2/2021 Na teraz

„Biggie: I Got a Story to Tell”, dokument poświęcony Christopherowi Wallace’owi, znanemu jako Biggie lub Notorious B.I.G., obiecuje przybliżyć prawdziwą historię życia rapera, który, choć zmarł dwadzieścia cztery lata temu, pozostaje bezapelacyjnym królem nowojorskiego hip-hopu. Jego twarz pojawia się na muralach, a młodzi raperzy do tej pory składają mu hołd w swoich tekstach. Film bazuje wprawdzie na dotąd niepublikowanych nagraniach wideo z trasy, ich upublicznienie jednak to zbyt mało, by uzasadnić potrzebę jego powstania. Problem stanowi tu autocenzura, której poddane zostały materiały. Poprzez pominięcie nieprzychylnych dla legendy rapera wątków film dość powierzchownie traktuje głównego bohatera, nie starając się wyjaśnić, na czym polegał jego fenomen.

Przez selekcję materiału „Biggie” nie spełnia swojej obietnicy i jedynie dokłada cegiełki do legendarnego statusu rapera. Próżno tu szukać choćby prawdziwej historii stojącej za tekstem do piosenki „I Got a Story to Tell”, od której dokument bierze swój tytuł, czy szeregu anegdot o dość zaskakującym – o czym za chwilę – powodzeniu Wallace’a u kobiet. Dlatego jako fan Biggiego i jeden z tych, którzy wciąż uważają go za najlepszego rapera wszechczasów, czuję się trochę w obowiązku, by bez zbędnego mitologizowania pokazać, co czyniło go tak wyjątkowym i – z dzisiejszej perspektywy – kontrowersyjnym.

Wszyscy zaproszeni do dokumentu goście podkreślają, że największą zaletą Biggiego była prezencja, którą zawdzięczał niebanalnej posturze, ale też pewności siebie. Pomimo młodego wieku, raper zawsze wyglądał i brzmiał dojrzale. Aparycja i głos szły u niego w parze i były ze sobą nierozerwalnie związane: jedno jakby wynikało z drugiego. Wielokrotnie rapował o tym, że jest „gruby i brzydki”, czyniąc z tych cech swój atut. Po wypadku samochodowym, który przytrafił mu się kilka miesięcy przed śmiercią, musiał poruszać się o lasce, co tylko dopełniało obraz jego fizycznej niedoskonałości. Wystarczyło jednak, że zaczynał rapować „One More Chance” lub „Big Poppa” i kobiety szalały pod sceną.

Historyczna istotność rapera polegała na tym, że był pierwszym uniwersalnym artystą, który potrafił równie przekonująco rapować o samobójstwie, biedzie czy nowotworze matki, co o przestępstwach, prostytutkach i własnej wersji amerykańskiego snu – nikogo wcześniej nie było stać na taką rozpiętość tematyczną. Biggie tymczasem ma w swojej dyskografii wulgarny, wręcz obrzydliwy „Cunt Renaissance”, imprezowy „Hypnotize”, wzruszający „Miss U” czy marzycielski „Sky’s the Limit”. Dlatego właśnie pozostaje on nie tylko inspiracją, lecz także punktem odniesienia dla tylu raperów, którzy próbowali robić to, co on, jednak nigdy nie zdobyli takiego szacunku i nie odnieśli takiego sukcesu – może z wyjątkiem Jaya-Z, chociaż w jego wypadku widać wyraźną inspirację raperem, z którym za życia nagrał dwa utwory. Jay-Z w pewnym sensie wypełnił ogromną lukę, jaką zostawił B.I.G. swoim przedwczesnym odejściem. Sam zresztą zdawać z tego sprawę, kiedy rapował: „jeśli nie jestem lepszy niż Big, jestem zaraz po nim” („if I ain’t better than Big, I’m the closest one”).

Legenda głosi, że kiedy Notorious B.I.G. i Nas (trzeci – obok Jaya-Z i Biggiego – z głównych pretendentów do tytułu króla nowojorskiego rapu) pracowali nad wspólnym utworem, Nas siedział nad kartką i nie był w stanie napisać nic zadowalającego. Zauważył, że drugi raper też nic nie pisze, więc zaproponował, żeby przełożyli sesję nagraniową. B.I.G. wtedy wyrecytował zwrotkę, którą przez ten czas układał w głowie. Zrezygnowany Nas po prostu wyszedł ze studia. Chociaż to pamięć ejdetyczna, z której świetny użytek robił B.I.G., czyni tę historię wyjątkową, ciekawsze jest to, że właśnie dzięki niej raper mógł uwypuklić największe atuty swojej twórczości. Na papierze B.I.G. nie mógł się równać z Nasem, jednym z najwybitniejszych pisarzy wśród raperów, który opowiadał o życiu ulicy z niespotykaną erudycją. Przed mikrofonem jednak głęboki głos oraz śpiewny i kreatywny flow B.I.G. momentalnie przenosiły słuchacza w świat dilerów, szybkiego seksu i desperacji płynącej z biedy. Nas zmuszał do namysłu: był „zimnym” reporterem nadającym z frontu, zachowującym bezpieczny dystans wobec wydarzeń, jakby relacjonował je zza okna. B.I.G. natomiast był w centrum wydarzeń, o czym świadczył sposób, w jaki rapował – z ogromną energią i pasją człowieka walczącego o przetrwanie. Kiedy mówił, co jest w stanie zrobić, aby przeżyć kolejny dzień, po prostu mu się wierzyło. Zwłaszcza że Biggie nie bał się zanurzyć w najmroczniejsze zakamarki swojej duszy i dokładnie opisywać, jakich konkretnie czynów był gotów się dopuścić.

