30 września 2020
lovecraft1

Zatrute źródła Lovecrafta

Naszła mnie taka fantazja: przed Muzeum Narodowym w Warszawie stoi Nieopisane i wymachuje kosmicznym głazem. Po kolana w krwawej pulpie z rozdeptanych wrogów, ciska kamieniami w każdego, kto nie pasuje do „przedwiecznych” norm estetyki politycznej. Dostaje się śniadym imigrantom, hołocie z robotniczych osiedli, zgniłym elitom z wielkich miast, przybyszom z Afryki, Azji i Europy Wschodniej, bolszewickiej zarazie, masonom, tajnym spiskom, „zniewieściałym” mężczyznom, „schłopiałym” kobietom. Żaden „cudak” nie ujdzie cało, żadna toksyna nie zabrudzi narodowej krwi. Coś tu jednak nie gra – tytan nie ma rysów wkurzonego papieża, lecz pociągłą mordkę wrażliwca, mizantropa i estety, mieszkańca nowoangielskich skrzypiących chat i ciemnych kniei. To Howard Phillips Lovecraft. Nasze domowe bóstwo opiekuńcze, strażnik czystości rasowej i pogromca plugawego ohydztwa z wielkiego kosmosu nie-białości.

Niesłychane – lovecraftowskie imaginarium stało się tak wpływowe, że nie oparła mu się nawet tak niezłomna reduta wsobności jak polska myśl narodowo-patriotyczna. Jerzy Kalina zrobił monstrualnego Cthulhu z Głazem w proteście przeciwko „narastającym formom czerwonej rewolucji”, tymczasem już pięć lat temu – w aurze skandalu – wizerunek Samotnika z Providence zniknął z prestiżowej nagrody World Fantasy Award. I chociaż „Zatrute źródło” jako hołd oddany Wielkim Przedwiecznym – i małym białym ludziom – to jedynie wykwit mojej „zatrutej” wyobraźni, Lovecraft daje o sobie znać w coraz to nowych, zaskakujących kontekstach. Na przykład jako patron gotyckich opowieści o zmianie klimatu – niewysłowionej, trudnej do wyobrażania katastrofie, której macki sięgają do nas i z przeszłości, i z przyszłości. Literacki dorobek i biografia mistrza weird tales podlegają także daleko idącej rewizji historycznej. Długo rozmydlany i chowany pod fandomowy dywan temat żarłocznego – nawet jak na standardy pierwszej połowy XX wieku – rasizmu i antydemokratyzmu Lovecrafta odżył z wielką mocą w powieści „The Ballad of Black Tom” (2016) Victora LaValle, który przedstawił wydarzenia z najbardziej ksenofobicznego tekstu pisarza – „Zgrozy w Red Hook” – z perspektywy czarnego bohatera. Podobnie domniemana homoseksualność autora „Koloru z przestworzy” – skrywana pod maską homofobicznej odrazy – znalazła ujście w trzytomowym komiksie „Providence” (2017) Alana Moore'a i Jacena Burrowsa oraz w książce „The Night Ocean” (2017) Paula LaFarge’a (i wspaniałym eseju tegoż na łamach „The New Yorkera”). Można powiedzieć, że Samotnik z Providence – przedmiot perwersyjnych zachwytów Michela Houellebecqua – w ciągu ostatnich pięciu lat dostąpił zaszczytu strącenia z cokołu i rozebrania do naga, nie tracąc jednocześnie przemożnego wpływu na kulturę.

