Archiwum
27.11.2020

Znieczulica wizualna albo o co najmniej dwóch słuchowiskach

Filip Szałasek
Muzyka

Etymologii słowa „znieczulica” należy szukać w słynnym zbiorze wywiadów z dygnitarzami PRL-u przeprowadzonych w latach 1980–1984 przez Teresę Torańską. Zależnie od wydania rozmowa z Jakubem Bermanem, organizatorem Centralnego Biura Komunistów Polski w ZSRR, albo znajduje się na szarym końcu książki (pierwsze wydanie z roku 1985), albo ją otwiera (wydanie „oficjalne” z 1989). Berman wymyślił „znieczulicę” wraz z żoną, w kuchni, kiedy próbowali znaleźć adekwatne określenie na „pewne objawy skostnienia, zbiurokratyzowania, zurzędniczenia, wyalienowania”, krótko mówiąc, na bierny opór stawiany Sowietom przez „różne elementy” w Polsce po wybuchu powstania berlińskiego i z zachęty rozgłośni Wolna Europa.

Statystyki zakażeń i coraz większa liczba infografik, skaczące słupki kandydatów na prezydenta, ich twarze i memy z nimi, uwolnione archiwa instytucji kultury – kumulacja obrazów sprawiła, że podczas pierwszej fazy pandemii zacząłem cierpieć na znieczulicę wizualną. Rozwinąłem w sobie „urzędniczy, wyalienowany” stosunek do tego, co mi się pokazuje; a w konsekwencji wiarę w to, że powodami przesunięcia naszej kultury ze wzroko- ku audiocentryzmowi będą z jednej strony lockdown, z drugiej – peak nieufności wobec dewaluujących się z dnia na dzień wizualiów.

Być może pochopnie uogólniam, ale mój tok myślenia (czy raczej odczuwania) wyjaśnia tegoroczny urodzaj na słuchowiska. Tylko na przestrzeni paru ostatnich miesięcy pojawiły się: audioserial „Lodowa przełęcz”, reportaże radiowe o architekturze współczesnej Warszawy stworzone w ramach konkursu „Słysz… architekturę!”, kolejna edycja poznańskiego Festiwalu Słuchowisk czy „Sen nocy leśnej”rekonfigurujący przez pryzmat dźwięku wiedzę o jednej z dzielnic Gdańska. Dodajmy do tego dwa skrajnie różne tytuły, o których zaraz opowiem.

Wyzwanie dla wyobraźni

Jeśli „Morze ukryte i inne słuchowiska” Bartosza Zaskórskiego w ogóle napomykają o świecie zewnętrznym, o rzeczywistości, którą współdzielimy, to tylko dla przyjemności jej odrealniania. Na przykład w utworze tytułowym Galeria Sztuki Zachęta funkcjonuje podobnie do The Upside Down, alternatywnego wymiaru ze „Stranger Things”. Na pozór wszystko wygląda zwyczajnie: jest galeria, to są i prace. Jednak ich autorzy i autorki – postaci autentyczne, między nimi sam Zaskórski – okazują się, niczym Erich Zann albo nieszczęsny malarz z „Modelu Pickmana”, marionetkami Cthulhu.

Dorobek Pessoi polskiego niezalu jest już na tyle obfity, że mógł do repertuaru włączyć liczne autoreferencje. Wątki lovecraftiańskie z „Ukrytego morza” znajdziemy już na „Wsiach”, a konkretnie w tej „z brakiem internetu”, gdzie czci się upośledzonego boga. „Historia rury” z fenomenalną kreacją lektorki (jak gdyby nieobytej ze słowem pisanym) to rozwinięcie „Kryjówki”, jednego ze słuchowisk z płyty „I wtedy okazało się, że umarłem”. Słowo „szpule” na freudowską modłę powraca w „Historii rury” po tym, jak wystąpiło – identycznie akcentowane przez innego lektora, z wybuchowym „p” – we „Wsi z dźwiękami”.

„SILKSILKSILK” – hybryda tekstu kuratorskiego i okultystycznych instruktaży – to w istocie wyznanie miłości nie tyle do książek, ile raczej do bibliofilstwa spod znaku „Dziewiątych wrót” Romana Polańskiego czy opowiadań Jorge Luisa Borgesa. Proza Argentyńczyka przychodzi na myśl także dlatego, że „Morze ukryte i inne słuchowiska” zdają się wskazywać na radio jako medium spełniające założenia realizmu magicznego. Spowszedniał nam już cud fal elektromagnetycznych, które przenikają przez nasze ciała i rezonują z otoczeniem. Można je, jak pisze Tomasz Misiak, „mierzyć, porównywać, a nawet oglądać, lecz wciąż – jako bezpośrednio niewidzialne – stanowią one wyzwanie dla naszej wyobraźni”.

 

 

„Po Auschwitzu sobie chluptam…”

Z kolei „Mapy czasu” to, przeciwnie, słuchowisko do granic ekstrawertyczne. Nie tylko operuje źródłami historycznymi, ale idzie jeszcze o krok dalej – w stronę ich re-kreacji. Reżyser „Map”, Marcin Karnowski, poeta i muzyk udzielający się w wielu zespołach, angażuje słuchacza we wspólne programowanie alternatywnego kanonu literatury holokaustowej, takiego, który uwzględniałby herstoryczny aspekt Zagłady. Słuchając, przemierzamy wraz z Karnowskim drogę od efemerycznych notatek i na wpół zatartego wspomnienia melodii do rzeczywistości, która temu, kto jej nie doświadczył, musi jawić się jako aż nazbyt konkretna.

