3/2021 Na moment

„Jesteśmy po to, by dokonywać zmian”.

Emilia Stachowska Flexi Geng
Rozmowy Muzyka

Z muzykami z Flexi Geng rozmawia Emilia Stachowska

Flexi Geng to projekt tworzony przez poznańskich muzyków, którzy do tej pory kojarzeni byli głównie z niezależną sceną gitarową (m.in. Gołębie, Pensjonat, Sierść, Złota Jesień, Willa Kosmos). Tym razem zarówno wskutek nudy, jak i niewyczerpanych pokładów kreatywności postanowili połączyć siły, aby nagrywać rap i przy okazji udowodnić, że jest mu całkiem blisko do punka.

 

Emilia Stachowska: Flexi Geng to dwanaście osób plus wymienieni na Bandcampie goście. Jak to się stało, że jest Was tak dużo? I jak doszło do tego, że zajęliście się rapem? Do tej pory zajmowaliście się głównie gitarowym hałasem.

Lemisz: Pomysł na projekt pojawił się na początku lockdownu. Właśnie wtedy zgadaliśmy się, żeby razem tworzyć muzykę w odsłonie innej niż dotychczas. Wcześniej większość z nas grała w różnych zespołach, ale kiedy koncertowy świat się zawalił, musieliśmy wymyślić coś nowego, aby nie pogrążyć się w marazmie. Impulsem było Hot16Challenge, a dokładnie nagrywka Tajfuna nominowanego przez Flexbusa – można więc powiedzieć, że to taki symboliczny początek Flexi Geng, który w rzeczywistości miał miejsce w kwietniu ubiegłego roku.

Nie zakładaliście jednak, że ten projekt tak bardzo się rozwinie? Napisaliście nawet, że „zaczęliście od beki, a skończyliście z totalną wczutą”. Kiedy przestało to być zabawą?

Żmija: W sumie nigdy nie była to albo zabawa, albo coś na serio. Była to po prostu nowa dla nas forma wyrazu, którą zaczęliśmy eksplorować. Nie czuliśmy się nigdy raperami, dlatego też nigdy nie czuliśmy się zobowiązani, aby wchodzić w to na sto procent, zupełnie na poważnie. Raczej traktowaliśmy to jako formę spędzania czasu: bardzo inspirującą i rozwijającą, bo powoli wszystkiego się uczyliśmy. Prawdą jest jednak, że teraz nasza działalność jako Flexi Geng jest bardziej ustrukturyzowana, stąd zapewne wrażenie, że jest w niej mniej żartu i mniej prostolinijnych tekstów, a więcej złożonych, indywidualnych historii, które opowiadamy.

Cegła: Zanim pojawił się Flexi Geng, mieliśmy swoje zespoły – trzeba było regularnie się spotykać, aby komponować, organizować próby, dlatego proces powstawania choćby jednej piosenki był dość czasochłonny. Zaskakujące było to, że w przypadku tego projektu zazwyczaj wystarczy jedno spotkanie, aby nagrać materiał. To była chyba największa nowość, jeśli chodzi o tworzoną przez nas muzykę – zaczęliśmy robić ją szybciej i bardziej spontanicznie, przez co niemal od razu mogliśmy ją wypuszczać.

Żmija: To prawda. Nowością jest to, że nie musimy się spotykać, aby stworzyć razem materiał. Nie musimy być wszyscy w jednym miejscu, żeby podjąć jakąś decyzję. Możemy na przykład wcześniej zaplanować, kto bierze jaki podkład, kto pisze tekst do danego beatu, a następnie tylko to „spinamy”.

Tajfun Blackberry: Ale tak było później, kiedy już wyrobiliśmy sobie jakiś system pracy. Na początku rzucaliśmy hasło: „Kto przychodzi nagrywać?”, po czym zbierało się mnóstwo osób i kto chciał nawinąć do beatu, ten nawinął, dlatego czasem w jednym nagraniu słychać sześć, siedem głosów. Teraz natomiast staramy się organizować bardziej sensownie, z wyraźniejszym pomysłem.

