03 kwietnia 2018
hebluj

Starzy, ale sexy

Miałem legendę w rodzinie. Prababka zbiegła ponoć z obozu koncentracyjnego, a potem jedną z jej córek internowano. Traumy nałożyły się na siebie, tworząc nadkobietę. Mieszkaliśmy na granicy wsi i miasta. Częstymi gośćmi w domu były rozmaite szkodniki. Staruszka Wanda rozkładała łapki na myszy, sypała trucizny, a gdy gryzonie w desperacji wyłaziły z nor, ubijała je rakietą do tenisa. Pewnego razu nawiedziła nas plaga pod postacią nieuchwytnej łasicy. Prababka zasiadła w kuchni i całą noc czekała bez ruchu z kiełbasą na kolanach, by o świcie własnoręcznie ukatrupić zwierzę.

Przeżyła ponad 90 lat, wyprostowana, szczupła, o jasnym umyśle. Tuż przed śmiercią te przymioty stały się przekleństwem. Wszytko grało dopóty, dopóki nie położyła się albo usiadła. Wówczas dyscyplinowane przez lata ciało rozluźniało się i odmawiało powrotu do pionu. Umysł, żywy do ostatka, irytował się, nie potrafiąc już narzucić swojej woli. Miałem jakieś 8 lat, gdy Wanda zmarła. Przez ostatni rok utrudniałem jej życie, odsuwając poza zasięg ręki różne przedmioty (szklankę z wodą, kapcie). Musiała wstawać. Była wściekła, jak można być tylko u progu śmierci.

Litościwy psycholog powie, że chciałem prababkę rozruszać, zmusić do powrotu znad przepaści, bo ją kochałem. Pamiętam jednak podłą radochę (niemal rozkosz) z uprzykrzania jej ostatnich chwil. Jako ciekawy świata chłopiec eksperymentowałem z wytrzymałością drugiego człowieka. Prawda była taka, że od małego nie znosiłem starych ludzi, a Wanda była jedną z nich, nawet jeśli do końca zachowała godność (np. nie gramoliła się, lecz wsiadała do autobusów). Na wieść o projekcie zrzeszającym raperów w wieku przedemerytalnym mój wewnętrzny ejdżysta zacierał ręce.

 

 

Zaangażowanie do nagrywania hip hopu ludzi, dla których ów gatunek był od zawsze jednym z symboli degrengolady, pachnie wymuszoną adaptacją szkolnej lektury (vide wołający o pomstę Różewicz w interpretacji Sokół/Hades/Sampler Orchestra) albo tak zwanym projektem partycypacyjnym, z którego najwięcej korzyści czerpie tak zwany aktywista czy kurator, a seniorzy są zostawieni sami sobie. Jednak opublikowane w dwóch wersjach – krótkiej i długiej – „Hebluj” paraliżuje ładunkiem emocjonalnym, którego ze świecą szukać w coraz bardziej beznamiętnej, toczonej rakiem autoironii, polskiej rapgrze.

Filarami wydawnictwa są Orzech i Joozef – głosy ciężkie od uczuć, niespotykanie złożone fakturowo. Pierwszy to obserwator własnego wnętrza, zamknięty w sobie do tego stopnia, że wzrusza go każdy przejaw kontaktu ze światem; wokal głęboki jak sztolnia, a zarazem szorstki. Drugi to istna zapętlona w natręctwach menda, która w każdej chwili może rzucić się do gardła Bogu ducha winnej babie w mięsnym. Jeśli Orzech skupia się na problemach codzienności, to Joozef za temat swojego rapu wybiera momenty kairotyczne, rozdzierające. Ale pomimo wykluczającej skipowanie energii, „Hebluj” jest w obu swoich wariantach płytą dziwnie przyduszoną.

Hip hop dzieje się zazwyczaj tu i teraz. Tylko od czasu do czasu sięga po wspomnienia, a jeszcze rzadziej wybiega w przyszłość. „Hebluj” nie jest wyjątkiem, jednak na zakończenie płyty dzieje się coś, co umożliwił podstarzałym raperom właściwy im wiek – 50+ w metryce uprawnia do zatoczenia koła i takim nostalgicznym zamknięciem jest kończące płytę „Galaxy”. Wartka opowieść penera o wyjściu na miasto kończy się, długo cichnąc w nadmorskiej mgle, o której Popek i spółka jeszcze nie mogli wiedzieć w „Wyjeździe do Sopotu”. „Klejenie bitów” przyniosło niewiele – zgoła nic, co najwyżej dziwny sen, który długo nie trwa, bo czas do roboty („Ubieraj buty i spierdalaj”).

