Nr 17/2026 Na dłużej

Cuda i dziwy

Maciej Kaczmarski
Muzyka

Przed czterdziestoma laty ukazał się „Graceland” Paula Simona – jeden z najpopularniejszych i jednocześnie najbardziej kontrowersyjnych albumów w dziejach muzyki rozrywkowej.

Spirala upadku

W latach 60. ubiegłego wieku Simon święcił wielkie triumfy artystyczne i komercyjne jako połowa tworzonej z Artem Garfunkelem folk-popowej grupy Simon & Garfunkel. Jak długa i szeroka, cała Ameryka nuciła unisono niesamowicie wręcz chwytliwe, niezapomniane tematy z ballad takich jak „Bridge over Troubled Water”, „The Sound of Silence” i „Mrs. Robinson”, a duet został symbolem nurtu kontrkulturowego (co nie przeszkodziło mu sprzedać ponad stu milionów egzemplarzy płyt na całym świecie). Biografowie artystów, Joseph Morella oraz Patricia Barey, zauważyli, że „każdy w USA wiedział, kim była pani Robinson, i że dźwięki ciszy były bolesne, nieuniknione i uniwersalne. W ramach płynnych, wzniosłych harmonii Simon i Garfunkel stawiali istotne pytania i zdawali się wprowadzać ład w chaotyczną rzeczywistość nękaną wojną, narkotykami, alienacją i przemijaniem młodości. Tak oto stali się bogaci i sławni. Lecz sława miała swoje negatywne następstwa”[1].

To prawda: wrzawa wokół muzyków odcisnęła piętno na ich i tak niełatwej przyjaźni – i u zarania kolejnej dekady każdy poszedł osobną drogą. Garfunkel próbował swoich sił w aktorstwie (zagrał w dwóch filmach Mike’a Nicholsa, „Paragrafie 22” oraz „Porozmawiajmy o kobietach”), zainicjował też karierę solową, która jednak nie mogła równać się z powodzeniem Simon & Garfunkel ani w kategoriach prestiżowych, ani rynkowych. Lepiej na indywidualnej ścieżce poradził sobie jego były partner: w latach 1972–1975 Simon opublikował trzy bestsellerowe krążki, lansując hity „Mother and Child Reunion”, „50 Ways to Leave Your Lover” i „Kodachrome”. Ponadto wykładał na New York University i komponował muzykę filmową, a jego epizody w „Annie Hall” Woody’ego Allena oraz „The Rutles: All You Need Is Cash” Erica Idle’a i Gary’ego Weisa stawiano wyżej niż główne kreacje Garfunkela. „Nie potrzebowałem Artiego” – zanotował Simon w swoim pamiętniku.

Początek lat 80. przyniósł serię załamań w życiu Simona. O ile sprzedaż albumu „One-Trick Pony” (1980) była przyzwoita, o tyle towarzyszący mu film „Cyrkowy kucyk” Roberta M. Younga (według scenariusza Simona i z nim samym w roli głównej) zebrał cięgi od krytyków i zaliczył finansową klapę. Garfunkelowi również się nie wiodło: jego partnerka Laurie Bird popełniła samobójstwo, a dedykowana jej płyta „Scissors Cut” (1981) poniosła sromotną klęskę. Nic dziwnego, że artyści wskrzesili wówczas swoje najbardziej dochodowe przedsięwzięcie. Ale do głosu rychło doszły stare animozje – po tournée w 1982 roku i nieudanym podejściu do nagrania szóstego albumu Simon & Garfunkel, tandem znów się rozpadł. Simon wydał wtedy swoją najniżej notowaną płytę „Hearts and Bones” (1983), na domiar złego przechodził bolesny rozwód z aktorką Carrie Fisher. Wspominał, że to „połączenie osobistej porażki oraz zawodowego fiaska wpędziło mnie w spiralę upadku”[2].