Relacja Anny Jachniny z pobytów w Auschwitz i Ravensbrück – miejscami groteskowa, jak „Dziennik z getta łódzkiego” Rywki Lipszyc – potrafi sparaliżować nawet zaprawionego czytelnika literatury obozowej. Udźwiękawiając jej przeżycia, Karnowski ukazuje potencjał słuchowiska jako materiału dydaktycznego, który zamiast faktów utrwala emocje, ucząc sztuki obcowania z kimś, kto doświadczył dewastującej traumy. Przywracając głos artystce, której twórczość pozostawała przez długi czas anonimowa, przekonuje, że tym kimś możemy być jutro my sami – pytanie tylko, czy trafimy na swoich Karnowskich.

Reżyser „Map” musiał głęboko przeżyć historię swojej bohaterki. Świadczy o tym choćby dialog, w którym wymieniają się rolami. „Jesteś w moim śnie” – mówi bohater do wyobrażanej sobie kobiety, a w odpowiedzi słyszy lustrzane pytanie: „A może ty jesteś w moim?”. Pamiętniki Jachniny z Auschwitz („chujowo się po nich czuję” – zdradza narrator) są jeszcze jednym potwierdzeniem koszmarnych warunków, jakie panowały w obozie, zwłaszcza jeśli chodzi o przejmującą wilgoć, która pojawia się także we wspomnieniach Haliny Birenbaum („Wszędzie dokoła gęste, cuchnące błoto” – pisała w „Nadzieja umiera ostatnia”) czy Zofii Posmysz („Ani jutro, ani za tydzień, nigdy. Nigdy nie będzie słońca, nigdy nie zaznamy suchości” pisała w „Zengerinie”). Jachnina – która przed wojną nagrywała ludowych artystów dla bydgoskiego Radia PIK, a później (na zlecenie Aleksandra Kamińskiego, autora „Kamieni na szaniec”) pracowała, pisząc opozycyjne piosenki dla „gazeciarzy, kwiaciarek, muzykantów” – również opisuje doświadczenie wilgoci. Wykazuje się przy tym wisielczym humorem, którym szermował Jean Amery w słynnym tomie „Poza winą i karą”. „Po Auschwitzu sobie chluptam, / patrzę: trup tu, patrzę: trup tam, / wszędzie trupy, stosy trupów, / szczury zjadły uszy, nosy” – recytuje na tle padającego deszczu Halina Jachna, wnuczka bohaterki słuchowiska, a ja współodczuwam tak, jak tylko potrafię. Sięgam po jeszcze jedną książkę – „Wojnę powietrzną i literaturę” W.G. Sebalda, bo jednym z filarów tego eseju są refleksje o faunie ruin i ekosystemie zbombardowanych miast. 

Słuch egzystencjalny

Umieszczam „Morze” w kontekście realizmu magicznego, a „Mapy” wśród literatury obozowej, by dodatkowo podkreślić dojrzały charakter obu słuchowisk. Swoją skuteczność zawdzięczają wrażliwości autorów na emocje manifestujące się w żywej mowie. Teksty ze słuchowiska Zaskórskiego można śmiało porównywać z prozą Weroniki Murek, z kolei styl Karnowskiego przywodzi na myśl eseistykę Wojciecha Nowickiego. W „Dzienniku 1957–1958” Gustaw Herling-Gruziński nazwał tę dyspozycję „słuchem egzystencjalnym”. Choć nigdy nie usłyszymy głosu samej Jachniny, to przecież zostaje ona – jej duch, czułość jej słuchu na melodię – wywołana w trakcie seansu z „Mapami” nie tylko z bagażem cierpień, jakie ją spotkały, ale także miłości życia i hartu, dzięki którym mogła komponować w warunkach, jakie ludziom mniej uposażonym w wolę przetrwania nakazywały emigrację wewnętrzną lub dosłownie rozumiany exodus.

Nucąc „Siekierę, motykę”, największy przebój okupowanej Warszawy, każdorazowo wznosimy Jachninie niematerialny pomnik. Można powiedzieć, parafrazując puentę „Kory” Georges’a Didi-Hubermana: „Nigdy nie można powiedzieć: nie ma tu nic do usłyszenia, nie ma tu już nic do usłyszenia”. A takie wątpliwości nurtują przecież redaktora naczelnego, który ma opublikować materiał. Nie zważając na temat rozmowy, sprawdza coś ciągle w telefonie jak bohater „#Upału” Michała Olszewskiego, dopiero pod naciskiem karcącego milczenia narratora przestaje. My także mamy przestać robić cokolwiek innego podczas sesji z „Mapami”. Karnowski wprowadza tę postać w celu upomnienia, podobnego do stwierdzenia padającego w niedawnym wywiadzie z Filipem Springerem: „nie wyobrażam sobie ich słuchania w rozproszeniu”.

Samo „Morze ukryte” było już prezentowane wcześniej na wystawie „Kopnął mnie prąd co robić”. W „Szumie” pisano wówczas o narratorce tej audycji, że jest obsesyjno-maniakalna. Słusznie, bo jej rolą jest wpuszczenie słuchacza w maliny skojarzeń z seansem spirytystycznym, który ma wywołać z głębin nieświadomości ukrytą wiedzę, że Szczecin leży tak naprawdę nad morzem (coś w tym jest, swego czasu sam byłem o tym święcie przekonany). Muzyka, dołączająca do lektorki dopiero od 1′27″, wprowadza dodatkową warstwę zwątpienia: czy była tam już wcześniej? Czy coś zakrada się niepostrzeżenie, korzystając z naszego skupienia? Nieważne, Cthulhu czy nazizm – ściągam na chwilę słuchawki i wytężam uszy tak, jak mnie tego nauczyły „Morze” i „Mapy”. Piętro wyżej robią remont.

fot. Maciej Wirmański, Szara Reneta