Żmija: Faktycznie, wcześniej było w tym sporo improwizacji i jeszcze więcej osób, które udzielały się przy nagrywaniu, stąd pewnie określenie „zabawa”. Obecnie też wszystko dzieje się dość szybko, ale wyłoniły się jakieś struktury. Zmienił się również sposób działania, bo wcześniej były to różne, często odległe historie, które łączyła pewna maniera. Teraz natomiast najpierw mamy pomysł na piosenkę, a dopiero później bierzemy się za pisanie tekstu i sklejamy to w całość.

Jeden materiał już skleiliście – „Duchowe bogactwo”, które ukazało się nakładem enjoy life. Czy w przypadku tego materiału można mówić o jakiejś koncepcji, jakichś ramach?

Cegła: Przede wszystkim: ten materiał ma swój vibe. Specjalnie wybraliśmy na niego tracki, które robiliśmy na początku. Takie, które teraz wydają nam się mniej profesjonalne, trochę gorzej brzmiące, ale chcieliśmy dać je na mixtape, aby podkreślić, że jest to nasze pierwsze wydawnictwo i początek przygody z rapem. Flexi Geng to jest proces, a „Duchowe bogactwo” to jego początek.

Żmija: Nagrania, które trafiły na mixtape, nie są aż tak dopracowane, ale dzięki temu mają swój urok. Jeśli chodzi o jakąś klamrę, spoiwo, to na pewno jest nim wspólna wizja rzeczywistości, podobny sposób interpretacji pewnych zdarzeń i wspólnych przygód. Flexi Geng nie jest grupą zawodowych muzyków, ale przyjaciół, którzy bawią się tym, co robią, opowiadając przy okazji o wielu współdzielonych przeżyciach.

Zatrzymując się na chwilę przy tych zdarzeniach i przeżyciach – z jednej strony mówicie, że to zabawa, ale Wasze teksty są bardzo mocne, momentami nawet mroczne. Trochę kojarzą się z psychorapem, z Kalibrem, a Tajfun Blackberry momentami brzmi jak Magik z „Księgi tajemniczej…”.

Tajfun Blackberry: Tworzenie może być zabawą, ale pamiętajmy, że to, co tworzymy, odzwierciedla też nas, nasze emocje; wchodzimy w to całkowicie.

Żmija: Im dużej piszemy teksty, tym bardziej są one związane z nami. Nie kreujemy już na ich potrzeby jakiejś nieistniejącej rzeczywistości, fikcyjnych historii i zdarzeń. Raczej odzwierciedlamy to, co nas otacza i oddajemy to, co siedzi nam w głowie. Każdy toczy indywidualną walkę: od nienawiści po akceptację samego siebie.

A słuchacie rapu na co dzień? Po jakie albumy sięgacie?

Lemisz: W naszej ekipie słucha się bardzo różnorodnej muzyki. Ja uwielbiam surowe brzmienie memphis rapu.

Tajfun Blackberry: Jestem szczerze zakochany w LSO i myślę, że to wpływa na to, co i jak nagrywam.

Cegła: Na pewno jest tak, że każdy z nas zna i ogarnia ten klasyczny rap oraz trap.

Tajfun Blackberry: I bardzo szanujemy Rycha Peję!

Żmija: Ale trzeba też podkreślić, że jeśli chodzi o gatunki, kolebką tego, co nagrywamy i po jakie środki ekspresji sięgamy, jest punk. Punk zawsze będzie miał wpływ na to, co robimy, a rap nigdy nie był motywem przewodnim naszego życia.

Cegła: W końcu trap jest współczesną muzyką punkową.

Żmija: Tak, dlatego się w tym odnajdujemy. Screamy, krzyczane wokale, bardziej podbite basy czy gitarowe wstawki są takimi elementami, które właśnie z punka zostały przemycone.

