Nr 1/2021 Na teraz

Odsłuchy lutego

Mateusz Witkowski
Cykl Muzyka

Niezależnie od jakości lutowych premier show skradło tym razem dawno niewidziane słońce. Mimo to zachęcam do zapoznania się z „Odsłuchami”, tym bardziej że grono odsłuchiwanych i ocenianych jest bardzo różnorodne: zapraszam wraz z Margaret, zespołem Egipcjanie, Foo Fighters i The Vaccines.

 

Margaret
Maggie Vision
Sony Music Entertainment Polska

Margaret przeszła długą drogę od teen popu, przez pop nieco dojrzalszy, aż do hip-hopu – tak można by rzec o karierze wokalistki. Chyba bardziej zasadne byłoby jednak stwierdzenie: Margaret wciąż jest w drodze.

Premierze „Maggie Vision” towarzyszy obfita narracja dotycząca zmiany stylistycznej, dojrzałości, artystycznego przełomu. Wokalistka dokłada wszelkich starań, abyśmy ani na moment nie zapomnieli, z jak wielką metamorfozą mamy do czynienia. Utyskuje na branżę i rozlicza się z błędami młodości („Antipop”), sięga po społeczne diagnozy („No Future”), wyraża tęsknotę za poczciwym żywotem z dala od miasta („Reksiu”). Coś sprawia jednak, że trudno nam uwierzyć w czystość jej intencji. Może chodzi o to, że – jak słusznie zauważył Bartek Chaciński – granica między popem i hip-hopem bywa na tyle iluzoryczna, że nie są w stanie jej uchwycić nawet ankiety diagnozujące gusta polskiej młodzieży? Albo o to, że sięganie po obowiązkowe rekwizyty w postaci feministycznych haseł, wzmianek o depresji i deklaracji dotyczących zmęczenia współczesnością pachnie wyrachowaniem? To jasne, że pop jest iluzją – chodzi jednak o to, aby skrzętnie ukryć sznurki i lustra, które pomagają nam w robieniu sztuczek. Margaret najlepiej wypada wówczas, gdy nie stara się usilnie dowieść, że doświadczyła tożsamościowej rewolucji – to zdolna wokalistka i (mówię to z pełnym przekonaniem) coraz lepsza raperka, której do twarzy z ragga-R&B-hip-hopową stylistyką.

„Maggie Vision” jest naprawdę niezłym albumem popowym, obciążonym jednak niepotrzebną fanfaronadą. Może następnym razem obędzie się już bez podobnych zastrzeżeń?



Foo Fighters
Medicine at Midnight
RCA Records

Och, jak rockowo! Och, jak nudno!

Aby w pełni zarysować państwu perspektywę, podkreślę, że nie mam nic przeciwko muzyce gitarowej. Nie należę do osób, które utożsamiają ją wyłącznie z odbiorczym konserwatyzmem, nie wieszczę jej śmierci, nie odsądzam od czci i wiary. Ba, uczyłem się słuchać muzyki właśnie przy jej pomocy, a szeroko pojęte gitarowe granie w dalszym ciągu stanowi około czterdziestu procent mojej codziennej playlisty. Problem pojawia się jednak, gdy „gitarowość” i „riffowość” stanowią wyłączną treść i mają z założenia legitymizować jakość danych nagrań. Teoretycznie nie powinniśmy się spodziewać po Foo Fighters cudów: nie jest to zespół, który wciągałby słuchacza w ironiczną grę z podjętą stylistyką albo serwował nam wielopiętrowe, nieprzejrzyste kompozycje. To zespół, który doskonale uosabia udomowienie rockowej konwencji, ot, takie „School of Rock” rozpisane na kilka albumów. Są przestery, są perkusyjne kawalkady, jest rasowy wokal i nawiązania do klasyków gatunku. Wiele można tego typu muzyce wybaczyć, poza jednym: absolutnym brakiem chwytliwości, deficytem jakichkolwiek zapamiętywalnych momentów. „Medicine at Midnight” to kompilacja generycznych zagrywek, zlepek riffów potraktowany nieznośnie krystaliczną produkcją (co wydarzyło się w „Waiting On a War”?). To album absolutnie nijaki – niech za dowód wystarczy, że szczytem pomysłowości okazuje się tu pulsujący rytm zwrotki z utworu tytułowego („ej, kojarzycie taki zespół, Queen? Fajna kapelka”).

fot. Icons8 Team on Unsplash

Z jednej strony szkoda, że tak sprawni instrumentalnie i sympatyczni goście jak Grohl, Hawkins, Smear i spółka od lat wkładają tyle pracy w to, by być zespołem Carpe Diem w wersji premium. Z drugiej: frekwencja na ich stadionowych koncertach sugeruje, że jednak warto.



