Nr 12/2021 Na teraz

Narracje ekstynktywne, narracje ratunkowe

Patryk Szaj
Środowisko Literatura

„Historie biotyczne. Pomiędzy estetyką a geotraumą” to książka imponująca zarówno objętością, jak i rozmachem teoretycznym. Zaczynam od tej opinii, ponieważ w drugiej części tekstu wejdę z publikacją Aleksandry Ubertowskiej w polemikę, chciałbym jednak potraktować to jako spór w (międzygatunkowej) rodzinie. Pisząc inaczej: nie byłoby moich krytycznych wtrętów, gdyby sama autorka nie postawiła pewnych pytań i nie zainspirowała mnie do przemyślenia kilku kwestii z zakresu literaturoznawstwa uprawianego na przecięciu ekokrytyki i studiów nad Zagładą.

Bo chyba tak można by najogólniej ulokować projekt badaczki. „Historie biotyczne” to historie (geo)traumy, historie środowiskowej pamięci o Zagładzie i innych wydarzeniach więcej-niż-ludzkiej historii. Perspektywa wykracza tu daleko poza antropocentryczne badanie ludzkich reprezentacji genocydu. Zgodnie z postulatem formułowanym między innymi w obrębie dyskursu antropocenu (najbardziej wyraziście przez Dipesha Chakrabarty’ego[1]) historii nie traktuje się tutaj jako domeny ściśle ludzkiej. Splata się ona z rozleglejszą temporalnością środowiskowo-geologiczną, nieodłączną zaś częścią genocydu okazuje się ekocyd.

Z jednej strony chodzi więc o rozszerzenie na byty pozaludzkie wrażliwości etycznej, co dokonywało się do tej pory zwłaszcza w obrębie animalstudies, choć i perspektywa ekokrytyczna coraz częściej pojawia się w podobnych kontekstach (wystarczy wspomnieć o współredagowanych przez Ubertowską Poetykach ekocydu). Z drugiej – stawką jest coś więcej niż po prostu włączenie tego, co nie-ludzkie, w obręb doniosłości moralnej. Badaczki i badacze tacy jak Donna Haraway, Karen Barad, Stacy Alaimo, Bruno Latour, Timothy Morton czy Timothy Clark – których prace stanowią główne inspiracje metodologiczne autorki „Historii biotycznych” – przekonują, że oddzielenie „spraw ludzkich” od tego, co inne od człowieka, jest nie tylko błędne, lecz także iluzoryczne. Można się kłócić, czy diagnoza antropocenu właściwie odpowiada na tę iluzoryczność, ale z pewnością właściwie ją rozpoznaje. Innymi słowy, stawką jest także zmiana przesądów ontologicznych i zwrócenie uwagi na relacyjność materii.

Monografia Aleksandry Ubertowskiej realizuje to zadanie w sposób przekrojowy i – by pozostać w poetyce materialno-semiotycznej – dyfrakcyjny. Nie przyjmuje jednolitej perspektywy metodologicznej, raczej czerpie inspiracje z najróżniejszych nurtów i faz szeroko pojętej ekokrytyki. Ważną rolę odgrywają niewątpliwie nowy materializm, Mortonowska wersja ontologii zorientowanej na przedmiot czy bardzo udanie wprowadzona na grunt polskiego literaturoznawstwa ekodekonstrukcja. Jednak w książce znalazło się też miejsce dla całkiem tradycyjnych konceptów ekokrytycznych takich jak wilderness czy dla klasycznych prac w rodzaju „The Future of Environmental Criticism” Lawrence’a Buella albo „Forests: The Shadow of Civilisation” Roberta Pogue’a Harrisona (co ciekawe jednak, ze wstępu do książki zniknęło pojęcie „tekstu środowiskowego” Buella, które jeszcze w pierwotnej wersji opublikowanej w „Tekstach Drugich” Ubertowska uznawała za atrakcyjne i aplikowalne do nowszych nurtów ekokrytyki[2]). Ogólną – ale też naznaczoną wyraźną sygnaturą autorską – charakterystykę wszystkich tych koncepcji zawiera wspomniany właśnie wstęp, z jednej strony rozwijający dobrze znaną opowieść o ewolucji ekokrytyki od I do IV fali, z drugiej – od razu wydobywający pojęcia i wątki, które będą później pracować w interpretacjach dzieł literackich, malarskich czy architektonicznych.