 

 

Nie inaczej jest z „Krainą Lovecrafta” (od 16 sierpnia w HBO GO), serialową ekranizacją powieści Matta Ruffa pod tym samym tytułem. Produkcja wpisuje się w szeroki nurt rewizjonistycznego przepisywania „kanonu grozy” i zarazem rewidowania historii napisanej przez białych zwycięzców. Lovecraft country – w świecie książkowym i telewizyjnym – to przestrzeń popkulturowej fikcji oparta na cokolwiek banalnej metaforze. Plugawe, nieludzkie, niewysłowione są tutaj nie tyle lovecraftowskie koszmary, ile unoszący się nad amerykańską ziemią „duch” poglądów Lovecrafta: rasizm tak zapiekły i organiczny, że gloryfikuje lincze jako konieczne narzędzie walki ze „zbękarceniem narodu”. W latach 50. segregacja rasowa – nie wspominając o rasizmie strukturalnym – była w Stanach Zjednoczonych faktem politycznym i elementem codzienności. „Złota era kapitalizmu”, schludne przedmieścia, zielone trawniki, bezpieczeństwo socjalne, „cudowne lata” – wszystkie te kanoniczne symbole American dream pozostawały czytankową fantazją białej większości, w której czarni albo się nie pojawiali, albo grali rolę agresorów czy w najlepszym razie – zalęknionych ofiar ratowanych z opresji przez białych zbawicieli. Matt Ruff i Misha Green – showrunnerka serialu – wzięli tę traumatyczną, opresyjną rzeczywistość, a następnie „podkręcili” ją na popkulturową modłę opowieści dziwacznej: jeśli u Lovecrafta to, co „nie-białe”, jest prawie zawsze „sprośne”, „plugawe” i „bezbożne”, to w „Krainie...” dokładnie tak zostaje przedstawiona „cywilizowana” Ameryka białej większości.

Trzeba też od razu zaznaczyć, że jest to rzeczywistość trudna do ogarnięcia, posklejana z bardzo licznych pulpowych konwencji, chaotyczna i zmienna w swoim nad-ambitnym zamiarze „przechwycenia” stu lat białej popkultury. Serialowe Stany przypominają gigantyczny ekran, na który główny bohater – miłośnik fantastyki i powieści groszowej Atticus Freeman (Jonathan Majors) – rzuca własne wyobrażenia, fascynacje, traumy i lęki. Każdy odcinek – a czasami nawet: każda scena – to kolejna klisza gatunkowa: niezapowiedziany skok od klasycznej grozy, przez grobowce Lorda Dunsany’ego, „Indianę Jonesa”, western, aż po harlequinowate fantasy, melodramat czy burleskę. Sugestię, jak interpretować owo kłębowisko obrazów, dostajemy już na początku pierwszego odcinka: Atticus wraca w rodzinne strony jako świeżo upieczony weteran wojny w Korei, a w autokarze śni sen o polach bitewnych, czarnych nadludziach, demonicznych kobietach, mackach Wielkiego Cthulhu. Razem z wujem Georgem (Courtney B. Vance) – autorem bestsellerowego przewodnika po bezpiecznych „przystaniach” dla czarnych w Stanach Jima Crowa – i przyjaciółką z dzieciństwa, Letitią (Jurnee Smollett), rusza w podróż do „źródeł rasizmu”, Nowej Anglii, gdzie natychmiast myli Ardham (także fikcyjne) z Lovecraftowskim Arkham, a wypatrując w krzakach shoggotha, ściąga na grupę o wiele plugawsze monstrum: zwyrodniałego szeryfa, który planuje wyegzekwować niesławne sundown law i już, z zegarkiem w ręku, ślini się na myśl o nadchodzącym linczu.

 

 