Esencja muzyczna

Los zaczął się powoli odmieniać w 1984 roku. Simon zgodził się wyprodukować debiutancki album norweskiej multiinstrumentalistki Heidi Berg, która planowała stworzyć fuzję muzyki zachodniej i brzmień afrykańskich. Aby zapoznać Simona z tą koncepcją, artystka pożyczyła mu kopię kasetowej kompilacji z piosenkami w południowoafrykańskich stylach isicathamiya i mbaqanga (znany jako township jive z Soweto, zamieszkiwanego głównie przez czarnoskórych zubożałego osiedla pod Johannesburgiem). Simon wpadł w obsesję na punkcie kasety i przez całe lato w kółko słuchał jej w swoim aucie. „Ta muzyka brzmiała niczym wczesny, czarny, miejski rock’n’roll z połowy lat 50. i przywodziła na myśl świetne kawałki z wytwórni Atlantic. Rytm był dość szybki, w metrum 2/4, a do tego dziwny akordeon”[3] – ekscytował się Amerykanin. Postanowił ubiec Berg i samemu nagrać album inspirowany tradycjami Republiki Południowej Afryki. Norweżka została na lodzie.

Simon doszedł do wniosku, że „ciekawie byłoby pracować z tą grupą [z kasety], kimkolwiek byli ci ludzie”[4]. Taśma użyczona mu przez Berg (i podobno nigdy nie zwrócona prawowitej właścicielce) nosiła tytuł „Gumboots: Accordion Jive Hits Volume II”, ale nie zawierała spisu wykonawców, więc Simon zwrócił się o pomoc do koncernu Warner Bros. Wytwórnia skontaktowała go z Hiltonem Rosenthalem, południowoafrykańskim producentem, któremu udało się zidentyfikować większość nazwisk, w tym Johnsona Mkhalaliego z formacji The Boyoyo Boys. Hilton wysłał Simonowi także płyty innych grup z RPA: „Zacząłem chłonąć esencję muzyczną tych albumów. Kształt utworów nie jest dla nas znajomy, ale słuchałem i próbowałem uchwycić ich strukturę”[5]. Jego entuzjazm rósł z każdą przesłuchaną piosenką i w końcu Simon zapytał Rosenthala o widoki na wspólne nagrania z tymi zespołami. Producent udzielił pozytywnej odpowiedzi i zaprosił go do Johannesburga.

Istniał tylko jeden problem: na mocy uchwalonej przez Organizację Narodów Zjednoczonych rezolucji 35/206 z grudnia 1980 roku obowiązywał bojkot zabraniający „wymiany kulturalnej, akademickiej, sportowej i innej z RPA”, a nawet kooperacji z mieszkańcami tego kraju w innych strefach globu. Powodem ostracyzmu był apartheid – wprowadzony w latach 40. przez mniejszościowy biały rząd Partii Narodowej system segregacji rasowej, który ograniczał i znosił prawa obywatelskie czarnych. „Wiedziałem, że spotka mnie krytyka, jeśli tam pojadę, choć nie zamierzałem pracować dla władz Pretorii ani występować przed rasowo podzieloną publiką”[6] – rekapitulował Simon. Harry Belafonte sugerował konsultację z opozycyjnym Afrykańskim Kongresem Narodowym (ANC), ale Simon nie posłuchał tej rady. Do podróży do RPA ostatecznie skłonił go przychylny dlań wynik głosowania przeprowadzonego przez członków miejscowego związku zawodowego czarnych muzyków.

Mistrz organizacji

W lutym 1985 roku Simon i inżynier dźwięku Roy Halee potajemnie wyruszyli do Johannesburga, gdzie w studiu Ovation czekali na nich lokalni muzycy zebrani przez Rosenthala: basista Bakithi Kumalo, gitarzysta Ray Phiri, akordeonista Forere Motloheloa, wokalista General M.D. Shirinda, a także perkusiści Vusi Khumalo i Makhaya Mahlangu oraz członkowie grup The Boyoyo Boys i The Gaza Sisters. Sesje nagraniowe miały charakter otwartych improwizacji trwających jednorazowo od dziesięciu do trzydziestu minut (Halee: „Wchodziliśmy tam bez niczego konkretnego na papierze, istniał tylko pomysł”). Muzycy nie używali słuchawek i stali blisko siebie, co nastręczało trudności w uzyskaniu separacji dźwięków poszczególnych instrumentów. Simon początkowo miał kłopoty z opanowaniem afrykańskich wzorców muzycznych, które „często do siebie nie pasowały. […] Rytm zawsze ulegał tam drobnym przesunięciom, zaś melodię dyktowała linia basu, a nie gitary”[7].