Interpretacje te porządkuje bardzo ciekawa i instruktywna (nie tylko dla„Historii biotycznych”, lecz również, jak się wydaje, dla literaturoznawczych studiów środowiskowych jako takich) typologia wprowadzona w zakończeniu wstępu, która dzieli ekoteksty na traumatropiczne, postnaturalne, sympoietyczne i biomimetyczne. W nurcie traumatropicznym (pojęcie zaczerpnięte przez Dominicka LaCaprę ze słownika botanicznego, oznaczające zgrubienie pojawiające się w miejscu zranienia rośliny – swoisty ślad po traumie) mieszczą się ponadludzkie reprezentacje Zagłady, ekologiczne świadectwa Holocaustu, geostorie ekstynkcji. Teksty postnaturalne wpisują się z kolei w ten nurt krytyki środowiskowej, która podaje w wątpliwość samo pojęcie „natury”, traktując je albo jako źródłową fikcję/fikcję źródłowości, albo jako dialektyczne przeciwieństwo „kultury”, albo jako ideologiczne zawłaszczenie pracujące na przykład na rzecz fantazmatów kolonialnych czy nacjonalistycznych. Termin „teksty sympoietyczne” nawiązuje oczywiście do idei sympoiesis, której gorliwą orędowniczką jest na przykład Donna Haraway, a do której w Polsce zbliża się niewątpliwie rozumienie ekopoetyki zaproponowane przez Julię Fiedorczuk i Gerardo Baltrána[3]. Zgodnie z tym ujęciem żadna wytwórczość i żadna sprawczość nigdy nie stanowią działania jednostkowego, zawsze już splatają się ze współwytwórczością innych aktorów planetarnych i pozostają od nich zależne. I wreszcie (najbardziej chyba dla mnie problematyczna, do czego jeszcze powrócę) biomimetyczność oznacza naśladowanie form biologicznych we współczesnej działalności kulturowej (informatyce, architekturze, nawigacji itp.), w kontekście zaś literackim – tekstowe strategie imitowania „natury”.

Raz jeszcze trzeba powtórzyć, że interpretacje rozwijane w kolejnych częściach przez Ubertowską imponują rozmachem. Autorka czyta bardzo różnorodne teksty (oraz dzieła malarskie, filmowe czy architektoniczne) i przykłada do nich rozbudowany aparat krytyczny. Wszelka rekonstrukcja tych lektur z pewnością byłaby niewystarczająca, pozwolę więc sobie jedynie szkicowo je nakreślić, odsyłając zainteresowane osoby bezpośrednio do „Historii biotycznych”. Teksty traumatropiczne uruchamiają zdaniem autorki rozległe związki między studiami środowiskowymi a holocaust studies, splatając ze sobą kategorie genocydu i ekocydu (czy też: wpisując genocyd w szerszą „ekocydalną” historię planetarną), a także – w bardzo wielu przypadkach – rozszerzając słynny „trójkąt Hilbergowski” (sprawca – ofiara – świadek) o czwartą kategorię: istoty nie-ludzkie. Ubertowska przygląda się z tej perspektywy między innymi etiudzie filmowej Janusza Morgensterna „Ambulans”, „Goldiemu” Ewy Kuryluk, motywom chtonicznym w prozie Wilhelma Dichtera i Henryka Grynberga, kompozycjom Jonasza Sterna złożonym z nie-ludzkich kości i ości (co kojarzy się nieco z wprowadzonymi niedawno przez Andrzeja Marca kategoriami „solidarn-ości” i „ludz-kości”[4]), cyklowi malarskiemu „Morgenthau” Anzelma Kiefera podejmującemu wyrafinowany dialog z tak zwanym planem Morgenthaua (który zakładał całkowitą dezindustrializację Niemiec po II wojnie światowej i przekształcenie ich w kraj ściśle agrarny – swego rodzaju ironiczne i dystopijne spełnienie monokulturowej ideologii Blut und Boden), bardzo udanym z perspektywy Latourowskiej teorii aktora-sieci instalacjom artystycznym: pomnikowi w Treblince autorstwa Franciszka Duszeńki i Adama Haupta czy „Dotleniaczowi” Joanny Rajkowskiej. Zwieńczeniem tej części jest natomiast „Zagłada gatunków” Wiktora Woroszylskiego – „poetycka narracja ekstynktywna”, dla której historia ludzka i historia planetarna okazują się „modalnościami tego samego procesu” (s. 131).