Zmaterializowane tęsknoty Atticusa, który od typowego filmowego post-nerda różni się „wyłącznie” tym, że kolor skóry nie pozwala mu nie tylko na karierę literacką, ale nawet na swobodną zmianę miejsca zamieszkania, koncentrują się na poszukiwaniach Wielkiego Spisku Białych. Okultystyczne loże, magowie, wyznawcy prastarych bóstw – wszystkie kanonicze elementy „lovecraftianizmu” są oczywiście w „Krainie...” obecne, natomiast znaczą zupełnie co innego niż w pulpach Lovecrafta. Nie chodzi już o „plugawą ciemność” jako metaforę „zanieczyszczonej białej krwi” – „dewolucję” amerykańskiego społeczeństwa w „nierozwikłane kłębowisko, w którym ścierają się pierwiastki syryjskie, hiszpańskie, włoskie i murzyńskie”[1] – ale o „ciemną” obsesję magów-rasistów: co zrobić, żeby jednocześnie zachować „rasową czystość” i przechwycić to, co w wyobraźni białych funkcjonuje jako „wyjątkowa czarna witalność”, „siła fizyczna”, „nadludzka seksualność”. Jeśli coś Wam to przypomina, to intuicje macie prawdopodobnie dobre – na niemal identycznym motywie zostało oparte oscarowe „Uciekaj!” Jordana Peele'a, który zresztą „Krainę...” wyprodukował i sygnuje własnym nazwiskiem. I podobnie jak film Peele'a sprzed trzech lat, serial musi się teraz mierzyć z oskarżeniami o nadmierne epatowanie stereotypami, niepotrzebne deformowanie amerykańskiej historii, a nawet – o czarny rasizm.

Fakt, u Green ze świecą szukać białych sportretowanych inaczej niż jako dyszący żądzą linczu sadyści, okrutnicy i ćwierćmózgi. Nie wszystkim spodobał się także pomysł, żeby z przytłaczającej, tajemniczej atmosfery opowiadań Samotnika z Providence wypłukać cały mroczny ciężar. Więcej tutaj groteski i kiczu, a soul, jazz i hip-hop wypierają melancholijne chorały i skrzypki, które chcielibyśmy usłyszeć w gotyckim tle. Wybór takiej taktyki wydaje mi się jednak całkowicie zrozumiały – podoba mi się nazwisko „Lovecraft” wzięte w cudzysłów, zredukowane do symbolu przemocowego porządku społecznego, podobnie jak nie widzę nic zdrożnego w przeformułowaniu groszowych, łotrzykowskich uproszczeń na korzyść odzyskującej godność „czarności”. Gorzej, że po sześciu odcinkach wciąż nie za bardzo wiem, do czego cały ten chaos zmierza – co ostatecznie wykluje się z pulpowej fantazji Atticusa oraz z samych bohaterów, rozrysowanych lekkim pociągnięciem piórka, czasami za bardzo papierowych, średnio zachęcających do współprzeżywania. Nie mogę się również połapać: czy papież-Cthulhu sprzed Narodowego bije głazem w „czerwonych”, czy może we własną głowę? I czy ma to jakiekolwiek znaczenie, skoro – jak pisał nasz gotycki wieszcz – nowoczesność to „istna wieża Babel, zgiełkliwa i sprośna”[2]? To się akurat Lovecraftowi udało – przewidział dzisiejszy popkulturowy nadmiar. I wrósł w niego pomimo własnych ekstremalnych uprzedzeń. A może właśnie – dzięki nim.

 

„Kraina Lovecrafta”
twórcy: Matt Ruff, Misha Green
HBO

 

______________________________

Przypisy:

[1] H.P. Lovecraft, Zgroza w Red Hook, [w:] Przyszła na Sarnath zagłada. Opowieści niesamowite i fantastyczne, przekł. M. Płaza, Poznań 2016, s. 244.

[2] Tamże, s. 244.

Pinezki w butach
27 października 2020

Pinezki w butach

[…] ten religijno-satanistyczny sztafaż jest jakąś skumulowaną nadwyżką […]. Ale ta nadwyżka jest prawdziwa, skleja rzeczywistość, w której wyżej od opieki i minimalizowania cierpienia ceni się ból równie bezsensowny jak chodzenie po pinezkach

Za dużo miłości
23 października 2020

Za dużo miłości

„The Ascension” natomiast sprawia wrażenie, jakby przez osiemdziesiąt minut chciało utrzymać słuchacza w stanie religijnego uniesienia. Podczas trwającej tak długo mszy nawet najgorliwsi wyznawcy wielkości poprzednich albumów co jakiś czas zerkną na zegarek...