Egipcjanie 

Rozdział (singiel)

Na potrzeby tego tekstu przyjmijmy, że Egipcjanie to najlepszy polski zespół singlowy. Co prawda ich katalog składa się tylko i wyłącznie z singli, na dodatek zaledwie trzech – ale za to jakich!

W gruncie rzeczy powinniśmy przyjąć również założenie, że Egipcjanie to zespół – tak naprawdę mamy do czynienia z jednoosobowym, dość tajemniczym projektem (nie uświadczymy tu personaliów oraz twarzy wykonawcy), co dobrze licuje z atmosferą ich (jego!) muzyki: kameralnej, wycofanej, ukrytej gdzieś za retromgiełką unoszących się nad wodami pogłosów, a przy tym w nieoczywisty sposób emocjonalnej. Zeszłoroczne dokonanie Egipcjan, singiel „Kto wie ten wie”, aspirowało do miana kolejnego cudu świata – przynajmniej jeśli założymy, że świat ogranicza się do melodyjnej muzyki niezalowej. Ale i „Rozdziałowi” nie brakuje chyba zbyt wiele do tego miana. Nieco bardziej senny i rozmyty od poprzednika, ponownie czaruje nas jangle’ującymi partiami gitary, błyskotliwymi melodiami i introwertycznym tekstem (patrz: „nie dogadujemy się przez sen” z refrenu, w którym wsparcia udziela Ewa Sad znana z grupy Sorja Morja). Jest w tym posmak twórczości Prefab Sprout, są lokalne wzorce (stylowo „przyciśnięty” wokal i melodyka muszą przywodzić na myśl trójmiejskie Kobiety) – najlepiej ujął zresztą sprawę sam twórca: to „lo-fisti pop” co się zowie.

„Kto wie ten wie” rozświetlało mi w ubiegłym roku przedłużający się lockdown, „Rozdział” ma szansę uratować pierwszy kwartał tego roku. Czego i Wam życzę, bo Egipcjanie zwyczajnie zasługują na to, by nie zostać przeoczeni.



The Vaccines

Fire | High Horse (single)
Super Easy 

The Vaccines od dawna sprawiają wrażenie zespołu bez właściwości, pozbawionego grupy docelowej. Najnowsze single raczej tego nie zmienią.

Choć nie można odmówić Brytyjczykom paru zgrabnych kompozycji (weźmy choćby „Post Break-Up Sex” sprzed dziesięciu lat), trudno dostrzec tu jakikolwiek czynnik wyróżniający ich na tle grup gitarowych zerkających w stronę ejtisów. Na dodatek Justin Hayward-Young brzmi tak, jakby był jednocześnie kilkoma innymi brytyjskimi wokalistami. A teraz jeszcze to: „Fire”, wykonywane oryginalnie przez Waxahatchee oraz „High Horse”, utwór Kacey Musgraves, stanowią zapowiedź nowego albumu The Vaccines zatytułowanego „Cosy Karaoke”, który będzie zawierał wyłącznie covery. Po przesłuchaniu wydanego w ubiegłym miesiącu „No One Knows” – z dorobku Queens of the Stone Age – wiemy już, w czym rzecz. Wrażenie tytułowej przytulności ma wywoływać ciepła, a przy tym dość ascetyczna i kameralna forma. W skrócie: frontman operuje w niskich rejestrach, a całość zyskuje relaksujący, senno-lounge’owy charakter. Efekt jest przy tym szalenie przeźroczysty i ciąży raczej w stronę nieszkodliwego muzaku niż reinterpretacji.

Miejmy nadzieję, że mimo wszystko rok 2021 będzie należał do szczepionek. [AUTOR BARDZO PRZEPRASZA ZA TĘ GRĘ SŁOWNĄ, ALE NIE MÓGŁ SOBIE ODMÓWIĆ.]