Nr 1/2021 Na teraz

Pijesz ty, piję ja

Mateusz Demski
Film

Lubił wypić Faulkner, lubił też Nabokov, Burroughs wlewał w siebie gorzałę jak wodę. Churchill podchodził do tematu w sposób zorganizowany: zaczynał zwykle popijać o poranku w łóżku, słuszną miarkę szkockiej wychylał jednym haustem przed obiadem i po nim, czytanie relacji z frontu nie mogło się obyć bez czegoś mocniejszego, przed wieczorną naradą opróżniał jeszcze pół butelki szampana i płynnie wracał do smakowania whisky. Bukowski natomiast brodził, pływał, tonął w morzu alkoholu, ślęcząc przed maszyną do pisania, zlany brunatnym potem wypijał co wieczór pół litra wódki i dwanaście butelek piwa. Strawiński żartował, że ze względu na swoją słabość do whisky powinien nazywać się Stra-whisky. Hemingway mawiał, że prawdziwy mężczyzna ma obowiązek pachnieć koniem, cygarem i mocnym trunkiem. Ulysses Grant wygrał wojnę secesyjną na całkiem niezłej bani, dobrze zamroczony miał być Władysław III pod Warną, Władysław Siciński w stanie podchmielenia krzyknął „liberum veto!” i zerwał sejm w roku 1652. Równie upierdliwego pijaka jak Aleksander Wielki w antyku nie odnotowano. Trudno myśleć o historii człowieka bez alkoholu. Tej politycznej i tej kulturowej – przypominam, że na zdrowie Bóg zalecał Tymoteuszowi picie wina. Bez trunkowych skłonności i ciągów pijaństwa nasz świat wyglądałby inaczej.

Czy lepiej, czy gorzej – tego ocenić się nie da, nie próbuje również Thomas Vinterberg, który w konotacjach dziejów ludzkości z alkoholem szuka różnych odcieni, tonacji, intensywności. Dajmy na to wspomniany już Churchill, człek niezwykłej wrażliwości i wielu talentów, który napisał 37 książek w 58 tomach, otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, namalował przeszło 500 obrazów, wygrał wojnę, na gazie bywał przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. W „Na rauszu”, najnowszym filmie Vinterberga, takie przykłady mnożą się w oczach, jedna pijacka anegdota goni drugą pijacką anegdotę. W jednej z montażowych sklejek duński reżyser wprost zestawia wizerunki znanych polityków, którzy – co wybrzmiało w powyższym przykładzie i co doskonale widać na załączonym obrazku – za kołnierz nie wylewają. Na szczycie NATO Jean-Claude Juncker słania się i chichra, innym razem Merkel zanurza wargi w kuflu pienistego piwa, pijaniutki Jelcyn toczy się chwiejnym krokiem. Trochę śmieszno, trochę straszno. Zważywszy, że to ludzie u sterów władzy, zajmujący się przebudową świata i kształtowaniem porządku, stanowieniem prawa, podejmujący decyzje, które dotkną nas wszystkich.

Ale to tylko dygresje i wątki poboczne mające wskazać na szerszy kontekst. To zarazem czysta zabawa w mnożenie pijackich ciekawostek wyprutych z ładnie poukładanych podręczników do historii (ale też literatury, sztuki, kultury, sportu), która trwać by mogła w nieskończoność. Vinterberg w „Na rauszu” nie skupia się wcale na pijackich wcieleniach wielkich tego świata, bardziej interesuje go perspektywa przeciętnego pana od historii, mechanizmy ujawniające się w mikroskali. 

Po kolei więc: Martin, nauczyciel zatrudniony w przeciętnym ogólniaku, razem z kolegami po fachu postanawia opanować umiejętnie wypracowaną technikę picia. Według norweskiego psychiatry Finna Skårderuda alkohol wpisuje się w jestestwo każdego człowieka, jest najnormalniejszą rzeczą pod słońcem, trzeba tylko wiedzieć, jak właściwie do tematu podejść. Najlepsza technika zakłada systematyczne utrzymywanie w organizmie ni mniej, ni więcej, tylko pół promila alkoholu. Takie zrównoważone picie zbawiennie wpływa na samopoczucie i spokój. Po wzmocnieniu się jedną, dwoma lampkami wina człowiek może z miejsca poczuć się lepiej – nie odczuwa stresu, paniki, unika licznych przykrości i nieprzyjemności, nerwów i nieśmiałości. Ot, cała filozofia „mądrego” picia.

Belfrom Vinterberga ten sposób usprawiedliwiania, a nawet nobilitacji picia oczywiście przypadnie do gustu. Chłopaki postanowią zrobić sobie challenge i zweryfikować empirycznie, jak świat będzie wyglądał przefiltrowany przez pół promila. Wiadomo, że to nie może się dobrze skończyć, że niewinna zabawa w picie w granicach normy prędzej czy później wymknie się spod kontroli. A jednak początek, sam początek, jest obiecujący. Zaczyna się od piersiówki, z której cichcem, zza pazuchy, nasz historyk popija drobnymi, uważnie odmierzonymi łykami w godzinach pracy; od butelek po wodzie mineralnej niegazowanej, do których wuefista wlewa przez lejek zakupioną w nocnym ćwiartkę wódki. Ta strategia przynosi skądinąd dodatnie rezultaty. Nagle coś się otwiera przed bohaterami, uskrzydleni na nowo poznaną sztuką zaglądania do kielicha ujarzmiają oni swoich zblazowanych, rozwydrzonych uczniaków. Wpierw porzucają mechaniczne powtarzanie teorii i formułek na rzecz luzu w klasie – w zapomnienie odchodzi charakterystyczna dla kultury edukacji powtarzalna nuda. Potem odzyskują dawny wigor, inwencję, żarliwość stłumione przez wykalkulowaną monotonię, nabierają chęci do życia. Wieczny lęk przed „nie wiadomo czym” mija jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

