, skoro opisy apokaliptycznej(?) „Drogi” pasują do naszej rzeczywistości?

 

Jaki realizm dla planety Ziemia?

Twórczość dotycząca zmian klimatu nie obiecuje uspokajającego spojrzenia na los naszej planety. Dzieła te można jednak wykorzystać jak laboratorium: przetestować nasze możliwości działania wobec dokonującej się katastrofy klimatycznej i lepiej zrozumieć, na czym stoimy tu i teraz.

Film „Snowpiercer” (2013) w reżyserii Bonga Joon-ho otwiera kilkunastosekundowa scena lot rakiet mających rozpylić substancję CW-7, która miałaby powstrzymać globalne ocieplenie. Potem oglądamy już tylko zasypane śniegiem torowisko i wnętrze pociągu podzielonego na trzy klasy (elitę; robotników obsługujących maszyny; pasażerów na gapę i ubogich). Z kolei w opowiadaniu Olgi Tokarczuk „Kalendarz ludzkich świąt” (2019) geoinżynieryjna katastrofa opisana jest w kilku zdaniach:

Metalowe skrytki korodowały i drzwiczki nie przylegały dobrze do ściany. Kiedyś skrytki były wykonane z plastiku, ale zjadły go specjalnie wyhodowane bakterie. Wpuszczono je wcześniej do mórz, żeby rozłożyły śmieci z plastiku, lecz one z czasem przeniosły się na ląd i ich ofiarą padł cały plastik na świecie. Po rzeczach z tworzyw sztucznych pozostały zaledwie szkielety, fantom cywilizacji człowieka. Ludzie wrócili do metalu, zwłaszcza że bakterii nie udało się wyplenić (s. 204–205).

Można interpretować ten fragment jako ostrzeżenie przed niezamierzonymi skutkami rozwiązań technologicznych. Być może jednak nie mamy innej możliwości? Robinson twierdzi, że w czasach, w jakich żyjemy – określanych mobilizującym frazeologizmem „wszystkie ręce na pokład” – nie możemy z góry odrzucać rozwiązań technologicznych. Takiemu podejściu wtóruje Edwin Bendyk w książce „W Polsce, czyli wszędzie” – oto zatem kolejny sojusz fikcji i narracji niefikcjonalnej:

Okno na zmianę nie będzie otwarte w nieskończoność, mamy bardzo mało czasu. I musimy wykorzystać wszystkie zasoby, także paliw kopalnych, zanim się z nimi pożegnamy, żeby przeprowadzić transformację energetyczną. Jeśli tego nie zrobimy, nie będziemy w stanie już się przeobrazić. Ugrzęźniemy. A wtedy zrealizują się scenariusze wykraczające poza granice najśmielszej nawet wyobraźni.

Autorzy cli-fi uruchamiają „najśmielszą” wyobraźnię wówczas, gdy nie koncentrują się na momencie przełomowym, katastrofie. Bong Joon-ho, McCarthy, Tokarczuk przedstawiają tę chwilę enigmatycznie – ważne jest dla nich to, co dzieje się z relacjami międzyludzkimi, moralnością, instytucjami dzierżącymi władzę, z miłością, rodziną, planetą, zwierzętami i roślinami później, kiedy gatunek ludzki przetrwał katastrofę.

W powieściach zmian klimatu nie chodzi (albo chodzi nie tylko) o fakty naukowe czy świat fikcjonalny. Rozgrywka toczy się o nową, inną definicję realizmu. Co określimy dziś politycznym realizmem? Czy scenariusze podpowiadane przez teksty kultury są dla realizmu wystarczające?

Powieści traktujące o zmianach klimatycznych wskazują na procesy i mechanizmy uruchamiane, gdy człowiek zarówno jako indywiduum, jak i gatunek próbuje przetrwać –wskazują, jakie minimalne warunki potrzebne są do przetrwania. Mimo konwencji SF pozostają do bólu realistyczne. Jedną kwestię już nam uświadomiły: po końcu świata historia się nie skończy. W tym kontekście wyjątkowo brzmi jedna ze scen „Drogi”: „Stali w sklepie spożywczym w małym miasteczku, gdzie na ścianie wisiał jeleni łeb. Chłopiec patrzył długo na niego” (s. 121). Tak dzieci wpatrują się dziś w repliki dinozaurów w parkach rozrywki przy wylotówkach polskich miast.

 


Przypisy:
[1] Blogerka Lovis Geier prowadzi kanał na YouTube Ecofictology, na którym omawia literaturę zmian klimatu.
[2] Np. w triasie wymarło 80% gatunków morskich i wiele gatunków lądowych.