„Ja wam teraz wszystko wytłumaczę” – mówi w pierwszych słowach spektaklu „Mężczyźni objaśniają mi świat” wyreżyserowanego w Teatrze Narodowym w Warszawie przez Klaudię Gębską (na podstawie adaptacji wykonanej we współpracy z Mariuszem Gołoszem) Rebecca Solnit (Aleksandra Justa), trzymając się kurczowo czerwonej mównicy. Ten sugestywny obraz – postać przytwierdzona do mównicy, zawłaszczająca przestrzeń i uwagę widzów – szybko zaczął funkcjonować także poza murami teatru i stał się rozpoznawalny również wśród osób, które nie oglądały przedstawienia. Kilka dni po premierze niespodziewanie zyskał międzynarodowy rozgłos, gdy feministyczna pisarka i publicystka Agnieszka Graff rozpętała na swoim Facebooku burzę. Zwróciła uwagę, że wykreowana w spektaklu postać Solnit – przedstawiona jako antypatyczna, zacietrzewiona ideolożka – obraża żyjącą autorkę, która w dobrej wierze udzieliła zgody na sceniczną adaptację swojego eseju. Kilka komentarzy szybko przerodziło się w pełnowymiarową awanturę, błyskawicznie wykraczającą poza ramy środowiskowej dyskusji. Spór, choć w istocie dotyczył konwencji teatralnej, statusu fikcji artystycznej oraz płynnej granicy między adaptacją a inspiracją, stał się zapalnikiem szerszej debaty o granicach interpretacji.
Dyskusja o tym, czy konstrukcja postaci obraża Rebeccę Solnit, została nieproporcjonalnie rozdmuchana i przekształcona w narzędzie ideologicznych przepychanek, w wyniku których rykoszetem oberwała młoda reżyserka. W moim przekonaniu spór wokół spektaklu toczy się nie tam, gdzie powinien: przedstawienie jest nie tylko artystycznie nieudane, ale i potencjalnie szkodliwe, przy czym sposób sportretowania bohaterki, zdystansowanej wobec swojego pierwowzoru, wydaje się tu najmniej istotnym problemem.
Punktem wyjścia spektaklu jest przewrotna fantazja o powrocie do Aspen – miejsca słynnego przyjęcia opisanego przez Solnit w pierwszym rozdziale eseju „Mężczyźni objaśniają mi świat”. To właśnie tam autorka doświadczyła serii upokarzających rozmów ze starszymi mężczyznami, którzy nie uznając jej kompetencji, z zapałem objaśniali jej książkę o Eadweardzie Muybridge’u, którą sama napisała. To zdarzenie stało się zalążkiem refleksji o skłonności pewnego typu mężczyzn do protekcjonalnego tłumaczenia kobietom rzeczy, na których sami nie zawsze się znają – refleksji, która w eseju Solnit rozrasta się w szeroką analizę przemocy fizycznej i symbolicznej oraz mechanizmów kontroli nad kobietami.
W spektaklu luksusowy resort narciarski w Aspen (scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Julia Furdyna, Zofia Tomalska) powraca jako przestrzeń nie tylko wspomnień, lecz także eksperymentu: Solnit przyjeżdża tam na prośbę padawanki – jednej ze swoich czytelniczek, młodej doktorki biologii, funkcjonującej w zdominowanym przez mężczyzn środowisku (Patrycja Soliman). Kobieta, zmęczona protekcjonalnym traktowaniem, liczy, że obserwując swoją idolkę, nauczy się odwagi i asertywności. Jak mantrę powtarza zdanie: „Po Aspen będzie inaczej”. Hotel okazuje się osobliwym ośrodkiem resocjalizacji, uważających się za feministów, „mężczyzn objaśniających świat”. Spotykamy tu przechodzącego terapię Nauczyciela ze skłonnością do mansplainingu (fenomenalnie przekonujący Wiesław Cichy), jego surową przewodniczkę Magdę (Kinga Ilgner), eteryczną Kasandrę (Anna Lobedan) śpiewającą mroczne pieśni o przemocy wobec kobiet, a także obsługę: dobrotliwego Kelnera (Piotr Kramer) – ofiarę mobbingu ze strony przełożonej – oraz recepcjonistkę Agnieszkę (Zuzanna Saporznikow). Jej matka, pracująca jako sprzątaczka (Edyta Olszówka), za wszelką cenę próbuje znaleźć córce partnera, dowodząc, że schematy patriarchalne powielane są nie tylko przez mężczyzn, ale także przekazywane między kobietami – z pokolenia na pokolenie.
