Czerwony dywan, filmowe gwiazdy, ich ekscytujące kreacje, autografy, błyski fleszy oraz wszechobecny glamour to charakterystyczne cechy większości międzynarodowych filmowych imprez – elementy, bez których trudno byłoby sobie wyobrazić dzisiaj festiwale w Cannes czy Wenecji. Tymczasem znakiem rozpoznawczym Berlinale jest polityczne zaangażowanie, które od lat niezmiennie definiuje jego tożsamość i odróżnia od pozostałych filmowych wydarzeń. Tutaj o wiele ważniejsze od tego, jakie kreacje modowe zobaczymy na czerwonym dywanie, są aktywistyczne hasła wygłaszane przez osoby z branży filmowej, niesione przez nie transparenty, emblematy i flagi, a od autografów gwiazd istotniejsze są podpisy filmowców na listach protestacyjnych.
W ostatnich latach festiwal był między innymi sceną wsparcia dla aresztowanego przez władze Iranu Jafara Panahiego (2022), wyrazów solidarności po śmierci Mahsy Amini w wyniku działań irańskiej policji obyczajowej (2023), protestów przeciwko pełnoskalowej agresji rosyjskiej na Ukrainę (2022/2023, hasło „Stand with Ukraine”) czy też kontrowersji związanych z prawicowym ekstremizmem i sprzeciwem wobec zapraszania polityków Alternatywy dla Niemiec (AfD) na ceremonię otwarcia (2024). Gala wręczenia nagród w 2024 roku nieoczekiwanie stała się wymownym gestem wsparcia dla Palestyny. Ben Russell, reżyser filmu „Direct Action”, odbierając nagrodę w kefiji, potępił wówczas izraelskie działania wojenne w Strefie Gazy, nazywając je wprost ludobójstwem. Z jednej strony to bezkompromisowe zachowanie artysty, niezwykle spójne z tematem jego filmu (akcja bezpośrednia), wywołało płynące ze strony niemieckich polityków oskarżenia o antysemityzm oraz szeroką dyskusję nad tym, czy festiwal powinien dawać środowisku filmowemu nieograniczoną swobodę wypowiedzi. Z drugiej strony narastające kontrowersje wokół tego wydarzenia doprowadziły do pytania o to, czy zaangażowanie polityczne Berlinale nie było do tej pory jedynie wybiórcze.
Tegoroczna edycja festiwalu nie zdążyła się jeszcze rozpocząć, a atmosfera wokół niej już była rozgrzana do czerwoności. Przewodniczący jury Wim Wenders na konferencji prasowej 12 lutego, zapytany przez dziennikarza o to, czy festiwal powinien zająć stanowisko w sprawie ludobójstwa w Gazie, odpowiedział: „Musimy trzymać się z dala od polityki”. To niefortunne zdanie wzburzyło i podzieliło środowisko filmowe, zwłaszcza w świetle trudnych do wytłumaczenia problemów technicznych z transmisją na żywo konferencji, które pojawiły się bezpośrednio po zadaniu tego niewygodnego pytania. Dyrekcja festiwalu, próbując uniknąć kryzysu wizerunkowego, udzieliła wsparcia Wendersowi, twierdząc, że artyści nie muszą zabierać głosu w każdej sprawie politycznej. Tymczasem ponad 80 twórców, w tym między innymi Tilda Swinton i Javier Bardem, podpisało list, w którym wyrazili oni sprzeciw wobec cenzurowania osób artystycznych. Kontrowersyjną wypowiedź Wendersa należy odczytywać jednak w szerszym, również ekonomicznym kontekście. Festiwal w Berlinie realizowany jest głównie z publicznych środków, a finansowanie kultury w Niemczech wiąże się z podpisaniem klauzuli o odrzuceniu wszelkich form antysemityzmu, regulowanych przez Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holokauście (IHRA). Dlatego niemieckie instytucje kultury w obawie przed utratą dotacji dokonują często prewencyjnej autocenzury, same rezygnują z organizowania kontrowersyjnych wydarzeń i prawdopodobnie właśnie tę drogę wskazywał filmowcom Wenders, zdając sobie sprawę z tego, że Berlinale w 2026 roku to beczka z prochem, która w każdej chwili może eksplodować. Jego wypowiedź miała wyciszyć protesty, ostudzić nastroje i przekierować aktywistyczną energię środowiska artystycznego na zainteresowanie wyłącznie sztuką filmową, jednak reżyser osiągnął w ten sposób zupełnie przeciwny efekt.