Amerykanin dostosował się do nowych współpracowników zamiast narzucać im swoje standardy. W przeszłości zwykł opracowywać na gitarze utwory, które później wzbogacał w studiu o partie dodatkowych instrumentów i wokali. Na ten raz ów proces został odwrócony: wpierw powstawały „nagie” ścieżki instrumentalne z potencjałem do zużytkowania w dowolnej kompozycji. „Podczas gdy kapela grała w studiu, ja śpiewałem melodie, słowa i wszystko, co pasowało do skali, po której oni się poruszali”[8] – uściślał Simon. „Paul z pewnością nie miał intencji mówić tym gościom, co mają grać” – potwierdzał Halee. „Jest mistrzem organizacji i świetnie radził sobie ze wskazaniem sekcji odpowiednich do użycia jako mostek, refren lub wprowadzenie. […] Właśnie taką metodą ewoluowały te kawałki. Paul ma kapitalny słuch muzyczny i kiedy trzeba było dokonać przeglądu całego materiału pod kątem selekcji oraz zmian, on miał już wszystko poukładane w głowie”.

Pomimo kreatywnego klimatu, praca przebiegała w cieniu politycznego terroru dokonywanego na czarnych obywatelach RPA przez biały reżim prezydenta Pietera Willema Bothy. Sesje toczyły się w ściśle określonych godzinach, żeby sidemani mogli wrócić do domu przed godziną policyjną, która udaremniała czarnoskórym mieszkańcom Johannesburga swobodne poruszanie się po mieście. Jak ujął to Simon, „pośród euforycznej atmosfery panującej w studiu, człowiek przypominał sobie, że żyje w niezwykle napiętym środowisku rasowym, gdzie dominujące prawo stanowi apartheid”. Amerykanin dołożył starań, aby jego kooperanci byli traktowani równo chociaż w studiu, oferując około dwustu dolarów za godzinę usług (zazwyczaj zarabiali nie więcej niż piętnaście dolarów), a niektórym przypisując też współautorstwo utworów. „Czołowi instrumentaliści właśnie tyle kasują. Pragnąłem być uczciwy, więc płaciłem im najwyższą osiągalną stawkę”[9] – uzasadniał Simon.

Wspólna nić

Po blisko trzech tygodniach spędzonych za oceanem, Simon i Halee wrócili do Nowego Jorku, gdzie rozpoczął się mozolny montaż materiału w studiu The Hit Factory. Inżynier dźwięku zapamiętał, że „ilość roboty, jaką włożyliśmy w ten album, była niewiarygodna. Nagraliśmy wszystko analogowo i brzmiało to naprawdę dobrze, ale nie sądzę, że bylibyśmy w stanie zrealizować ten projekt bez sposobności zastosowania edycji cyfrowej”. Metoda pracy Haleego i Simona kojarzyła się do pewnego stopnia z techniką współczesnych producentów hip-hopu: obaj wybierali z zapisanych w Johannesburgu taśm najbardziej interesujące fragmenty – riffy, melodie, ścieżki instrumentów oraz zaśpiewy – którymi manipulowali za pomocą studyjnego sprzętu. „Montowaliśmy to jak obłąkani, przenosząc wszystko z nośnika analogowego na cyfrowy i z powrotem” – uzupełniał Halee. „Gdyby nie technologia cyfrowa, mielibyśmy do dyspozycji jakieś dwadzieścia generacji tych nagrań”.

