Nr 5/2026 Na teraz

Warszawska opowieść

Paweł Służewski
Film Recenzja

Wróciłem ostatnio do kina Yasujirō Ozu i z zaskoczeniem odkryłem w nim korzeń pełnometrażowego debiutu Emi Buchwald. Niezwykle prostej formalnie filmografii Japończyka z pozoru daleko jest do awangardowej komedii polskiej reżyserki, ale po zagłębieniu się w światy Ozu można zauważyć, że oboje łączy duchowe pokrewieństwo. Twórczość Ozu jest manifestem, wyznaniem wiary w mądrość głoszącą, że szczęście jest nam dane zawsze tylko na chwilę, że piękno można zobaczyć tylko, gdy rozsypuje się ono na naszych oczach. Szczególnie widać to w filmie „Wczesne lato”, które najpierw portretuje sieć rodzinnych relacji, by następnie pokazać, jak szwy puszczają, a misternie spleciona rodzinna tkanina rozpruwa się na drobne kawałki. Równie piękny obraz pękającej wspólnoty odnajdziemy w „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” – ubiegłorocznej rewelacji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Reżyserka nie odwołuje się w wywiadach do japońskiego twórcy ani nie jest jej bliskie skrupulatne portretowanie codzienności w duchu „Tokijskiej opowieści”. Inaczej rozkładając akcenty i używając innych formalnych narzędzi, Buchwald spogląda na rodzinę z podobną do Ozu wrażliwością. Nieunikniony rozpad więzi i jego akceptacja są motywem, którym kino Ozu oddycha, dla Buchwald natomiast stanowią punkt wyjścia. Ewolucja rodzinnej wspólnoty i lęki z nią związane są w „Nie ma duchów…” ukazane przez pryzmat relacji czwórki dorosłego rodzeństwa. Franek (Tymoteusz Rożynek) jest buntownikiem. Jego chęć odłączenia się od rodziny i dążenie do autonomii, spotykają się z oporem brata i sióstr. Najstarsza Jana (Karolina Rzepa) obawy o brata stara się ukoić, spełniając swoje artystyczne ambicje. Nastka (Izabella Dudziak), siostra bliźniaczka Franka, mierzy się nie tylko z rozłamem w rodzinie, ale również rozpadem własnego związku, a najmłodszy Benek (Bartłomiej Deklewa), nie potrafiąc pogodzić się z braterską rozłąką, wpada w problemy zdrowotne, których przyczyną, jak sugerują nam twórcy, jest wyrwany z wiersza Leśmiana, nawiedzający film tajemniczy Dusiołek.

„Nie ma duchów…” jest filmem formalnie dojrzałym. Podział na rozdziały, powracające jak refren chóralne śpiewy i angażujący montaż (rewelacyjny debiut Anny Łuki) z jednej strony imponują nowofalową odwagą, a z drugiej nie ciążą zagłuszającym bohaterów kompulsywnym eksperymentatorstwem. Historia kina pokazuje, że awangarda formalna, oryginalne (a więc dalekie od pocztówkowego) spojrzenie na miasto i portrety młodych dorosłych idealnie ze sobą współgrają. W warstwie formalnej filmu Buchwald czuć zwłaszcza klimat francuskich dzieł z lat 60., a przedstawiona z nieoczywistej strony Warszawa (autorem zdjęć był Tomasz Gajewski) przywołuje na myśl Paryż, po którym spacerowali Jean Godard i spółka. Buchwald często wspomina w wywiadach, jak w czasach licealnych ważne były dla niej dzieła twórcy „Do utraty tchu”.

mat. prasowe Kino Świat

Próby portretowania życia młodych dorosłych Polaków są w naszym rodzimym kinie festiwalowym raczej rzadkością, a jeśli już mają miejsce, to przybierają postać protekcjonalnych przypowieści o młodych gubiących się w wolności. Zadymione sylwetki, alkohol lejący się strumieniami, historie o przemocy i odkupieniu na szczęście powoli odchodzą do lamusa, ale reżyserskie oko spoglądające na dwudziestolatków raczej z ciekawością niż z twardą społeczną diagnozą jest wciąż czymś rzadkim, dostrzegalnym raczej w odległej przeszłości polskiego kina („Niewinni czarodzieje”, „Do widzenia, do jutra”) niż w jego teraźniejszości. „Nie ma duchów…” jest wyjątkowe, bo nie pudruje rzeczywistości, a mimo to nie wpisuje się w powyższe schematy. Rozpisując scenariusz na czterech zupełnie różnych bohaterów, twórcy uczynili obraz warszawskiej dorosłości rozległą panoramą, której blaski i cienie nie sprowadzają się jedynie do kilku banałów.