Wyjściowy pomysł umieszczenia akcji spektaklu w Aspen wydaje mi się znakomity. Nie tylko nadaje filozoficznym rozważaniom Solnit atrakcyjną wizualnie materialność, lecz także wprowadza humorystyczny dystans, budując dramaturgię na lekko absurdalnym rozdźwięku pomiędzy treścią książki a formą przedstawienia. Ta strategia pozwala wyraźnie zarysować tematykę spektaklu, wykorzystując kultowy status książki – ważnej nie tyle ze względu na nowatorstwo w konstruowaniu kluczowych dla feminizmu pojęć czy wywrotowość prezentowanych tez, ale raczej dzięki swojej przystępności, która zapewniła jej niemal popkulturową widoczność. Ten stosunkowo łatwo przyswajalny esej, czytany nie tylko przez feministyczne filozofki, inspiruje twórczynie i twórców warszawskiego przedstawienia do postawienia pytań o czytelniczki Solnit: kim są, jak odnoszą zawarte w książce opowieści do własnego życia, jak stawiają opór kontrolującym je mężczyznom oraz – co najważniejsze i najciekawsze – co się dzieje, gdy nie są do tego zdolne, i jak sobie z tym brakiem oporu poradzić bez jego piętnowania. Padawanka, ubrana w czerwony narciarski kombinezon, który przypomina strój superbohaterki, pyta: „Co, jeśli nie uda mi się wkurwić?”. Odpowiedzi jednak nie otrzymuje, bo po kilkunastu intrygujących minutach spektakl zaczyna niepokojąco dryfować w zupełnie inną stronę.
Kolejne wątki – od budzącego duże emocje przedstawienia Solnit jako pretensjonalnej, protekcjonalnej feministki w szarej garsonce, ex cathedra objaśniającej świat w sposób nie mniej opresyjny niż krytykowani przez nią mężczyźni, przez historię poczciwego Kelnera, który staje się ofiarą nie tylko przemocowej szefowej, lecz także kobiet zaangażowanych w jego relację romantyczną, aż po motyw resocjalizacji Nauczyciela – zdają się służyć rozmyciu granicy między ofiarami a sprawcami w opresyjnym systemie patriarchalnym. Antypatyczne (Solnit), zdesperowane (sprzątaczka Kamila) i chłodne (Magda) bohaterki przejmują męski język oraz kontrolę nad światem przedstawienia, posługując się narzędziami, które wcześniej same potępiały. Większość przemocy, jakiej doświadczają w spektaklu kobiety, zostaje zbagatelizowana i zrelatywizowana. Przykładowo przemoc ekonomiczna, wynikająca z przewagi starszego mężczyzny nad sprzątaczką, zostaje symetrycznie umniejszona przez obecność właścicielki hotelu, psychicznie znęcającej się nad Kelnerem. Jedynym nadużyciem potraktowanym z pełną powagą wydaje się gwałt, choć on pozostaje dosłownie na drugim planie – opowiedziany w poświęconej Gisèle Pelicot pieśni odrealnionej Kasandry, snującej się niczym duch na tyłach sceny (muzyka: Olga Pasek, choreografia: Magdalena Kawecka).
Temat cierpienia mężczyzn jako ofiar patriarchatu jest istotny i w ostatnich latach chętnie podejmowany zarówno w literaturze, jak i w polskim teatrze, nierzadko z wykorzystaniem strategii humorystycznych. Jednak w tekście Gołosza i spektaklu Gębskiej proporcje zostają zachwiane: adaptacja nie wykorzystuje komizmu do rozbrojenia często niewidzialnych problemów i schematów, lecz ośmiesza dotychczasowe osiągnięcia feminizmu. Czyniąc męskich bohaterów postaciami budzącymi największą sympatię – szczególnie Kelnera, ale także Niedźwiedzia (Wiesław Cichy), zaskoczonego tym, że w narracjach o kobiecym strachu okazuje się mniej drapieżny i przerażający niż mężczyzna – twórcy nie proponują modeli sojuszu, lecz ukazują i obracają w żart rewanżyzm, który w istocie pogłębia wojnę płci.
Wbrew temu, co wydaje się bohaterkom spektaklu Gębskiej, po Aspen nie będzie inaczej – nie będzie inaczej tak długo, jak długo spektakle podejmujące temat feminizmu i przemocy wobec kobiet będą próbowały przypodobać się wszystkim skonfliktowanym stronom. Oczekiwana zmiana, która miała nastąpić, rozczarowuje. Proces, który miał nauczyć kobiety przeciwstawiania się mężczyznom, a tych uświadomić o konsekwencjach pozornie niewinnego mansplainingu, prowadzi raczej do rozprzestrzeniania się tendencji do protekcjonalnego, opresyjnego objaśniania świata wszystkim przez wszystkich – niezależnie od płci. W kontekście kolejnych scen wydaje się, że poruszony na początku spektaklu temat klasowego kapitału służyć ma raczej odwróceniu uwagi od kwestii patriarchatu, sugerując, że kategorie takie jak przywilej i nadużycie nie są związane z płcią, ale z pozycją społeczną.
