patointeligencja-mata-537600-GALLERY_BIG
fot. SMB Label (screen YouTube)

Po szkole nie żyjesz

„Patointeligencja” przydarzyła mi się w święta, podczas ponownej lektury „Powrotu do Reims” Didiera Eribona. Piosenka Maty towarzyszyła jak cień książce, którą tuż po zakończeniu musiałem jeszcze raz przeczytać (przeżyć). Mimo że Eribon opowiada o naszych matkach („Starzejące się ciało robotnicy ukazuje oczom wszystkich, czym jest prawda istnienia klas”), ojcach („Wszystko, co mu wyrzucałem, wszystko, za co go nienawidziłem, ukształtowała przemoc świata społecznego”), a przede wszystkim o sobie w okowach „wstydu społecznego”, „Powrót” jest i będzie czytany przez pryzmat polityki socjalnej, a sprzężony z nią ładunek emocjonalny zostanie pominięty lub zlekceważony. Identyczny los spotka(ł) „Patointeligencję” i oczekuje w najbliższej przyszłości każdy utwór ze społeczeństwem klasowym w tle. To holokaust, który dzieje się tu i teraz, w drodze do szkoły i pracy. Nic dziwnego, że nie życzymy sobie o nim poważnie rozmawiać – musielibyśmy mówić sobie wszyscy per „ofiaro”, „przeżywcu”. Jak długo jeszcze zdołamy tuszować ból „ciepłem i dobrem”?

 

Walkower

Znaczna część mediów muzycznych rozpięła wokół kawałka Maty cordon sanitaire, jak gdyby poświęcanie mu czasu tydzień po premierze było wstydliwym świadectwem zapóźnienia, podatności na szum medialny albo próbą obrócenia go na własną korzyść. Ignorowanie „Patointeligencji” stało się kwestią wizerunkową, milczenie miało zagwarantować odróżnienie się od mainstreamowych mediów, które dosłownie eksplodowały pochopnymi komentarzami. Kwarantanna, jaką narzuciły sobie serwisy branżowe, mająca być sygnałem ich merytokratycznego charakteru, pokazała jednak coś przeciwnego: polska krytyka muzyczna nie jest gotowa włączyć się w ogólnodostępny dyskurs ani tym bardziej go korygować.

A przecież – naprawdę – wydarzyło się coś nowego. Całkiem prawdopodobne, że liderzy i liderki opinii – Manuela Gretkowska, Tomasz Terlikowski, Jarosław Jakimowicz ze swoim „ja bym go posłał do wojska” – po raz pierwszy w życiu poświęcili uwagę hip hopowi rozumianemu jako konkretny utwór, a nie mgliście wyobrażany gatunek muzyki młodzieżowej, której człowiek poważny raczej unika albo (jeśli nie ma już wyjścia) słucha z pobłażaniem. Oddając „Patointeligencję” walkowerem, krytyka muzyczna nie spełniła swojego podstawowego obowiązku, co przy okazji prowokuje do postawienia pytań nie o ekonomiczne tło życia muzyków, wytwórni, kuratorów, lecz krytyki.

Nie twierdzę, że Jan Klata czy Małgorzata Halber nie mieli o kawałku Maty niczego ciekawego do powiedzenia, przeciwnie. Nie towarzyszyły im po prostu równoprawne wypowiedzi autorów zajmujących się przede wszystkim muzyką. Pod artykułami o „Patointeligencji” podpisywali się politycy, aktorzy, krytycy filmowi, teatralni i literaccy, ale nie muzyczni (z niezbyt chlubnymi wyjątkami). Milczenie środowiska, które – przynajmniej w teorii – powinno dysponować największymi kompetencjami do tłumaczenia kulturowego fenomenu, można oczywiście potraktować jako komunikat bardziej wymowny niż sto artykułów zawodowych dziennikarzy. A przecież, powtórzę, naprawdę coś się wydarzyło.

 

Seks, przemoc, coming out

Za rapowego ojca Maty uznaję prawie anonimowego poetę i malarza Władysława Zaporowskiego (Raper Joozef), a konkretnie wiersz jego autorstwa – „Nędza” – opublikowany ponad dekadę temu nakładem Lampy, ostatnio wyrzygany przez autora na płycie „Hebluj” wydanej przez trójmiejski label Nasiono (pisałem obszernie o tym albumie tuż po premierze). „Nędza” szkicuje niesamowitą scenę. Oto w szkole „wywiązuje się dyskusja” o tym, kim warto być, gdy się dorośnie. Ku zgorszeniu wszystkich bohater Zaporowskiego, piętnastoletni Józio, chciałby zostać nędzarzem – dokładnie tak jak Mata w linijce, która wzbudziła bodaj najwięcej kontrowersji („Zawsze tu chciałem być z bloków / Zawsze tu chciałem być z getta”).