W obręb tekstów postnaturalnych Ubertowska włącza między innymi „Pornografię” Witolda Gombrowicza, gdzie ucieczka ze śmiercionośnej historii w naturę szybko przekształca się w dekonstrukcję ideału pastoralnego, zwłaszcza w jego wydaniu szlacheckim. Jak to obrazowo i udanie przedstawia autorka, w ład eko-nomii dworku szlacheckiego wkracza odrębne i suwerenne nomos „natury”, która funkcjonuje tylko pod postacią pisma (porno-grafii i pełniącej istotne funkcje w tekście Gombrowicza epistolo-grafii). Interpretacja ta doskonale pokazuje żywotność dekonstrukcji, w ostatnich latach niesłusznie (moim zdaniem) odsuniętej nieco na bok przez polskie literaturoznawstwo. Inną ciekawą realizacją postnaturalności są opowiadania Brunona Schulza. Choć akurat to przyporządkowanie budzi moje wątpliwości, o czym za chwilę, Ubertowska doskonale wpisuje twórczość autora Sklepów cynamonowych w kontekst nowego materializmu. Teksty Schulza okazują się po Harawayowsku mackowate i kompostowe, po Tsingowsku hybrydyczne, po Baradowsku dyfrakcyjne. Postnaturalizm objawia się też według autorki w „Górach nad czarnym morzem” Wilhelma Macha, gdzie naturalizowanie Ukraińców zostaje podważone jako kolonialny stereotyp, czy w „Słojach zadrzewnych” Tymoteusza Karpowicza, które z kolei odsłaniają pozytywistyczny rodowód figury „drzewa życia”.

Bardzo ciekawe (ale momentami też dość kontrowersyjne) są wybory, jakich dokonała Ubertowska, przyglądając się tekstom sympoietycznym. I tak na przykład autorka czyta „Na wysokiej połoninie” Stanisława Vincenza, gdzie huculska trembita jawi się jako odpowiednik „głosu Tangeru” (postkolonialnej kategorii oznaczającej modelowy kontrhegemoniczny język ludów podporządkowanych), przeciwstawiony inwazji kapitalistycznej eksploatacji i chroniący przed nią „pierwotność” puszczy Pokucia. Właśnie jednak z perspektywy postkolonialnej wymowa tekstu Vincenza okazuje się dwuznaczna: „pierwotność” puszczy stanowi tu kolonialny fantazmat, nieuchronnie orientalizujący kulturę Huculi. Lepsze wcielenia sympoietycznego pisania puszczy pokuckiej odnajduje więc Ubertowska w ekofeministycznych narracjach Menie Muriel Dowie („Panna w Karpatach”) i Dorothy Hosmer („Rowerem przez Polskę”). W tej części znajdują się też queerowe teksty homoerotyczne („Siedem filarów mądrości” T.E. Lawrence’a, „Kronos” Gombrowicza czy „Lubiewo” Michała Witkowskiego), których scenerią są liminalne miejsca natury. (Swoją drogą ciekawe, że choć jedną z głównych inspiracji metodologicznych Ubertowskiej jest Timothy Morton, nie odwołuje się ona do jego mało chyba znanego, a moim zdaniem doskonale tu pasującego szkicu „Queer Ecology”[5]). Zdecydowanie najmniej kontrowersji budzi włączenie do tekstów sympoietycznych pisarstwa Olgi Tokarczuk, wcielającego ideał wielogatunkowego, więcej-niż-ludzkiego „pisania antropocenu” Mary Louise Pratt.