Niedawno na falach Radia Kapitał przeprowadzałam wywiad z zespołem Czyjeś Dzieci, w którym działa Kuba Biegaj – niegdyś producent, a obecnie, no właśnie, założyciel punkowej formacji. We wspomnianej rozmowie powiedział on, że spośród wszystkich popularnych gatunków muzycznych to właśnie rap jest najbliżej punka i ma z nim najwięcej wspólnego. Co o tym sądzicie?

Cegła: No tak, w szczególności trap. Moim zdaniem to, co słyszymy w trapie, niczym się nie różni od określenia „trzy akordy, darcie mordy” [śmiech]. Beat, mocny bas, powtarzany ciągle ten sam tekst… Byłem jakiś czas temu z moim młodszym bratem na koncercie trapowym i aż się bałem! Tyle energii, tyle ekspresji wśród publiczności, jakieś potężne pogo… Uciekłem [śmiech].

Lemisz: Na koncercie Młodego Osy czułem się jak na neo-Jarocinie. Kurzawa, pogo i mocna energia. Bawiłem się znakomicie.

Żmija: Ale nie zapominaj, że to była maniera samego rapera. On też wywodzi się z punka i często zaznacza, że na jego koncertach nie ma być zwykłego bujania się i machania rękoma, tylko ma być tak jak w punku: agresywnie, szybko, energicznie.

A jak ma być na Waszych koncertach?

Cegła: Ma być energia! Mamy mocne, energiczne piosenki, więc też ma być punkowo [śmiech].

Tajfun Blackberry: Tylko pamiętaj, że nie każdy z naszego składu ma taką ekspresję. Jest nas sporo, każdy jest inny, różnimy się też sposobem wyrażania emocji.

Cegła: Osoby ciche i spokojne będą stać z tyłu [śmiech].

Mówicie o punkowej energii, ale wasz pierwszy koncert odbył się… w teatrze.

Lemisz: Tak, nasz pierwszy koncert miał miejsce w Scenie Roboczej, gdzie przenieśliśmy się z ekipą do nowej sali prób. Kiedy więc okazało się, że jest już możliwość, aby organizować w tym miejscu wydarzenia, posklejaliśmy szybko materiał i postanowiliśmy zagrać nasz pierwszy koncert z prawdziwego zdarzenia. Można powiedzieć, że trafiliśmy wówczas w jakąś lukę w rzeczywistości – skorzystaliśmy z tego tak szybko, jak się dało. Na koncercie obowiązywał limit osób, ale ostatecznie wszystko wypaliło, chociaż trzeba przyznać, że trochę zabrakło koncertowego ścisku i większej spontaniczności w bezpośrednich kontaktach.

Wracając do Waszych tekstów: jest w nich sporo złości, frustracji, bezradności. Co Was wkurza?

Żmija: Mówiąc bardzo ogólnie: wszystkie schematy i trybiki, w których się nie odnajdujemy. Chcemy robić muzykę, czyli to, co od zawsze było zarówno pasją, jak i pewną formą definiowania oraz wyrażania siebie. W związku z tym jesteśmy skazani na podejmowanie działań, które nie są finansowane – nie wchodzą w zakres zainteresowań większości instytucji, a nawet ludzi. Próbujemy odnaleźć się w jakiejś rzeczywistości, w której nikt nam nie chce pomóc się odnaleźć.

Macie jakiś pomysł, jak to powinno wyglądać? Jakieś przykłady, gdzie i jak to działa?

Lemisz: Najlepiej jest chyba skupiać się na skali mikro; na tym, na co można mieć bezpośredni wpływ. My to robimy i systematycznie wdrażamy nasze plany. Próbujemy jakoś przetrwać te ciężkie czasy poprzez utrzymywanie stanu kolektywnego flow. Jesteśmy blisko i codziennie pracujemy. Chronimy się przed walącym się światem i mamy się całkiem dobrze.

Cegła: Flexi Geng naprawił naszą codzienność. Jest właśnie tym, czego potrzebowaliśmy – pozwala odreagować, wyrazić siebie, poczuć siłę płynącą ze wspólnych zajawek.