 

 

Oba utwory nie tyle opowiadają o nierównościach społecznych, ile raczej odbrązawiają jeden z mitów fundacyjnych „amerykańskiego snu”: mobilności w obrębie hierarchii społecznej. „Ależ cały hip hop jest o tym – zauważy ktoś słusznie. – Dlatego ławeczka pod blokiem stała się jego metaforą pojęciową”. Jasne, słynna ławeczka nie straciła na aktualności; zyskała raczej dodatkowe, spersonalizowane warianty. W ich ramach coraz mniej utworów poświęca się wspinaczce po drabinie społecznej, a coraz więcej – przystankom, czasem przedłużającym się na lata lub całe życie. Na ławeczce nie siedzą też sami „hiphopowcy”, towarzyszy im prekariat kultury, aplikanci radcowscy, emeryci (to właśnie oni zabrali głos na „Hebluj”)…

Siła „Patointeligencji” polega na znalezieniu balansu między rapem mainstreamowym i alternatywnym. Mata z jednej strony dużo mówi o codzienności „bananów”, z drugiej – sytuuje ją w kontekście szkicowanym choćby przez Piernikowskiego (z Synami bądź osobno); a więc w asyście nudy, czy może raczej stagnacji, niebędącej wyborem, lecz rezultatem funkcjonowania urządzeń społecznych składających się na liberalną demokrację. Jakże się myli Sławomir Mentzen, wskazując na „narkotyki, seks, przemoc, alkohol, popieranie lewicy” jako na główne problemy współczesnej młodzieży. Chodzi raczej o to, że od wczesnych lat zostajemy naznaczeni swoim pochodzeniem i otrzymujemy swoją ławeczkę. Gdy zawodzą rozwiązania systemowe i nie da się ani piąć w górę, ani usunąć w bok, to sięgamy po hasła, zdawałoby się, przestarzałe. Na przykład „determinizm społeczny” albo (coś nowego) „medialny”.

Wyzwanie, jakie stoi przed Matą (i jego managementem), zwięźle uchwycił jeden z ulubionych pisarzy Eribona. W książce poświęconej (między innymi) homoseksualizmowi Jeana Geneta i jego (homosekualizmu Geneta) recepcji Sartre pisał: „Nie jest istotne, co z nas zrobią, ale co sami zrobimy z tego, co z nas zrobiono”. Niespodziewany coming out Matczaka (właśnie w kategoriach „wyjścia z szafy” rozpatruję „Patointeligencję”) od niedawna można śledzić także w postaci długogrającego albumu „100 dni do matury”. Nie wiem, jakich (czyjego autorstwa) recenzji doczeka się ta płyta, ale – uprzedzając nowe kontrowersje wokół Maty – czy pominęlibyśmy ją albo zmiażdżyli tak jak singiel, gdyby opowiadała nie o coming oucie bogatego dzieciaka, lecz młodego geja (choćby i był bogaty)?

 

Ładni za komuny

„Patointeligencja” może być najbardziej zaangażowanym rapem tego roku, może mieć genialny tekst i być aktorskim majstersztykiem, może – takie plany miał Eribon wobec swojej książki – „przemawiać do słabości i skaz, czyli do kruchości, ale też do nieposłuszeństwa i odmowy, jakie mogą się z niej zrodzić”. Może być tym wszystkim i z powodu tego „może”, z powodu potencjału, jaki sobą przedstawia, stała się wiralem wyklętym, abjektem. Sygnałem traumy, którą na wyścigi spróbowano zutylizować nim okrzepnie, na różne sposoby: zmieniając w diagnozę socjologiczną, w manifest, w przypał. „Urocze kinderbuena”, pisał o Macie Łukasz Adamski, poszerzając definicję hasła internet abuse.