I wreszcie za biomimetyczne uważa Ubertowska na przykład powieści Wiesława Myśliwskiego, cechujące się swoistymi „obsesjami tellurycznymi” i zinterpretowane przez autorkę w kontekście wielowątkowej, niejednoznacznej refleksji nad agrokulturą. Z jednej strony agrokultura przejawia bowiem bliską relację z naturą, nieuchronnie utraconą wraz z uprzemysłowieniem rolnictwa (swoją drogą, ciekawiłoby mnie, jak badaczka odniosłaby się w tym kontekście do niesławnych słów Martina Heideggera: „Rolnictwo jest teraz zmotoryzowanym przemysłem żywnościowym, tym samym w istocie, co fabrykacja zwłok w komorach gazowych i obozach zagłady, co blokady i skazywanie krajów na głód”[6] – wydaje się, że refleksja ekokrytyczna zachęcałaby do ich życzliwej reinterpretacji). Z drugiej jednak – już sama rewolucja neolityczna w pewnym sensie zdeterminowała dalsze losy relacji ludzkości i reszty aktorów tego świata (na co zwraca uwagę nieprzywoływany w tym kontekście przez Ubertowską Morton, nazywając ów model „agrologistyką”[7]). W tej części autorka przygląda się także architekturze Renza Piano, co – zwłaszcza gdy pozostać przy patronacie Mortona – wydaje mi się szalenie ryzykowne, o tym jednak za chwilę.

„Historie biotyczne” mają więc niewątpliwie wiele kapitalnych zalet. Najważniejsza z nich polega na udowodnieniu, że aplikowanie ekokrytyki do działalności literaturoznawczej może być bardzo owocne. Po pierwsze Ubertowska włącza się w coraz silniejszy w ostatnich latach proces „odkłamywania” marginalnej pozycji studiów środowiskowych w badaniach literackich, po drugie zaś pokazuje, że ekokrytykę da się łączyć z innymi językami – nie tylko tymi, które niejako „naturalnie” się do niej zbliżają (holocaust studies, postkolonializm, feminizm, nowy materializm…), ale również tymi, które tradycyjnie traktowano jako opozycyjne względem niej (dekonstrukcja, poststrukturalizm).

Mam nadzieję, że w tym momencie dla czytelników i czytelniczek stało się jasne, iż oceniam książkę Ubertowskiej wysoko, ale – przechodząc do części polemicznej – raz jeszcze chciałbym podkreślić, że moje uwagi mają w znacznej mierze charakter mniejszych lub większych korekt, które chętnie wprowadziłbym do projektu badaczki, a nie zasadniczego odrzucenia jej pomysłów. Wydaje mi się więc, że za wspomniane w poprzednim akapicie otwarcia trzeba zapłacić pewną cenę. Jest nią – po pierwsze – dość dużym eklektyzm metodologiczny. Sam w sobie nie jest on niczym złym, zwłaszcza biorąc pod uwagę „panoramiczność” „Historii biotycznych” (mapowanie ekokrytycznej biblioteki, czytanie różnorodnych tekstów literackich), jednak brak jednolitej perspektywy teoretycznej rodzi pewne problemy. Po drugie, rzuca się nieraz w oczy „przyczynkarskość” niektórych interpretacji. Także ona jako taka o niczym jeszcze nie przesądza, ale czasem skutkuje poważniejszymi kłopotami.