Jakiś czas później Simon sprowadził do Stanów część uczestników sesji w Ovation celem dogrania nakładek. Sam wybrał się również do studia Abbey Road w Londynie, gdzie zarejestrował występ południowoafrykańskiego ansamblu wokalnego Ladysmith Black Mambazo pod przewodnictwem Josepha Shabalali. Nie chcąc ograniczać się tylko do wpływów afrykańskich, Simon zaangażował też amerykańskich muzyków sesyjnych: gitarzystę Adriana Belewa, klawiszowca Roba Mounseya, perkusistę Ralpha McDonalda, saksofonistę Lenny’ego Picketta, śpiewaków z The Everly Brothers oraz wokalistkę Lindę Ronstadt, a także zespół zydeco Good Rockin’ Dopsie and the Twisters z Lafayette i specjalizujący się w gatunku Tex-Mex kalifornijski kwintet Los Lobos (sesje odbyły się w Master-Trak w Crowley i Amigo Studios w Los Angeles). „Nie ma nic bardziej różnorodnego niż Afryka, Luizjana i Los Angeles, ale wspólną nicią jest tutaj akordeon”[10] – tłumaczył Simon.

Artysta usiadł do tekstów po przygotowaniu podkładów, pierwotnie rozważając polityczne piosenki o apartheidzie, jednak uznał, że nie jest biegły w pisaniu o polityce („Jestem autorem zajmującym się relacjami oraz introspekcją”[11]). Ale były tam teksty z tłem społeczno-politycznym, na przykład śpiewany częściowo w języku zuluskim „Homeless” czy inspirowany historiami Davida VetteraBaby Fae „The Boy in the Bubble”. Simon nawiązywał także do tradycji rock’n’rolla oraz swojego związku z Fisher („Graceland”), opisywał interakcję z nowo poznaną kobietą („I Know What I Know”), składał hołd artystom z kasety od Berg, która go natchnęła („Gumboots”), snuł opowieść o mezaliansie („Diamonds on the Soles of Her Shoes”), kreślił portret mężczyzny w kryzysie wieku średniego („You Can Call Me Al”), zderzał ze sobą krajobrazy USA i RPA („Under African Skies”). Jak sam mówił, używał tylko „prostych słów”, zarazem nie idąc na „językowe kompromisy”[12].

Środkowy palec

W maju 1986 roku Simon – wspierany przez swój południowoafrykański zespół i Ladysmith Black Mambazo – wystąpił w programie „Saturday Night Live”. Był to pierwszy zwiastun jego siódmego studyjnego longplaya, który otrzymał tytuł „Graceland” i trafił do sklepów 25 sierpnia 1986 roku. Na okładce zaprojektowanej przez Kim Champagne znalazła się reprodukcja średniowiecznej ikony pochodzącej ze zbiorów Peabody Essex Museum w Salem i przedstawiającej świętego Jerzego. Płytę pilotowało pięć singli publikowanych od lipca 1986 roku do sierpnia roku następnego: „You Can Call Me Al”, „Graceland”, „The Boy in the Bubble”, „Diamonds on the Soles of Her Shoes” oraz „Under African Skies”. Popularność albumu przerosła najśmielsze wyobrażenia Simona i wytwórni: „Graceland” zajął szczyt zestawień w ośmiu krajach, pokrywając się wielokrotną platyną i złotem na pięciu kontynentach. Do dziś sprzedano blisko szesnaście milionów kopii tego longplaya.

Simon dostał też dwie nagrody Grammy, jedną Brit Award oraz całe mnóstwo pochwał w prasie. Rob Tannenbaum z „Rolling Stone” zachwycał się „przepiękną, odważną i dopracowaną płytą”[13], a jeszcze dalej posunął się Jack Barron z „Sounds”, który donosił, że „Graceland” zawiera „po prostu najwspanialsze melodie, jakie w życiu słyszałem”[14]. Mike Gardner z „Record Mirror” ocenił album na pięć z pięciu możliwych gwiazdek, argumentując: „Spektakularny i stylowy powrót do wysokiej formy. […] Wciągająca muzyczna odyseja, której ciepło, subtelne faktury i różne smaczki silnie podkreślają całe bogactwo dźwięków, siłę ducha i godność, jakie można odnaleźć pod wojskowym buciorem i batem apartheidu”[15]. Dla odmiany Alex Spillius ze „Smash Hits” zastanawiał się, „jak eksploatacja czarnoskórych afrykańskich muzyków w celu ożywienia własnej gasnącej kariery może cokolwiek zmienić w RPA”, ale i on docenił „delikatne melodie” i „anegdotyczne teksty”[16].