Tajfun Blackberry: Chociaż zobacz, Peja wchodził na legal niemal dwadzieścia lat temu, a nasze teksty też w dużej mierze skupiają się na tym, że jest źle. OK, zmieniła się forma tego zła, bo na przykład kiedyś nie było pracy, a teraz praca jest, choć dla większości niesatysfakcjonująca, do tego kredyty, jakaś presja, by zakładać rodziny…

Żmija: A mnie się wydaje, że działanie w mikroskali również jest trudne, bo jako niezależnym muzykom czasem trudno nam się odnaleźć w niektórych sytuacjach, które na tę mikroskalę wpływają. Nie odnajdujemy się w kapitalistyczno-korporacyjnym systemie zarówno jako muzycy, jak i zwykli ludzie. Czasem zostajemy przykręceni przez pewne wymagania, którym nie potrafimy sprostać.

Tajfun Blackberry: Pracujemy na co dzień na etacie, aby utrzymać się na powierzchni – muzyka jest głównym środkiem wyrazu, ale nie może w tych warunkach zapewnić bytu.

Albo godzimy się na to, że muzyka jest pasją, czymś, co robimy po godzinach, albo z tego rezygnujemy? Czy można jednak wypracować jakiś system, który będzie pomocny?

Żmija: Trzeba robić swoje i robić to na sto procent. W naszej grupie są zarówno idealiści, którzy chcą w pełni poświęcić się muzyce, jak i osoby, które godzą się z rzeczywistością i mają inaczej ustawione priorytety.

Tajfun Blackberry: Można również być pośrodku: angażować się w robienie muzyki, ale też w inne aktywności. Poza tym to nie są czasy, w których wystarczy nagrywać i czekać, aż ktoś do nas przyjdzie i coś zaproponuje. Raczej nikt nie podejdzie sam i nie powie: „Ale jesteście super!”. Jeśli nie masz odpowiednich środków, jesteś zarówno muzykiem, jak i menedżerem czy PR-owcem. Działasz w mediach społecznościowych, ciągle budujesz sieci połączeń, swoją markę… Sam utwór może mieć niesamowity potencjał, ale bez zaplecza to nie wystarczy.

Żmija: Dlatego też czasem człowiek się zacina. Już nie chce cały czas wrzucać swoich pieniędzy do studni, która nigdy się nie zapełni.

Tajfun Blackberry: To jest trudne. Trzeba zdawać sobie z tego sprawę, że nie jest lekko i nic nie spadnie z nieba, ale jeśli chce się to robić – nie można się zatrzymywać. I jasne, są ludzie, którzy znaleźli jakiś patent, który się sprawdza. Na przykład na YouTube co chwilę pojawiają się nowi raperzy, którzy wrzucają przeciętne kawałki, ale do tego dorzucają merch i zarabiają na nim na muzę.

Żmija: Zresztą nic dziwnego, że akurat raperzy, bo jest to od jakiegoś czasu najpopularniejszy gatunek muzyczny, który pochłania niemal wszystko.

Co o tym sądzicie? Przeczytałam niedawno, że hip-hop jest pierwszym z tych „wielkich gatunków”, który nie będzie miał swojego końca.

Żmija: To prawda, hip-hop ciągle ewoluuje. Jest też potężnym narzędziem dla osób, które dotychczas nie potrafiły się odnaleźć wśród innych gatunków. Poza tym hip-hop jest hybrydowy, łączy w sobie wiele nurtów, ma wiele podgatunków, dlatego daje mnóstwo możliwości. Mam też wrażenie, że pozwala na większą kreatywność, większą indywidualność. No i ma większe zasięgi, lepiej się sprzedaje, więc coraz więcej osób po niego sięga.

Cegła: No OK, hip-hop to trend, który na fali jest już od dłuższego czasu, ale wydaje mi się, że Flexi Geng wprowadza nową jakość. Chociażby to, że mamy ponad godzinny mixtape, na którym tylko raz pojawia się refren.