Zacznę od kwestii eklektyzmu metodologicznego. Po pierwsze momentami – nie zawsze, ale jednak – wynika z niego niejaka powierzchowność. Na przykład w części teoretycznej Ubertowska kreśli szeroką panoramę ekokrytyki (od I do IV fali), ale siłą rzeczy nie zagłębia się w rozmaite niuanse czy stojące za poszczególnymi nurtami przesłanki. Widać to zwłaszcza w opisie (bardzo zresztą cenionej przez autorkę) ekokrytyki materialnej, która osobie niezapoznanej z tą teorią może się wydać zlepkiem dość dziwacznych metafor („sploty sprawczości”, „czytanie dyfrakcyjne”, „kolektyw materialno-semiotyczny” itp.). Ryzyko takie bierze się w moim odczuciu z tego, że Ubertowska nie zwróciła dostatecznej uwagi na kwestię zasadniczą, czyli rozległy i skomplikowany dialog nowego materializmu z naukami przyrodniczymi, zwłaszcza z fizyką. Co istotne, nowy materializm znacznie różni się pod tym względem na przykład od niesławnych poststrukturalistycznych „przejęć” terminologii nauk ścisłych, które naraziły teoretyków i teoretyczki z tego kręgu na krytykę (słynna afera Sokala). Nowe materialistki – przeciwnie – traktują fizykę bardzo poważnie i rozwijają wręcz modelową wersję „trzeciej kultury”. Chodzi jednak o to, że Ubertowska nie do końca to pokazała.

Nie ukrywam, że poprzedni akapit jest nieco czepialski, bo przecież kreśląc wielowątkową panoramę ekokrytyki, autorka musiała dokonać pewnej selekcji materiału. Po drugie jednak – i tu mam już większy problem – eklektyzm skutkuje też czasem (znów: nie zawsze, ale jednak) ignorowaniem różnic pomiędzy poszczególnymi metodologiami. Przyznam, że drażni mnie zwłaszcza uporczywe posługiwanie się przez badaczkę pojęciem „natura”. Z jednej strony ma ona do tego pełne prawo, zwłaszcza że odnotowuje jego problematyczność (przywołuje np. kanoniczne „What is Nature?” Kate Soper). Z drugiej jednak termin ten pojawia się nawet w kontekstach Latourowskich czy Mortonowskich, do których wybitnie on nie pasuje. Wbrew pozorom nie chodzi tu o chwytanie za słówka, ale o odmienne przesłanki i implikacje rozmaitych teorii ekokrytycznych.

Bo po trzecie – wydaje mi się, że projekt Ubertowskiej podkopuje też pewna niewidoczna na pierwszy rzut oka niezborność. Skoro już wspomniałem o autorze „Dark Ecology” (o ile dobrze to odczytuję, jednym z ważniejszych patronów „Historii biotycznych”), powrócę do architektury Renza Piano. Autorka wpisuje ją w kontekst Mortonowski, stwierdzając, że zbliża się ona do koncepcji „hiperobiektów”. Jednocześnie jednak działalność Piano określona jest jako ekomimetyczna. Tymczasem w projekcie Mortona obecność hiperobiektów przeczy ideałowi ecomimesis (immersji w „naturę”, wtopienia w pejzaż itp.). Dzieje się tak dlatego, że hiperobiekty radykalnie wykraczają poza nasze intuicyjne pojmowanie skal czasowych i przestrzennych. Uogólniając, można powiedzieć, że kontekst antropocenu (czy jakkolwiek nazwalibyśmy tę nową epokę geologiczną) każe zrewidować wiele dogmatów dotychczasowej ekokrytyki.

Właśnie tak myśli o sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, Timothy Clark – kolejny ważny dla Ubertowskiej teoretyk. Badaczka z jednej strony dość często powołuje się na autora książki „Ecocriticism on the Edge”, z drugiej – nie wyciąga wniosków z jego najważniejszej lekcji, mówiącej, że dotychczasowa ekokrytyka nazbyt mocno wierzyła w siłę wyobraźni. Wiara ta wciąż cechuje autorkę, dla której nie ulega wątpliwości, że „konstruktywne strategie tej walki [z zagrożeniami antropocenu – P.S.] powinny przybierać formę przekształcenia pola symbolicznego/wyobraźniowego” (s. 13). Co zaskakujące, deklaracja ta pada właśnie w kontekście projektu Clarka. On sam widzi to natomiast następująco:

Wyolbrzymianie znaczenia tego, co wyobraźniowe, samo w sobie wiąże się z ryzykiem umacniania czegoś w rodzaju odwracających uwagę spraw drugoplanowych [diversionary side-show], ślepych na swą relatywną nieistotność […]. Antropocen nazywa nowo rozpoznany kontekst, który pociąga za sobą uczące pokory uznanie ograniczeń reprezentacji kulturowej jako siły zdolnej do zmiany stosunków międzyludzkich w porównaniu z licznymi czynnikami ekonomicznymi, meteorologicznymi, geograficznymi i mikrobiologicznymi oraz dynamiką populacji, a także efektami skali, takimi jak prawo wielkich liczb, które wynikają z próby myślenia na skalę planetarną[8].

Inną implikacją projektu Clarka jest konieczność radykalnego rozszerzenia skal czasoprzestrzennych, w jakich umieszczamy naszą działalność interpretacyjną (swoją drogą, to też jeden z powodów, dla których brytyjski literaturoznawca nie pała sympatią do ekokrytyki materialnej). Chodzi o to, byśmy zadawali pytania o konsekwencje danego tekstu czy wytworu kultury rozciągnięte na planetarną skalę przestrzenną (przywoływana nieraz przez Ubertowską „terrastrialność”) oraz na geologiczną skalę czasową. Wydaje się to bardzo istotne dla celu, jaki autorka postawiła sobie w „Historiach biotycznych”: wpisania genocydu w ekocyd, przebadania napięć między historią ludzką a geohistorią. Mam jednak wrażenie, że skala geologiczna pojawia się w poszczególnych interpretacjach zbyt rzadko. Inaczej mówiąc, chciałoby się, by Ubertowska silniej pchnęła czasem swoją ekokrytykę „to the edge”.

Jeśli pierwszą ceną, jaką płaci autorka za swoje otwarcia i rewizje, jest (niekiedy) zbyt silny eklektyzm metodologiczny, to ceną drugą jest przyczynkarskość niektórych interpretacji. Wynikają z niej czasem (do trzech razy sztuka: nie zawsze, ale jednak) dodatkowe problemy. Po pierwsze, „natura” nazbyt często – zwłaszcza w tekstach okołozagładowych – redukowana jest do roli znaku, symbolu czy reprezentanta ludzkich spraw, świadka Holocaustu dochodzącego do głosu jedynie po to, by – właśnie – poświadczyć wyjątkowość (w skali ludzkiej, a właściwie to europejskiej) wydarzenia Shoah. Problematyczna wydaje mi się zresztą już sama formuła „traumatropizmu”, która nie tyle wskazuje na (materialną czy ontyczną) wspólnotę losów ludzi i nie-ludzi, ile wykorzystuje fenomen biologiczny w charakterze metafory. Przeczy to ideałowi „tekstu środowiskowego”, w którym sprawczość przyrody pozaludzkiej powinna odgrywać samoistną rolę, a nie być jedynie tłem dla ludzkich spraw. Najlepszym realizacjom literackim czy artystycznym, świetnie zresztą skomentowanym przez Ubertowską, udaje się uniknąć tej pułapki, niektóre jednak w moim odczuciu w nią wpadają. Nie jestem na przykład pewien, czy poezja Dana Pagisa rzeczywiście wyraża Latourowskie usieciowienie, czy jedynie projektuje na nie-ludzi wydarzenie Zagłady. Podobnie niebezpieczny wydaje mi się esej „Kora” Georges’a Didi-Hubermana, gdzie „natura” „pamięta” o Auschwitz jako „świadek” tego, co zaszło. By jednak nie trzymać się tylko narracji traumatropicznych, nie mam też pewności, czy rola plaży bądź wydmy z „Lubiewa” Witkowskiego jest aż tak istotna z perspektywy środowiskowej. Czy ciotki nie wykorzystują po prostu instrumentalnie tych miejsc „odosobnienia”, by w spokoju zajmować się swoimi sprawami, nienękane spojrzeniem heteryków?