Trasa koncertowa promująca „Graceland” wystartowała 1 lutego 1987 roku w hali sportowej Ahoy w Rotterdamie. Simonowi akompaniowały dwa tuziny południowoafrykańskich muzyków, między innymi Phiri, Ladysmith Black Mambazo, piosenkarka Miriam Makeba i trębacz Hugh Masekela. W połowie miesiąca tournée dotarło do Zimbabwe, gdzie na scenie przekazano małżonce premiera Roberta Mugabe darowiznę w kwocie piętnastu tysięcy dolarów na wybraną przez nią organizację charytatywną (Randy Ezratty, który obsługiwał techniczną stronę tego koncertu, wyjawił później, że w pierwszej kolejności Simon chciał zagrać w RPA, „pokazując południowoafrykańskiej władzy środkowy palec”[17]). Na dodatek lider odstąpił od własnego wynagrodzenia na rzecz swojej grupy, a jedną trzecią dochodu z ostatniego etapu trasy wpłacił na konto funduszu Children of Apartheid. To nie uchroniło go jednak przed być może największym skandalem w dotychczasowej karierze.

Beżowa okładka przedstawia stylizowany na średniowieczny rysunek mężczyzny w czerwonym ubraniu na białym koniu

Kulturowy bojkot

Gdyby nikt nie kupił „Graceland”, sprawa chyba rozeszłaby się po kościach, lecz globalny sukces Simona sprowokował zarzuty o przywłaszczenie kulturowe, muzyczny kolonializm i – o zgrozo – złamanie bojkotu nałożonego przez ONZ przy jednoczesnej rezygnacji z poruszania niewygodnych wątków w tekstach utworów. Dali Tambo (syn byłego przewodniczącego ANC, Olivera Tambo) i Jerry Dammers (muzyk grupy The Specials), dwaj założyciele zrzeszenia Artists Against Apartheid, ciskali gromy na Simona. Ten pierwszy wskazywał, że „walczyliśmy o naszą ziemię i tożsamość. […] Paul Simon jawił się nam jako zagrożenie, ponieważ nie było to usankcjonowane przez ruch wyzwoleńczy”. Drugi w oświadczeniu dla „NME” wytknął artyście nieodpowiedzialność, łamanie „jedności w walce z apartheidem”[18] i brak konsultacji z ANC, które zresztą w pełni poparło tę akcję słowami: „Simon wyrządził szkodę, lekceważąc kulturowy bojkot rasistowskiego reżimu”[19].

Amerykanin publicznie odpierał oskarżenia. „Stoję po stronie artystów. Nie prosiłem o zgodę ANC, [Mangosuthu] Butheleziego, Desmonda Tutu ani rządu Pretorii” – deklarował. I dodawał: „Kiedy artysta popada w jakiś konflikt z polityką, dlaczego to właśnie polityków wyznacza się do tego, by mówić nam, artystom, co mamy robić, a my mamy się pod to podkładać?”. Zaznaczał, że przecież nie współpracował z białym rządem RPA, lecz dyskryminowanymi czarnymi muzykami, którym nie tylko wypłacił hojne honoraria, ale też zadbał o dodatkowy przypływ gotówki w postaci tantiem z tytułu praw autorskich (a te były wysokie, bo płyta sprzedawała się na pniu). Simon sygnalizował adwersarzom, że dwukrotnie odrzucił lukratywną propozycję koncertu w Sun City, ekskluzywnym kurorcie dla białych bogaczy, położonym w czarnym sercu RPA. „Zagrać tam to tak, jak wystąpić w nazistowskich Niemczech w apogeum Holokaustu. A ja grałem dla Żydów”[20] – podsumował.