Szerszej publiczności Buchwald przedstawiła się w 2022 roku, kiedy na Warszawskim Festiwalu Filmowym miała miejsce premiera jej krótkiego metrażu „Piękna łąka kwietna”. Historia pogrążającego się w chaosie obowiązków architekta krajobrazu bogata była w artystyczne środki, które znaleźć możemy również w “Nie ma duchów…”. Wśród nich najważniejsze są z pewnością: ciepła, pastelowa paleta barw przywołująca twórczości Erica Rohmera i Jacques’a Rivette’a (przyjaciół wspomnianego wcześniej Godarda), wplecione w fabułę fantastyczne elementy-symbole (w „Pięknej łące…” – kamień, w „Nie ma duchów…” – Dusiołek) oraz ścieżka dźwiękowa wprowadzająca metafizyczne tony. Znacznie bardziej interesująca jest jednak ta składowa stylu Buchwald, która uległa korekcie. „Piękna łąka…”, przypominająca kino braci Safdie („Good Time”, „Nieoszlifowane diamenty”), cechuje się szybką akcją i skupia na konflikcie bohatera z otaczającą go rzeczywistością. W „Nie ma duchów…” zrezygnowano z morderczego tempa. Podobnie jak w kinie wspomnianego na początku Ozu fabuła schodzi na dalszy plan – liczą się przede wszystkim portrety bohaterów. Dobrze, że Buchwald zrezygnowała z prostego (choć bardzo udanego!) naśladownictwa, bo dzięki temu powstało dzieło bardzo oryginalne: złamana gorzkimi nutami metafizyczna komedia rodzinna, która stanowi powiew świeżości w polskim kinie.

„Nie ma duchów…” posiada tylko jeden istotny mankament. Reżyserka zbyt często odcina się od swoich bohaterów humorem, przez co ich problemy nie zawsze mogą odpowiednio wybrzmieć. Buchwald określa swój film mianem „dramedy”, ale dramat widz musi odczytywać między wierszami. Kiedy pewne wątki przybierają mroczne tony, twórcy nie pozwalają im długo trwać – kwitują je ironicznym żartem lub po prostu przerywają.

Tak dzieje się choćby na początku filmu, kiedy atak paniki Benka kończy nagłe cięcie montażowe albo kiedy spowodowany pożarem dramat Jany płynnie przeistacza się w scenę komediową. Filmowi przydałby się melodramatyczny oddech, aby widz z większą łatwością mógł zbliżyć się do bohaterów.

Ostatnio myślami wciąż wracam do „Wczesnego lata” i do ikonicznej sceny rodzinnej sesji zdjęciowej. Ale od kilku dni nie potrafię myśleć o niej w oderwaniu od ostatniego ujęcia „Nie ma duchów…”. Realizacyjnie Buchwald kopiuje to, co w zakończeniu „Aftersun” zrobiła Charlotte Wells, ale duchowo zbliża się do „Opowieści zimowej” Williama Szekspira – historii o rozpadzie rodziny, która po latach ma szansę się na nowo odnaleźć. Ozu uwiecznia ostatnie chwile rodzinnej jedności, Szekspir ożywia posąg umarłej, by przywrócić światu utraconą miłość. A Buchwald? Pokazując skulone w dziecięcej bazie z prześcieradeł rodzeństwo, przywołuje to, czego już nie ma. A może uwiecznia ostatnią chwilę czegoś, co za chwilę się rozpadnie?

Czy warto odpowiadać na to pytanie? Może lepiej nie analizować – a zamiast tego pozwolić, by ten obraz się na nas odcisnął.

„Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”
reż. Emi Buchwald
premiera: 13.03.2026