Pytanie, które nasuwa się po zasłuchaniu na śmierć krótkiej, trzynastominutowej wersji, brzmi następująco: czy to jest w ogóle hip-hop? Otóż jakoś jest. Nie ma tu podręcznikowo rozumianych podkładów (choć sample znakomite), nie ma ściśle rozumianego flow (mimo imponujących wokali). Jest za to bezcenny z punktu widzenia socjo- czy nawet antropologicznego obraz wykluczenia. Wracamy tu do rapu jako estetyki kontrkulturowej, tworzonej przez i dla marginesu. Większość nowego hip hopu można by nazwać „ostalgicznym”. W „Biednych, ale sexy” Agata Pyzik definiuje ten termin jako „skupienie na estetyce przy jednoczesnym pomijaniu jej wymiaru politycznego, co sprawia, że zostaje ona pozbawiona swoich znaczeń”. Ostalgiczni są na przykład Taco i Quebonafide w różowym więzieniu.

Tymczasem „Hebluj” umiejscawia swoich bohaterów na konkretnym, czyli raczej szarym tle. Ich losy i tożsamość zdefiniowała systemowa zmiana po roku 1989, depresji nabawili się pod Balcerowiczem. Starzy raperzy to ludzie, których po nagłym zerwaniu tam poniosła rzeka kapitalizmu, stłamsiła arogancja nowobogackich, którzy majątki zbili w pierwszej połowie lat 90. na byle fyrmie, wyautowały nowe technologie („Excel, dziadu”) i przewartościowanie pojęcia pracy (Marks: „ani manufakturowa lub komercyjna, ani rolnicza, ale abstrakcyjna ogólność działalności tworzącej bogactwo”). „Hebluj” nagrali ludzie, którzy pocą się nad smartfonem, pukając w ekran jednym palcem, a przygodę z netem skończyli – daj Boże – na Naszej klasie. Kto z nich nie kpił, niech pierwszy da lajka.

Na koniec warto nadmienić, że płyta jest swoistym the best of wybranym z kilku solowych EP-ek trójmiejskich raperów. Od tajemniczego promotora projektu HH50+ dowiedziałem się, że trwają prace nad następnymi. Dotychczas zaangażowani raperzy nie ustają w nagrywaniu, a do stawki dołączają kolejni. W planach są sesje z trójmiejskimi więźniami, bezdomnymi, byłymi aktorami. Nawijać mają też panie 50+. Zobaczymy, jak będzie kształtować się przyszłość tego przedsięwzięcia. Życzę jego twórcom, by ktoś im do ostatka przeszkadzał: system, sartre’owscy inni, obojętne – z równą konsekwencją (a może miłością), co ja prababce Wandzie.

 

 

 

Hip Hop 50+, „Hebluj”
HH50+
2018
premiera: 21 marca 2018
https://hh50plus.bandcamp.com/album/hebluj-kr-tko

Zimny płomień
13 grudnia 2018

Zimny płomień

W „Krainie wielkiego nieba” wydaje się, że wszystko znajduje się na swoim miejscu; od warstwy technicznej aż do kierujących całym przedsięwzięciem motywów. I chociaż Paul Dano omija wiele pułapek, jakie czyhają na twórców po raz pierwszy maczających palce w sztuce filmowej, traci też po drodze coś, co stanowiło zawsze największą zaletę debiutanckich produkcji: poczucie artystycznej swobody i chęć eksperymentowania...

To (nie) jest kwestia języka
11 grudnia 2018

To (nie) jest kwestia języka

Jakub Sajkowski, tytułując swoją trzecią książkę poetycką „Zestaw do kaligrafii”, jednocześnie wskazuje na różnice pomiędzy kulturą europejską a chińską oraz próbuje tworzyć pomiędzy nimi pomost...