Szkopuł w tym, że parę lat wcześniej w Sun City bawiła Linda Ronstadt, którą świadomy tego faktu Simon ściągnął na „Graceland” – i to również spotkało się z naganą[21]. Za występ w RPA wokalistka zainkasowała pół miliona dolarów i nie dość, że nie okazała skruchy, to jeszcze dolewała oliwy do ognia wypowiedziami typu: „Sztuka to ostatnie miejsce, w którym należy stosować bojkot” i „Nie lubię, gdy zabrania mi się gdzieś jechać”. Simon przyznał, że Ronstadt popełniła błąd, zapewniając równocześnie, że „jej zamiarem nie było wspieranie afrykanerskiego rządu. […] [Linda] jest bardzo liberalna w swoich poglądach i bezsprzecznie sprzeciwia się apartheidowi”[22]. Trudno było obronić to stanowisko, ponieważ Sun City zostało wzniesione przez hotelowego magnata Sola Kerzenera w bantustanie Bophuthatswana – formalnie autonomicznym regionie RPA, a faktycznie swego rodzaju rezerwacie założonym przez siewców apartheidu dla „osobnego rozwoju” czarnej populacji.

Trudne chwile

Simona wzięli w obronę jego południowoafrykańscy przyjaciele. Masekela: „»Graceland« dotarł do milionów jego fanów, którzy nigdy nie słyszeli o RPA, i uświadomił ich o naszym istnieniu. […] To zachęciło większość słuchaczy do potępienia apartheidu i naciskania na rządy, żeby zerwały więzi z rasistowską dyktaturą”. Phiri: „To dzięki temu Żydowi z Nowego Jorku tak nam się poukładało. A teraz świat zna muzykę południowoafrykańską. Ludzie, którzy czują emocje w naszej muzyce, mają świadomość, że przechodzimy przez trudne chwile”. John Selolwane: „Pamiętam, jak wyruszyliśmy w trasę. […] Myślałem sobie wtedy: »Oto ja. Jestem afrykańskim chłopakiem, pada śnieg, a stadion jest wypełniony po brzegi pięćdziesięcioma tysiącami ludzi«, i płakałem”. Barney Rachabane: „Nie mieliśmy możliwości w RPA. […] »Graceland« otworzył mi oczy i wypełnił moje życie nadzieją”. Shabalala: „Śpiewamy dla wszystkich. […] Nikt nam nie mówi, po której stronie mamy być”.

Nie wszystkich to usatysfakcjonowało. Południowoafrykański puzonista Jonas Gwangwa poprzestał na ironicznym komentarzu („Czyli trzeba było kolejnego białego, aby odkryto mój lud?”), ale już James Victor Ghebo, ambasador Ghany przy ONZ, wytoczył ciężkie działa: „Jadąc do RPA, Simon kłania się w pas apartheidowi. Mieszka w hotelach przeznaczonych dla białych. Wydaje pieniądze w sposób, w jaki biali umożliwili wydawanie pieniędzy. Pieniądze, które on wydaje, idą na utrzymanie białych społeczności, a nie czarnych osiedli”[23]. Tego rodzaju argumentacja rozwścieczyła Simona. „Nie wyprowadziłem żadnych pieniędzy z tego kraju” – bronił się zaciekle. „To była tylko wymiana pomiędzy muzykami i podział zysków. Zapłaciłem im za pracę. Nie wierzę, że to ma cokolwiek wspólnego z bojkotem. […] To są szalenie utalentowani ludzie. Dlaczego mają być ukarani dwa razy? Muszą tam mieszkać, a nam nie wolno tworzyć z nimi muzyki. Z jakiego powodu?”[24].