Szczególnie adekwatnie brzmiał więc tytuł jego pierwszego albumu, „Ready to Die”, pełen barwnych opowieści o handlu narkotykami, przestępstwach i kobietach. Twarde uliczne opowieści podawał na przyjemnych dla ucha podkładach, co było zasługą Seana Combsa, znanego jako Diddy, dotąd pracującego z artystkami R&B pokroju Mary J. Blige. Raper też uwielbiał ten gatunek muzyczny, a jego rap pełen był zaśpiewów – które przez przekazywane przez niego treści nie miały w sobie nic z łagodności. Mimo początkowych oporów doszli zatem z producentem do porozumienia, tworząc mainstreamowy rap, który w warstwie tekstowej był dość bezkompromisowy.

Tutaj jednak pojawia się drugi biegun owej warstwy – na podstawie tekstów łatwo można bowiem zakwalifikować Biggiego jako mizogina. Do tego obrazu należałoby dołożyć także relacje partnerek Biggiego, które doświadczały z jego rąk przemocy. I choć niemożliwe jest zaprzeczanie tym faktom, nie można również przekreślić roli, jaką odegrał w rozwoju żeńskiego hip-hopu, odkrywając Lil’ Kim – odważną, pewną siebie raperkę, której pierwszy album w sporej części napisał. „Hard Core” wywołał szok: oto po raz pierwszy – na raperskim gruncie – kobieta w bardzo obrazowy i szczery sposób opowiadała o czerpaniu przyjemności z seksu. Lil’ Kim doskonale poradziła sobie już po śmierci rapera, choć on dosłownie zgarnął ją z ulicy – wcześniej handlowała narkotykami w zamian za jedzenie i kąt do spania – i ukształtował jako artystkę. Planował to samo zrobić z Charli Baltimore, swoją ostatnią partnerką, jednak zginął, nim udało mu się zrealizować swój plan promocji raperki, ona sama zaś nie zrobiła takiej kariery, jak powinna. Co rozczarowujące, obie kobiety nie pojawiają się w wyprodukowanym przez Netflix dokumencie.

Obraz oferuje za to interesującą topografię Brooklynu w oparciu o miejsca, które miały wpływ na kształtowanie się osobowości rapera, łącząc je z istotnymi w jego życiu osobami. Biggie pozostał do końca lojalny wobec swoich korzeni i pierwszych przyjaciół, formując z nich zespół i pisząc dla nich teksty, aby mogli czuć, że sami zarabiają na swoje utrzymanie. Fakt, że żaden z nich nie istnieje we współczesnym rapie, pokazuje, że nie mieli wystarczająco talentu, by o własnych siłach utrzymać się na powierzchni. Dlatego Lil’ Kim w swoich utworach wciąż przywołuje rapera, a Faith Evans w 2017 roku wydała album „The King and I”, sprzedawany jako efekt współpracy ze zmarłym mężem, choć Evans po prostu zebrała stare, w większości dobrze znane zwrotki rapera i się do nich dograła.

Jak zauważa w dokumencie bliski przyjaciel Biggiego, Lil’ Cease, raper przyczynił się do sukcesu wielu ludzi, nie doczekał się jednak własnego. Debiutancki album, powszechnie uważany za klasyk, pokrył się platyną dopiero jakiś czas po jego śmierci. Wallace nie dożył premiery swojej drugiej płyty, „Life After Death” – zastrzelono go w Los Angeles dwa tygodnie wcześniej. Jeśli pierwszy album był produktem desperacji, drugi stanowił wgląd w konsekwencje sukcesu, jaki osiągnął. Znów dominującym motywem była śmierć, mogąca przyjść z ręki partnerki, byłego przyjaciela lub kogoś bliskiego, motywowanego zazdrością. Z płyty przebija niesamowita samotność, co prowadzi do dość smutnej konstatacji, że realizacja amerykańskiego snu, jakiego poszukiwał Biggie, zakończyła się rozczarowaniem, a jak sam zauważył w innym utworze, większa ilość pieniędzy przyniosła ze sobą tylko więcej problemów.

Uniwersalny szacunek, uznanie i miłość, jakimi do dzisiaj cieszy się Notorious B.I.G., same w sobie świadczą o jego wyjątkowości. Matka rapera wspomina w dokumencie, że sama nie była w stanie przesłuchać jego płyt więcej niż raz. Była jednak pod wrażeniem, jak bardzo uwielbiany był jej syn – co uświadomiła sobie szczególnie, kiedy zobaczyła, że w czasie pogrzebu żegnał go niemal cały Brooklyn, a ludzie na ulicach bawili się do jego piosenek. Dzięki ciągłemu przywoływaniu i odświeżaniu jego twórczości – szczególnie przez Diddy’ego, którego największy hit „I’ll Be Missing You” jest właśnie Wallace’owi poświęcony – Biggie wciąż funkcjonuje w zbiorowej świadomości i niczym widmo pozostaje wytrącony z czasu, a cień, jaki nieprzerwanie rzuca z królewskiego tronu, wcale nie znika.

„Biggie: I Got a Story to Tell”

Netflix
2021