Lemisz: Kontynuujemy zasadę poznańskiej szkoły niezalowej: zero refrenów [śmiech].

Mam wrażenie, że kilka lat temu, wraz z popularnością Trzech Szóstek, pojawiła się w środowisku taka wizja niezalowej wspólnoty, jakaś nadzieja, że może być inaczej. Jak to odbieracie?

Żmija: To prawda, tego typu inicjatywy budują poczucie wspólnoty, ale też nigdy nie było tak, że ktoś cię wziął za rękę i powiedział, że teraz wszystko będzie lepiej. Poza tym my jako muzycy też nawzajem się nakręcamy i myślę, że nie poszłoby to w aż tak szybkim tempie, gdyby nie fakt, że odnajdujemy się w grupie, a nie jako artyści solowi.

Cegła: Jeśli chodzi o te nasze niezalowe zespoły, to przyznajmy: nie robimy muzyki, której posłuchasz w radiu. Jakim cudem to ma się gdzieś wybić? Możemy mieć grono fanów, jak na przykład Złota Jesień, ale nawet Złota Jesień nie może nic zrobić.

Lemisz: Wydaje mi się, że ta scena jest zbyt zatomizowana; nie ma też żadnego kapitału. Hip-hop leci na tym, że ma dystrybucję nie tylko muzyki, ale ubrań i tak dalej, co w pewien sposób składa się na gotowy schemat, który się sprawdza. W niezalu natomiast każdy jest inny, każdy gra coś innego. Pod tym określeniem kryje się naprawdę wiele gatunków.

Żmija: I chyba często zapominamy o tym, że muzykę robimy dla słuchaczy, a nie dla innych muzyków. Zbyt łatwo zamykamy się w niezalowej bańce, a nie jesteśmy widoczni dla osób, które mogłyby tej muzyki posłuchać. Nie jesteśmy widoczni, bo na przykład nie mamy kasy na promocję.

Cegła: Ale co zrobić, żeby ludzie chcieli posłuchać? Mam wrażenie, że właśnie często nie chcą. Wróćmy do przykładu Złotej Jesieni – to kapela, która ciągle zaskakuje, której koncerty są wydarzeniem wręcz unikatowym. Ale proponuje muzykę trudną, wymagającą. Jeśli szukasz hitów, to nie zwrócisz na nią uwagi.

A myślicie, że Flexi Geng ma potencjał komercyjny?

Tajfun Blackberry: Zdecydowanie tak! Z projektów, które do tej pory tworzyliśmy – największy. Duel Top też miał potencjał komercyjny, no i Bez. Ale w radio to nie poleci.

Żmija: Na kolejny mixtape planujemy kooperację z raperami, którzy są bardziej osadzeni w hip-hopowym świecie i są też bardziej znani. Nie zdradzimy póki co, o kogo chodzi, ale mamy nadzieję, że zaskoczymy słuchaczy. Będą niespodzianki.

Wiemy już, że rap ma potencjał komercyjny i że pochłania inne gatunki. Wiemy, że cały czas mierzy się z zarzutami o seksizm, ksenofobię i homofobię. Wasz rap się wyróżnia – pokazujecie, że można inaczej.

Lemisz: Jesteśmy po to, aby dokonywać zmian.

Żmija: Zabierając się za tworzenie rapu, byliśmy tego wszystkiego świadomi. Zdawaliśmy sobie sprawę, że wśród raperów wielu jest takich, którzy nie kryją swoich poglądów nacjonalistycznych czy homofobicznych. Takich, którzy wręcz gnębią swoją twórczością mniejszości i osoby uznawane za słabsze.

Cegła: Próbujemy trochę kpić z tej ulicznej estetyki, wchodząc w różne role. Mamy nadzieję, że nie ma problemu z wyłapaniem tego. Jednak coraz bardziej skłaniamy się w stronę osobistych opowieści, prawdziwych historii.