Z biegiem czasu afera naturalnie przycichła. Na początku lat 90. w RPA wdrożono proces reform znoszących apartheid, zalegalizowano również ANC i wypuszczono z więzienia jej lidera, Nelsona Mandelę. W styczniu 1992 roku – po anulowaniu przez ONZ bojkotu – Mandela powitał Simona i jego zespół na występach w Johannesburgu. I wtedy odżyły dawne demony: paramilitarna bojówka Organizacji Ludu Azanii (AZAPO) wrzuciła granaty do biura tamtejszego promotora koncertowego Attiego van Wyka; szczęśliwym trafem obyło się bez ofiar śmiertelnych. Na sekretnym spotkaniu z przedstawicielami AZAPO Simon zaproponował im część udziałów pieniężnych z trasy, ale jego warunki nie zostały przyjęte; potem dowiedział się, że figuruje na ich liście osób do zabicia. Steven van Zandt, amerykański gitarzysta i aktywista antyapartheidowy, utrzymywał, że to on skutecznie przekonał bojówkarzy AZAPO, że „wyeliminowanie Paula Simona nikomu się nie przysłuży”.

Prawdziwa muzyka

Istne cuda i dziwy, żeby sparafrazować wers z „The Boy in the Bubble”[25]. A pozostawało jeszcze posądzenie o kulturowe przywłaszczenie oraz rzekomy plagiat. W wyjaśnieniu tej pierwszej kwestii Simona wyręczył Phiri: „Wykorzystywaliśmy Paula tak samo, jak on wykorzystywał nas. Nie zaszły żadne nadużycia. Pojawił się we właściwym momencie i był osobą, której potrzebowaliśmy, ażeby wprowadzić naszą muzykę do mainstreamu”. Drugi incydent był nieco bardziej skomplikowany, a ponadto dotyczył dwóch przypadków: Alton Rubin z Good Rockin’ Dopsie and the Twisters uważał, że „That Was Your Mother” żerował na jego kompozycji „My Baby, She’s Gone”, nie podjął jednak kroków prawnych. Z pozwu wycofali się też członkowie Los Lobos, choć saksofonista Steve Berlin zaręczał, że „All Around the World or the Myth of Fingerprints” to „była jedna z naszych piosenek”. Biorąc pod uwagę to, jak Simon obszedł się przedtem z Heidi Berg, coś mogło być na rzeczy.

Kurz po tych wszystkich bitwach już dawno opadł i dziś można rozpatrywać fenomen „Graceland” z czysto kulturotwórczej perspektywy. Simon nie był pierwszym artystą, który przemycił afrykański folk do muzyki zachodniej: dawniej robili to między innymi jazzmani pokroju Randy’ego Westona i Arta Blakeya, Brian Jones dokumentujący Marokańczyków („The Pipes of Pan at Jajouka”, 1971), Ginger Baker nagrywający z nigeryjskim skarbem narodowym Felą Kutim („Live”, 1971), po uszy zakochani w afrykańskiej polirytmii Talking Heads („Fear of Music”, 1979 i „Remain in Light”, 1980), a także ich frontman David Byrne wespół z Brianem Eno („My Life in the Bush of Ghosts”, 1981), Malcolm McLaren („Duck Rock”, 1982) oraz Zazou/Bikaye/Cy1 („Noir et Blanc”, 1983). Ale dopiero Simon jako pierwszy odniósł na tym polu duże zwycięstwo komercyjne, tym samym przyczyniając się do międzynarodowego wzrostu zainteresowania muzyką z Afryki.

Na efekty nie trzeba było długo czekać: Warner Bros. na wznoszącej fali wypuścił albumy Hugha Masekeli („Tomorrow”, 1987) i Ladysmith Black Mambazo (wyprodukowany przez Simona „Shaka Zulu”, 1987). Na renomie „Graceland” skorzystali szczególnie ci drudzy – do tej pory znani tylko w południowoafrykańskich wioskach i miasteczkach, niemal z dnia na dzień zyskali światowy rozgłos, natychmiast zmonetyzowany dzięki trasom koncertowym i obecności w reklamach telewizyjnych (7 Up, Lifesavers, Heinz). Jon Pareles nie miał wątpliwości, że działalność Simona otworzyła publiczności pod każdą szerokością geograficzną „drzwi do prawdziwej muzyki afrykańskiej”[26], a jego opinię podzielała Kimberly Antoun, pisząc o „świetle, jakie »Graceland« rzuciło na mbaqangę i inne południowoafrykańskie rytmy”[27]. To światło nadal mocno świeci, czego dowodem są dokonania The Deviates[28], Vampire Weekend, Givers, The Very Best, Tanlines i wielu innych artystów.