„Życie niegodne życia” – twierdzono o wielu w podręcznikach polityki rasowej, a ostatnio w mediach społecznościowych o dzieciaku, który zdaniem niektórych komentatorów „pozersko promuje alkoholizm”. Gdy ripitowałem klip do „Patointeligencji”, na obraz Maty i chłopaków oko wyobraźni samorzutnie nakładało obraz tak zwanych pięknych kobiet, bo one też – jak „bogate małolaty” – są konstruktem, za pomocą którego wyobraźnia społeczna kompensuje sobie tak wiele, że odmawia im prawa głosu, jedynego przywileju, który rokuje nadzieje w walce z uprzywilejowaniem.

 

 

Dziewczyny z klipu Gii Woods i chłopacy z klipu Maty są tutaj, między nami, z łaski, na krzywy ryj. Niech się cieszą, bo wiadomo, jaki los powinien spotkać darmozjadów. Gdyby nie rodzice, geny i tak dalej („Prawda o ładnych jest taka, że urodę zawdzięczają rodzicom, którzy byli ładni za komuny!” – czytamy na jednym z obrazków Raczkowskiego), trafiliby między nas, a między nami nie wytrzymaliby sekundy. Rozszarpalibyśmy ich, zgwałcili i znaleźli im gówno wartą pracę. Nauczylibyśmy życia. W ten sposób sprowadzając do parteru, ukonstytuowalibyśmy go jako normę i ostatecznie rozwiązali kwestię czyjejkolwiek emancypacji. Społeczeństwo, któremu odebrano rytuały samosądu czy pohybla, szuka egzekucji (wizerunkowych, PR-owych) w internecie i chce być ich aktywnym uczestnikiem nawet pomimo medialnego zapośredniczenia.

 

Bad guy, duh

Nie wiem, czy Mata jest głosem jakiegoś pokolenia („Trudno jest się odnaleźć w tym wariackim tyglu. A co dopiero stworzyć generację!” – pisał Kuba Wandachowicz w słynnej „Generacji Nic”), liczy się dla mnie to, że jest moim głosem. Lubię ten kawałek, jeszcze bardziej lubię go z klipem, a poza tym po prostu się z nim utożsamiam (choć z Matą dzielę jedynie wściekłość i rozpacz, nie status majątkowy). Czy ktoś to napisał wprost? Czy napisano coś o tym, że w co najmniej kilku swoich piosenkach Mata rapuje słowa „te rapy”, tak że brzmieniowo są łudząco podobne do therapy? Czy wspomniano cokolwiek o paradoksalnej (zważywszy na „bananowość” „Pato”) siermiężności klipu – burej kolorystyce, biedzie wnętrz? Czy aby na pewno dość uważnie przeczesaliśmy sygnały i czy przywiązaliśmy wagę do właściwych? „Dom–szkoła w Uberkach”? Gdzie się podział, spolegliwy szofer-milczek, eksmarine w pancernej limo? Przecież „bananów” powinno być stać na Denzela Washingtona!

Ripitując klip do „Patointeligencji”, za każdym razem na obraz polskiej Billie Eilish – obraz chłopaka w apparelu Batorego, który kompulsywnie zwilża sobie usta językiem podczas rapu – nakładałem rozmaite inne klipy-manifesty (na przykład „Apeshit” Beyoncé i Jaya-Z). Niewątpliwie jest to zasługa pierwszych scen, które każą widzowi cofać się przed Matczakiem i jego kolegami nie do offu, lecz do pozycji kamery (to nam oddana zostaje rola narratora wraz z przypisanym mu ustępowaniem pola i gardą w postaci interpretacyjnych automatyzmów). Gdy wchodzimy za Grubym do francuskiego mieszkanka (03′14″), to wchodzimy jak w grze FPP albo jak w porno POV. Na Matę natykamy się w salonie, jak gdyby był potworem do rozstrzelania albo ciałem, które ma podniecić. Nic dziwnego, gdyby właśnie tak skończyło się spotkanie. Staliśmy przecież pod drzwiami i wpuszczono nas z naszym habitusem, a ten nie zna litości (co Eribon, za Bourdieu i Foucaultem) niejednokrotnie podkreśla w „Powrocie”.

Oświecenie jest kobietą
08 lipca 2020

Oświecenie jest kobietą

Książka „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” Michała Jędryki zawiera dwie opowieści: oprócz tej wyrażonej w tytule – o epidemii ołowicy u dzieci w latach 70. ubiegłego wieku […] – także tę o dwuznaczności marzeń o organizacji i racjonalizacji świata oraz […] sojuszach, kompromisach, jakie zawierano w imię tego marzenia...