Po drugie, choć zaproponowana przez autorkę typologia ekotekstów bardzo mi się podoba i trudno zaprzeczyć jej funkcjonalności, moje wątpliwości budzi przyporządkowanie niektórych tekstów literackich do danych kategorii. Dlaczego na przykład opowiadania Schulza wpisano w perspektywę postnaturalną, skoro są one niemal modelowym wcieleniem sympoiesis (sama Ubertowska przywołuje w ich kontekście terminy Donny Haraway: mackowatość, kompostowość)? Dlaczego „Na wysokiej połoninie” Vincenza miałoby być tekstem sympoietycznym, skoro – jak zresztą świetnie odnotowała Ubertowska – z perspektywy postkolonialnej postawa autora jawi się raczej jako orientalizowanie kultury Hucułów? (Może to już czepialstwo, ale wydaje mi się, że ekokrytyka powinna nas również wyczulać na wydźwięk niektórych słów, więc zaryzykuję: w szkicu, który miałby być „korektą” postawy Vincenza, ukazującym „genderowanie Huculszczyzny” u wspomnianych wcześniej autorek anglojęzycznych, Ubertowska nieraz posługuje się bardzo niebezpiecznymi w tym kontekście pojęciami „dziewiczej przyrody”, „autentyczności” i „pierwotności” – uważam, że również tu przydałoby się więcej ostrożności).

Trzecia uwaga ma już raczej charakter metateoretyczny i formułuję ją nie tyle w odniesieniu do projektu badaczki, ile obok niego. Chodzi mianowicie o pewien „eurocentryzm” pisania o Zagładzie jako o doświadczeniu wyjątkowym i niepowtarzalnym. Nie chciałbym być źle zrozumiany: rozpoznania Theodora Adorna, Zygmunta Baumana czy Giorgia Agambena na temat Zagłady jako logicznego punktu dojścia nowoczesności są bardzo istotne, ale mam jednocześnie wrażenie, że ekokrytyka – zwłaszcza ekokrytyka postkolonialna – nakazywałaby rozszerzyć ten obraz. Sama Ubertowska zresztą to robi, gdy na przykład wspomina o roli bomby atomowej dla propozycji teoretycznej Anny Tsing. Ale chodziłoby mi o gest jeszcze radykalniejszy. Czy ludobójstwo w Kongu Belgijskim nie jest równie znaczącym przejawem tanatopolityki, co Zagłada Żydów[9]? Czy działalność europejskich potęg kolonialnych, które jeszcze po II wojnie światowej dopuszczały się wielkich zbrodni na rdzennej ludności (szacuje się np., że w trakcie jednej tylko rewolty w Madagaskarze w 1947 r. francuska armia wymordowała ok. pół miliona Malgaszów[10]), nie czyni dramatu genocydu jeszcze większym? Czy współczesne łańcuchy produkcyjne i konsumpcyjne kapitałocenu nie są genocydem (i ekocydem) w białych rękawiczkach[11]? I wreszcie: jak to wszystko ma się do wielkoskalowej, geologicznej historii planetarnej? Nie chodzi mi oczywiście o zastąpienie antropocentrycznych narracji o Zagładzie „naturocentryzmem” ani – tym bardziej – o rywalizację między różnymi geno- i ekocydami, przed którą przestrzegał na przykład Michael Rothberg, ale o rodzaj postulowanej przez tego badacza „pamięci wielokierunkowej”. Ta ostatnia nie tyle zrównuje, ile zestawia ze sobą ludobójstwa jako jednostkowe, zróżnicowane, ale dokonujące się nieustannie (będące raczej stałą historyczną niż wydarzeniami „wyjątkowymi”) „wyrwy w codzienności”. Nie „zaświadcza” też o przeszłości, ale rodzi „przestrzeń przeciw-publiczną”, świadomą, że każda praktyka pamięci jest – nieuchronnie – praktyką wykluczenia i dominacji[12]. Co istotne, logika pamięci wielokierunkowej pozostaje też otwarta na dyskursy nieantropocentryczne, wydaje się więc dobrze wpisywać w intencje „Historii biotycznych”. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że cały ten akapit otwiera szalenie trudny (poznawczo, etycznie) problem, któremu należałoby poświęcić znacznie więcej uwagi, niemniej bardzo by mnie ciekawiło, co autorka miałaby na ten temat do powiedzenia.