A Paul Simon? U schyłku lat 80. wyjechał do Brazylii i nagrał naszpikowaną latynoamerykańskimi brzmieniami płytę „The Rhythm of the Saints” (1990). Tym razem nikt nie chciał go zamordować.


Przypisy:
[1]     J. Morella, P. Barey, „Simon and Garfunkel: Old Friends. A Dual Biography”, New York City 1991, s. 1 (tłum. własne).
[2]     M. Eliot, „Paul Simon: A Life”, New Jersey 2010, s. 186 (tłum. własne).
[3]     D. Fricke, „Paul Simon: African Odyssey”, „Rolling Stone”, 23 października 1986 (tłum. własne).
[4]     Autor nieznany, „Creating Intriguing New Sounds Under African Skies”, „Music & Media”, 13 września 1986, s. 8 (tłum. własne).
[5]     D. Cross, „Paul Simon: Giving It Some Mbaqanga”, „Record Mirror”, 6 września 1986, s. 19 (tłum. własne).
[6]     S. Holden, „Paul Simon Brings Home the Music of Black South Africa”, „The New York Times”, 24 sierpnia 1986, s. 1 (tłum. własne).
[7]     Ibidem.
[8]     Ibidem.
[9]     D. Fricke, „Paul Simon…”, op. cit.
[10]   Autor nieznany, „Creating Intriguing…”, op. cit., s. 8.
[11]   R. Christgau, „South Africa Romance”, „The Village Voice”, 23 września 1986 (tłum. własne).
[12]   D. Fricke, „Paul Simon…”, op. cit.
[13]   R. Tannenbaum, „Paul Simon – »Graceland«”, „Rolling Stone” No. 485, 23 października 1986, s. 100 (tłum. własne).
[14]   J. Barron, „Grace Under Pressure”, „Sounds”, 6 września 1986, s. 29 (tłum. własne).
[15]   M. Gardner, „Paul Simon: »Graceland«”, „Record Mirror”, 6 września 1986, s. 12 (tłum. własne).
[16]   A. Spillius, „Albums”, „Smash Hits”, 24 września–7 października 1986, s. 56–57 (tłum. własne).
[17]   D. Daley, „Graceland Live: Out of Africa”, „Mix” Vol. 11 No. 6, czerwiec 1987, s. 28 (tłum. własne).
[18]   J. Dammers, „The Same Mistake”, „NME”, 2 lutego 1987 (tłum. własne).
[19]   G. Martin, „I Am No Expert on South African Politics”, „NME”, 7 lutego 1987 (tłum. własne).
[20]   D. Fricke, „Paul Simon’s Amazing Graceland Tour”, „Rolling Stone”, 2 lipca 1987 (tłum. własne).
[21]   W Sun City występowali też Cher, Ray Charles, Dolly Parton, Elton John, Liza Minnelli, Shirley Bassey, The Beach Boys i Queen.
[22]   D. Fricke, „Paul Simon…”, op. cit.
[23]   D. Fricke, „Paul Simon’s…”, op. cit.
[24]   Autor nieznany, „Creating Intriguing…”, op. cit., s. 8.
[25]   W oryginale: „These are the days of miracle and wonder”.
[26]   J. Pareles, „How African Rock Won the West, and on the Way Was Westernized”, „The New York Times”, 8 listopada 1989, s. 19 (tłum. własne).
[27]   K. Antoun, „This Is The World Calling”, „Music Week”, 23 czerwca 1988, s. 36 (tłum. własne).
[28]   Zob. A. W. Seligman, „Off The Record”, „Music Technology”, kwiecień 1988, s. 91.