Punktem kulminacyjnym wszystkich dotychczasowych protestów okazała się jak zwykle tegoroczna gala zamknięcia festiwalu, która wzbudziła zdecydowanie więcej emocji niż niejeden pokazywany na Berlinale tytuł. Gdy syryjsko-palestyński reżyser Abdallah Al-Khatib odbierał nagrodę za film „Chronicles from the Siege”, trzymając w dłoniach palestyńską flagę i w kefiji na ramionach, zarzucił społeczeństwu niemieckiemu nie tylko obojętność, ale również współudział w dokonywanym przez Izrael ludobójstwie w Gazie. Niemiecki minister środowiska Carsten Schneider w geście protestu opuścił Berlinale Palast w trakcie przemówienia artysty, uznając padające z jego ust słowa za nieakceptowalne. Natomiast minister kultury Wolfram Weimer bezpośrednio po tych wydarzeniach stwierdził, że Berlinale nie może być miejscem antysemityzmu finansowanego przez niemieckich podatników, i zwołał posiedzenie rady nadzorczej festiwalu. W ten sposób Tricia Tuttle, pełniąca funkcję dyrektorki Berlinale dopiero od dwóch lat, znalazła się w niewygodnej sytuacji, w ogniu krytyki i politycznych nacisków. Według nieformalnych doniesień pozostała na stanowisku dzięki ogromnemu wsparciu ze strony środowiska filmowego, nie tylko od ponad 500 pracowników Berlinale, ale również w postaci listu poparcia ponad 700 filmowców z całego świata. W tym kontekście zupełnie nie dziwi przyznanie Złotego Niedźwiedzia przez jury filmowi „Yellow Letters” (reż. İlker Çatak), opowiadającemu o tureckich artystach poddawanych represjom ze strony autorytarnego państwa. Tę decyzję można odczytywać nie tylko jako próbę rehabilitacji Wendersa, ale także jako niezwykle aktualny i adekwatny komentarz do sytuacji, w jakiej nieoczekiwanie znalazło się samo Berlinale.
Konkurs główny, jeśli chodzi o poziom prezentowanych tytułów, był w tym roku wyjątkowo nierówny. Obrazem, obok którego nie można było przejść obojętnie, okazał się konkursowy „Rose”, najnowszy film Markusa Schleinzera. Austriak znany jest ze współpracy z Michaelem Haneke („Biała wstążka”, 2009), pracował również jako aktor i reżyser w teatrze, a jego filmowa kariera rozwija się niespiesznie. Zadebiutował w 2011 roku na festiwalu w Cannes filmem „Michael” o chłopcu przetrzymywanym w piwnicy przez pedofila. W debiucie Schleinzer konfrontował nas z niezwykle realistycznym obrazem wstrząsającej rzeczywistości, jednocześnie pozostawiając ją bez żadnego moralnego komentarza, co okazywało się jeszcze bardziej niepokojące niż sama treść jego filmowego dzieła. Trzeci film w karierze reżysera przyczynia się do odzyskiwania zapomnianego, porzuconego queerowego archiwum, które nie było do tej pory interesujące dla kultury głównego nurtu. Toczące się w XVII-wiecznych Niemiec losy Rose to jeden z setek udokumentowanych przypadków kobiet, które postanowiły żyć jako mężczyźni. Tytułowa bohaterka, wyśmienicie zagrana przez Sandrę Hüller (Srebrny Niedźwiedź za najlepszą rolę pierwszoplanową), jako nieznajomy przybywa krótko po wojnie trzydziestoletniej do jednej z niemieckich wsi po to, by objąć w spadku podupadające gospodarstwo. Z pomocą przywłaszczonych dokumentów udowadnia swoje – to znaczy X (prawdziwe imię bohaterki znają tylko widzowie, a inne imię w filmie nie pada) – prawo do własności, a dzięki zarobionym w trakcie wojny pieniądzom doprowadza majątek do dawnej świetności, zyskując uznanie i szacunek wiejskiej wspólnoty. Wkrótce w wyniku aranżowanego małżeństwa żeni się z córką jednego z mieszkańców wsi. Związek pozostaje jedynie formalny, mimo to żona, a także zatrudniona w gospodarstwie pomoc przez przypadek odkrywają tajemnicę głównej bohaterki, co prowadzi do procesu sądowego.
„Rose” to przede wszystkim opowieść o performowaniu płci jako strategii przetrwania. Schleinzer ukazuje nam tę historię w odcieniach szarości nie tylko dlatego, by uwypuklić surowość, bezwzględność i brzydotę powojennej rzeczywistości, ale również po to, by ukazać jej opresyjność, bezlitosną jednoznaczność binarności świata pozbawionego wielości różnorodnych barw. O bolesnych żołnierskich doświadczeniach Rose przypomina głęboka pozioma blizna po wystrzelonej w kierunku bohaterki kuli. Szybko jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że bohaterka zawsze jest na froncie: skazana na ciągłą walkę, unikanie heteronormatywnych kul, płciową partyzantkę z wykorzystaniem genderowego kamuflażu. Jej życie jest podszyte nieustannym strachem przed zdemaskowaniem, a permanentny stan pozostawania w ukryciu, tajemnica, której nie może nikomu wyjawić, okazuje się dla Rose największym ciężarem, jaki musi nieść w całkowitej samotności.