Nie tylko postać Solnit, celowo wyposażona w cechy zgryźliwej i oderwanej od rzeczywistości filozofki, wpisuje się w schemat przejmowania przemocowych strategii. Czynią to także kobiety „torturujące” Nauczyciela opowieściami o przemocy, a nawet sprzątaczka, która w przypływie emocji wykrzykuje ze sceny katalog doświadczonych niesprawiedliwości. Konfrontuje się z Solnit, przejmuje kontrolę nad narracją, ale jej gniewny monolog jest rewersem tej samej monety: objaśnia publiczności świat z nieuświadomionej pozycji władzy, jaką daje scena. Wszystko to utrzymane jest w lekkiej, komediowej tonacji. Jeśli osiągnięcia feminizmu mają zostać sprowadzone do stereotypowych żartów z przeintelektualizowanych, zacietrzewionych emancypantek w garsonkach, a równouprawnienie ma oznaczać jedynie równy dostęp do przemocowych zachowań, to Rebecca Solnit ma znacznie poważniejsze powody do poczucia się urażoną niż tylko karykaturalna konstrukcja inspirowanej nią – lecz fikcyjnej – postaci.
Pisząc w książce o swoim spotkaniu z Susan Sontag, Solnit wspomina lekcję, jaką wyciągnęła od filozofki: „dowodziła, iż powinniśmy stawiać opór – dla zasady, nawet jeśli miałby się on okazać bezowocny” (s. 99). Tym bardziej znamienny i zdumiewający wydaje się fakt, że młoda reżyserka, realizująca adaptację jednej z najsłynniejszych książek feministycznych, nawołujących do oporu, sama z niego rezygnuje. Nieświadomość, a przynajmniej decyzja o niekomentowaniu swojego przywileju, jakim jest możliwość wygłoszenia własnego manifestu ze sceny Teatru Narodowego na początku artystycznej drogi, prowadzi do jego zmarnowania. Problem ten skłania do szerszej refleksji nad oporem i jego brakiem – kwestią podjętą zresztą za sprawą postaci padawanki na początku spektaklu. Czy wynika on z zachowawczości, by nie powiedzieć konserwatyzmu reżyserki – w wymiarze indywidualnym bądź pokoleniowym? A może jest efektem sytuacji świadomej lub podświadomej autocenzury towarzyszącej pierwszej realizacji spektaklu w teatrze instytucjonalnym, na dodatek na scenie narodowej, kierowanej przez dyrektora znanego z seksistowskich i antyfeministycznych wypowiedzi, opakowanych w pozory zdrowego rozsądku? Zawarte w przedstawieniu próby stawiania znaku równości między przemocą, której kobiety doświadczają, a tą, której się dopuszczają, brzmią jak narzekania Jana Klaty, przekonanego, że sam jest ofiarą feminizmu i poprawności politycznej.
Niezależnie od jej przyczyn, ta zachowawczość, widoczna w – z góry skazanych na porażkę – próbach zadowolenia wszystkich, okazuje się nie tylko rozczarowująca, lecz także szkodliwa. Deklarowana chęć wzmocnienia głosu kobiet nabiera tu antyfeministycznego wydźwięku, a spekulacje na temat rzekomego klasizmu Solnit mają uciszyć jej wezwanie do oporu, wskazując, że zajmuje ona uprzywilejowaną pozycję, która bunt ułatwia. W efekcie jednak przesłaniają one zarówno przywilej twórców i twórczyń, mogących wypowiadać się ze stołecznej sceny, jak i ich własne klasistowskie wtręty – choćby monolog o „prawie” do oglądania prostych, antyfeministycznych komedii romantycznych, przypisany nie innej postaci, lecz sprzątaczce.
Nie dostrzegam w tym spektaklu – zapowiadanego w pospiesznym finale, gdy wchodzący w związek Agnieszka i bezimienny Kelner pełni nadziei dopytują: „Może moglibyśmy to poprawić?” – żadnego realnego sojusznictwa. Przedstawienie akcentuje raczej wsteczną, kontrproduktywną wizję wojny płci. Staje się ona pretekstem do żartów, które bawią głównie mężczyzn roszczących sobie prawo do objaśniania świata, a karykaturalny obraz feminizmu zdaje się tę perspektywę legitymizować. W efekcie spektakl, który mógł stać się krytycznym narzędziem demontażu opresyjnych narracji, sam reprodukuje ich najbardziej banalne schematy, rozbrajając potencjał feminizmu w imię pozornej równowagi.