fot. Henrik Ohsten | materiały prasowe

„Na rauszu” nieustannie balansuje na granicy między komizmem a poważną refleksją. Tak naprawdę Vinterberg snuje opowieść o męskości biernej i wynudzonej, o facetach w kryzysie, którzy ewidentnie zmagają się z wypaleniem zawodowym, goryczą, wymęczonymi i wypompowanymi z energii związkami (lub ich brakiem), a przy tym nie są zdolni do wypowiadania na trzeźwo tego, co ich boli. Alkohol służy bohaterom jako magiczne zaklęcie odmieniające samopoczucie: przynoszące ulgę, a może nawet euforię; pozwalające wyjść z ruchomych piasków wieku średniego i poczucia życiowej porażki. Specjalny nacisk kładzie Vinterberg na rozpaczliwą tęsknotę za doświadczeniem młodzieńczości i pragnieniem realizacji wpisanych w nią praw. Eksperyment wiodący ścieżką upojenia daje typowe, powiedzmy to jasno, złudzenie beztroski i młodości, zapierającą dech w piersiach pokusę odtworzenia dawnego, chłopięcego szaleństwa. Napiwszy się w środku dnia, Martin będzie wspominać odległe na linii czasu miejsca, kiedy wszystko było lepsze i żyło się chwilą. Gdy nic człowieka nie obchodziło, gdy nie był zniewolony w powtarzalności codziennych gestów. Ale to tylko działanie w doraźnym trybie awaryjnym – naczelnych problemów życiowych nie wystarczy zalać jak robaka, źródła wiecznej młodości bohaterowie nie znajdą w czterdziestoprocentowym alkoholu. Inna sprawa, że trudno będzie poprzestać na umówionym progu pół promila. Na liczniku niebawem wybije im półtora, dwa, trzy z hakiem, aż miarka się przebierze i posuną się za daleko.

Sceną dla historii zwodniczego eksperymentu przybierającego zły obrót jest szkoła, miejsce zderzenia dwóch pokoleń, dwóch sił, dwóch przeciwstawnych żywiołów. To oczywiście nie bierze się znikąd. Vinterberg pokazuje czterdziesto- i pięćdziesięcioletnich belfrów – którzy wpadają we własne sidła – na tle ich wychowanków, koneserów tanich trunków, siedzących vis-à-vis w szkolnych ławach. Jak wiemy, inaczej się pije, będąc młodziakiem; młodość ma to do siebie, że przekracza granice brawury, nie bacząc na okoliczności i konsekwencje. Z tego zestawienia wynika, że można rauszem się bawić na naprawdę dziwne sposoby, tyle że do czasu. „Do czasu” oznacza tu nie tylko „aż przekroczy się granice umiaru”, ale także: aż zbierze się wystarczająco wiele przygniatających życiowych doświadczeń. „Na rauszu” otwiera pijacka sztafeta – młodzi ludzie dzielą się na drużyny, biegają dookoła jeziora z kratami piwa, tankują na czas i wymiotują na przemian, mijają metę i znowu zaglądają do kufla, później jeden chłopak na lekcji u Martina będzie się chwalił, że picie wypełnia mu każdy dzień tygodnia. Można uznać to za wspaniały przywilej młodości, skojarzyć z radością i zabawą. Ale można też dostrzec zarodek przesiąkniętej alkoholem kultury.

Vinterberg jest powściągliwy w wyrażaniu ocen, nie aspiruje do uskuteczniania moralitetu o delirycznej degrengoladzie, pokazuje za to pełne spektrum doświadczeń związanych z piciem. Bo pić można „na wesoło” i „na smutno”. Albo przy specjalnych okazjach i co drugą kolejkę, albo też ciągiem. Picie w indywidualnej perspektywie może być sensem albo dodatkiem. Pijąc, można żyć długo i szczęśliwie, ale niewykluczone, że pewnego dnia szpony nałogu zacisną się ciasno wokół przepitego gardła. Reżyser nie ma zwyczaju upominać i grozić palcem. Nikogo do życia w aurze trzeźwości nie namawia, bo traktuje widza poważnie. Trudno też udawać, że tematu nie ma. Vinterberg twierdzi, że pije każdy, bo każdy w mniej lub bardziej zakrapianej kulturzej się chował. I w tym sensie film perforuje kulturę, którą zarazem współtworzy. Bo pokazuje, że kultura, omawiając picie, zarazem je mitologizowała. Pił, bo lubił, Churchill, który ciągle przoduje w plebiscytach na najznakomitszego Brytyjczyka w dziejach. Picie było nieodłącznym atrybutem literackiej bohemy, Bukowski na dodatek mitologizował przewlekłe picie. Pijesz ty, piję ja. Nie uciekniemy od tego, że picie jest doświadczeniem wspólnym i powszechnym. Możemy jedynie spróbować podejść do tematu z głową. Albo możemy nie pić – znam takich, co świetnie sobie bez tego radzą.

„Na rauszu”
reż. Thomas Vinterberg
premiera: 19.03.2021