Schleinzer w ciekawy sposób pokazuje, że nie tylko tożsamość płciowa głównej bohaterki, ale również funkcjonowanie całej wiejskiej społeczności oparte jest na performatywności – wszystko, co dzieje się na wsi, oparte jest na normach kulturowych, a jednocześnie odgrywane niczym w teatrze. Dziedziczenie poświadczają wystawione przez urzędy dokumenty, małżeństwa są aranżowane, kształt wspólnoty regulują hierarchia społeczna, rytuały kościelne i odświętne stroje, urzędnik badający organy płciowe Rose stoi po stronie wiedzy/władzy, natomiast sam jest nienormatywną jednostką i porusza się o kulach, przed samą zaś egzekucją, która również jest tutaj performansem, odbywa się próba generalna. XVII-wieczna rzeczywistość filmowego świata wydaje się niesamowicie odległa, a jednocześnie bardzo bliska. Podczas oglądania dzieła Schleinzera trudno nie myśleć o współczesnej rosnącej wrogości wobec osób transpłciowych, zwłaszcza w kontekście amerykańskich działań administracji Donalda Trumpa.
Wśród pozostałych konkursowych tytułów warto również zwrócić uwagę na świetne, choć bardzo klasycznie podane kino społeczne, czyli „Queen at Sea”, brytyjsko-amerykańską koprodukcję w reżyserii Lance’a Hammera. To historia Amandy (Juliette Binoche) rozdartej pomiędzy rozpadającą się na kawałki rzeczywistością swojej matki, Leslie, cierpiącej na demencję (Anna Calder-Marshall), a ekstatycznym, zmysłowym światem swojej wchodzącej w dorosłość nastoletniej córki, Sary (Florence Hunt). Każda z tych przestrzeni okazuje się intensywnym i jednocześnie trudnym do kontrolowania żywiołem – przypomina wzburzone morze, na którego nieprzewidywalnych falach staramy się dryfować. Amanda, zaabsorbowana pracą opiekuńczą, w pierwszej chwili chce całkowicie kontrolować wymykające się społecznym regulacjom życie swoich podopiecznych, jednak stopniowo uczy się sztuki odpuszczania i oswaja z myślą, że może jedynie towarzyszyć swoim bliskim. Twórca „Queen at Sea” w niezwykle poruszający sposób stawia pytanie o granice troski: jak dalece możemy decydować za naszych bliskich w momentach, gdy ci tracą zdolność do świadomego wyrażania swoich pragnień i własnej woli? Film, który wydawał się faworytem w konkursie głównym, nieoczekiwanie zajął trzecie miejsce (Nagroda Jury), a nagrodę za najlepszą rolę drugoplanową otrzymali wspólnie Anna Calder-Marshall i jej filmowy partner Tom Courtenay.
Można odnieść wrażenie, że kierownictwo festiwalu od pewnego czasu chce pogodzić zbyt wiele, często zupełnie sprzecznych ze sobą, grup interesów (publiczność, rynek, rząd). Berlinale jest wciąż rozdarte między poczuciem misji a logiką rynku. Są tu co najmniej trzy przestrzenie, które wchodzą ze sobą częściej w spięcia niż w sojusze: 1) publiczna misja (największa festiwalowa publiczność na świecie) versus odrębne cele branży filmowej, czyli sprzedaż atrakcyjnych tytułów (w ramach odbywających się równolegle targów European Film Market), które nigdy nie trafią do festiwalowego programu; 2) polityczne zaangażowanie kina, które skutecznie odstrasza gwiazdy kina komercyjnego; wreszcie 3) wolność artystycznej wypowiedzi hamowana przez uzależnienie od publicznych środków finansowych. Do tej pory można było wybaczyć programerom słabsze lub ciężkostrawne tytuły, gdyż większość z nich, jako obrazy zaangażowane, była zgodna z budowanym od lat wizerunkiem festiwalu. Tym razem dziennikarze odnosili nieodparte wrażenie, że oglądają berlińską selekcję filmową głównie po to, by nikt inny nie musiał tego robić. Tegoroczna edycja pozostawia nas z dwoma trudnymi pytaniami, na które wciąż nie ma dobrej odpowiedzi. Czy Berlinale może pozostać wierne swojej tożsamości i być wciąż festiwalem w autentyczny sposób zaangażowanym politycznie? Dlaczego przetaczające się przez festiwal spory światopoglądowe są dziś zdecydowanie bardziej interesujące niż prezentowane w Berlinie filmy?
PS 4 marca, już po tym, jak powstała pierwsza wersja tekstu, potwierdzono pozostanie dyrektorki festiwalu stanowisku, a rada nadzorcza zarekomendowała utworzenie specjalnego kodeksu, regulującego polityczne wypowiedzi artystów w trakcie gali wręczenia nagród.