Ponieważ część polemiczna szkicu okazała się dość rozbudowana i mogłaby sprawiać wrażenie, że „Historie biotyczne” nie za bardzo mi się podobają, chciałbym raz jeszcze podkreślić, że moje uwagi mają charakter dopowiedzeń i korekt, które w ogóle nie byłyby możliwe bez gigantycznej pracy, jaką wykonała Aleksandra Ubertowska. Co więcej, właśnie praca badaczki pozwoliła mi przemyśleć i uporządkować pewne wątpliwości, za co jestem jej po prostu wdzięczny. Niech więc na koniec wybrzmi jeszcze jedno: myślę, że „Historie biotyczne” to przede wszystkim pozycja pionierska w polskim literaturoznawstwie. Dotychczasowe monografie ekokrytyczne (Julii Fiedorczuk, Anny Barcz czy Justyny Tabaszewskiej) nie wnikały bowiem tak głęboko w nowsze nurty studiów środowiskowych i nie wykorzystywały ich tak rozlegle w praktyce interpretacyjnej. Wszelkie braki czy niedopowiedzenia, które starałem się wskazać, zrzucić więc trzeba na karb pionierskości i potraktować jako zachętę do dalszego mierzenia się z trudnościami i aporiami „mówienia w imieniu biotycznej wspólnoty” czy też – zwyczajnie – dopuszczania jej do głosu.

Aleksandra Ubertowska, „Historie biotyczne. Pomiędzy estetyką a geotraumą”
Instytut Badań Literackich PAN
Warszawa 2020


Przypisy:
[1] Zob. np. D. Chakrabarty, Klimat historii. Cztery tezy, przeł. M. Szcześniak, „Teksty Drugie” 5/2014; tenże, The Anthropocene and the Convergence of Histories, [w:] The Anthropocene and the Global Environmental Crisis, red. D. Hamilton, C. Bonneuil, F. Gemenne, London 2015.
[2] Zob. A. Ubertowska, „Mówić w imieniu biotycznej wspólnoty”. Anatomie i teorie tekstu środowiskowego/ekologicznego, „Teksty Drugie” 2/2018.
[3] Zob. J. Fiedorczuk, G. Baltrán, Ekopoetyka. Ekologiczna obrona poezji, Warszawa 2015.
[4] Zob. A. Marzec, Antropocień. Filozofia i estetyka po końcu świata, Warszawa 2021, s. 57–63.
[5] Zob. T. Morton, Guest Column: Queer Ecology, „PMLA” 2/2010.
[6] Cyt. za C. Wodziński, Kairos. Konferencja w Todtnaubergu, Celan – Heidegger, Gdańsk 2010, s. 189.
[7] Zob. T. Morton, Dark Ecology: For a Logic of Future Coexistence, New York 2016.
[8] T. Clark, Ecocriticism on the Edge: The Anthropocene as a Threshold Concept, London–New York 2015, s. 21.
[9] Podobne pytania zadawał jakiś czas temu Andrzej W. Nowak. Osoby zainteresowane argumentacją tego stanowiska odsyłam do jego artykułu: A.W. Nowak, Czy można filozofować po Kongu Belgijskim? Pułapki krytyków nowoczesności, [w:] W sprawie Agambena. Konteksty krytyki, red. Ł. Musiał, M. Ratajczak, K. Szadkowski, A. Żychliński, Poznań 2010.
[10] Wspomina o tym David Graeber. Zob. D. Graeber, Dług. Pierwsze pięć tysięcy lat, przeł. B. Kuźniarz, Warszawa 2018, s. 12.
[11] Pewne wyobrażenie na ten temat daje Martín Capparós. Zob. M. Capparós, Głód, przeł. M. Szafrańska-Brandt, Kraków 2016.
[12] Zob. M. Rothberg, Pamięć wielokierunkowa. Pamiętanie Zagłady w epoce dekolonizacji, przeł. K. Bojarska, Warszawa 2016.