Żmija: Na początku nie wiedzieliśmy, jak w się w tym odnaleźć, dlatego operowaliśmy takimi, a nie innymi środkami wyrazu, mocno naciągaliśmy tę hip-hopową konwencję, co zahaczało o pastisz. Nie rozumieliśmy też do końca tego rapu. Nie wiedzieliśmy, kim chcemy być, kogo chcemy udawać.

Udawać?

Żmija: No tak. Na początku próbowaliśmy znaleźć swoją estetykę, przez co bazowaliśmy na pewnych archetypach charakterystycznych dla rapu, do nawiązań i sloganów.

Tajfun Blackberry: Mimo to do czasu powstania mixtape’u sporo spraw się wyklarowało. Wiedzieliśmy już, kto co potrafi, kto ma się czym zająć. Myślę, że udało nam się wypracować coś, co można określić jakimś charakterem Flexi Geng.

Cegła: Z każdą piosenką jesteśmy o jeden krok dalej. Wiemy, czego chcemy, w jakim kierunku ma się rozwijać projekt, jaką ma mieć tożsamość.

Tajfun Blackberry: Grałem już w kilku zespołach, ale dopiero hip-hopowy Flexi Geng potrafi wyzwolić we mnie tyle energii, że czuję się najlepiej na świecie. Od sprawdzania tego wszystkiego trochę po omacku znalazłem coś, co szczerze kocham.

W tekstach używacie takich haseł, jak „nowa era”, „nowa fala”, „nowe pokolenie”.

Żmija: Chcemy oferować coś nowego. Chcemy zaproponować nową wizję rapu, naszego rapu. Nie chcemy ograniczać się do korzeni rapu albo do tego, co jest obecnie popularne – nie chcemy być tym związani.

Cegła: Poza tym, musimy być pewni siebie w tym, co robimy, nie możemy być przestraszeni. Jeśli mówimy, że jest to nowa jakość, to znaczy, że w to wierzymy i będziemy tego przekonania bronić.

Tajfun Blackberry: Przełamujemy też wszystkie schematy, o których wspominałaś. Staramy się rozprawiać ze stereotypami. Poza tym to dla nas nowa era. Dla mnie Flexi Geng jest wyzwoleniem.

Jest Was sporo, a mówicie, że sam proces nagrywania jest sprawny i wszystko dzieje się szybko. Jak to wygląda od strony organizacyjnej?

Lemisz: Staramy się działać tak, by ogień zaangażowania nigdy nie gasł. W ciągu tygodnia szlifujemy beaty i szkice. Zazwyczaj w weekendy mamy większe spotkania nagraniowe. Lubimy spędzać ze sobą czas, więc ten proces jest dość spontaniczny.

Cegła: Gdy zaczęła się pandemia, nie mieliśmy co robić. Ile można siedzieć i gadać? Muzyka wleciała dość szybko i miała formę towarzyskiego spoiwa. Dzięki temu było i jest łatwiej. Schemat działania nie jest skomplikowany: jeśli ktoś nie ma co robić, akurat nie jest zajęty, daje sygnał, nagrywamy, wrzucamy na grupę, dyskutujemy nad tym i zgłaszają się osoby, które chciałyby coś dograć.

Żmija: Podoba nam się to, że ten rap jest mobilny. Jak mówiliśmy już wcześniej: nie musimy widywać się wszyscy, każdy coś robi, interfejs pomaga. Zebranie zespołu wymaga odpowiedniej sali, do której będzie można wnieść perkusję i grać na instrumentach bez skrępowania. Robienie rapowych podkładów i rejestracja głosu jest o wiele prostsza, no i przecież zawsze można założyć słuchawki.

Co dalej? Co macie w planach?

Żmija: Teraz skupiamy się na tworzeniu wideoklipów. Kawałki, które są na mixtape’ie, będą wzbogacone o teledyski albo wizualne animacje. Wolimy jednak nie zdradzać dokładnych szczegółów i terminów.

Lemisz: Trudno mówić coś więcej, bo nie można teraz grać koncertów, a to będzie trzon naszej działalności.

Cegła: I szykujemy kolejny mixtape.