Archiwum
25.11.2020

Zawsze niewystarczająca

Maciej Duda
Literatura

 

Podtytuł książki Sylwii Chwedorczuk brzmi „Ta od Dąbrowskiej”. Można go czytać ironicznie, z przekąsem. Można też tragicznie. Tytuł: „Kowalska”. Anna Kowalska. Jej imię nie pojawia się na okładce. Zostaje nazwisko po mężu Jerzym. Postrzegam to jako znak patriarchalnej kultury oraz brak. Mam ochotę zapytać: jak to się stało, że nawet na okładce książki o Annie Anny nie ma? Nie ma jej imienia. Jest zdjęcie. Na marginesie. Dwie z trzech części jej postaci. Ucięta. Po drugiej stronie oddzielnie, również niepełna, stoi Dąbrowska. Tak zobaczyła je graficzka. Taki obraz musiała wyczytać z konceptu Chwedorczuk.

Szkic rozpocząłem od opisu okładki. Przysłowie dotyczące oceny książek przestrzega: nie rób tak. Pisząc poprzedni akapit, nie chciałem ocenić, lecz oświetlić – wskazać na symptom. Tym słowem odkrywam i zapowiadam dyskurs, w ramach którego omówię książkę. Kowalską widzę przez relacje, które tworzyła i podobnie widzi ją również Chwedorczuk. Niesamodzielnie. Zawsze w kontekście do. Inaczej bohaterka znika. Już samo prześledzenie tytułów rozdziałów biografii – „Głód miłości”, „Jerzy”, „Miłość do Marii”, „Dwie samotności. I trzecia” – pokazuje, że badaczka nie jest w stanie wyjść poza mechanizm obrazowania życia Kowalskiej przez innych. Wynika to zapewne z badanego materiału, ale po części też z empatii, jaką żywi wobec Anny. Ta niemożliwość nie jest wadą warsztatu biografki, lecz sygnałem jej bliskiej zażyłości z Anną Kowalską – obcowania z jej słowami, z jej obrazem siebie i tych, którzy ją otaczali. Należy napisać to wprost: Anna Kowalska jest niewystarczająca. Nie tylko dla historyczek i historyków literatury. Przede wszystkim była taka dla samej siebie. Jej relacyjny paradygmat nie polegał na akceptacji tego stanu, lecz na ciągłych próbach dopełnienia odczuwanego braku. To właśnie te syzyfowe prace opisuje Chwedorczuk. Czytając szkolne dzienniki Anny, pisze następująco:

Ojciec trzyma się z daleka od wychowania dzieci, matka jest dla swej córki – niezgrabnej, ponurej, „mało dziewczęcej”, ciągle coś gubiącej lub psującej – za mało czuła. Nastolatka nie pomaga otoczeniu – nie jest przesadnie miła i dobrze ułożona, lecz gwałtowna, zagubiona i niedopasowana (s. 28).

Anna de domo Chrzanowska jest niedopasowana. Jej zachowania są nieadekwatne do sytuacji, nadmiarowe i skupione na sobie. Jej intymny dziennik cechują przesada i brak kontroli, „niekiedy wyczuwa się w nim sztuczność wynikającą zapewne z tego, że pełni on funkcję dziennika-wyznania przeznaczonego do czytania przez kogoś innego” (s. 47) – konkluduje badaczka. Nawet intymne zapisy Anny dyktuje wyobrażenie o skierowanym na nie wzroku innego/innej. Ta intymność potrzebuje ciągłego dopełnienia. Nie istnieje sama przez się. Albo: sama ma za małą wartość. To wszystko można oczywiście podsumować niedojrzałością nastoletniej narratorki. Jest w tym jednak rys, który zapowiada schemat dorosłego budowania relacji. Dziecięcy głód miłości i uznania nigdy nie minie. Wydaje się również, że nigdy nie zostanie też nasycony. Chwedorczuk w jakiś sposób zaspokaja te potrzeby pośmiertnie. Jako biografka pozostaje wyrozumiała wobec badanego podmiotu. Rozumie, a nawet tłumaczy szkolne i dorosłe zachowania Kowalskiej. Tę bliskość między biografką i Kowalską widać nawet w formie książki Chwedorczuk. Zapis lektury dzienników Anny Chrzanowskiej formalnie odbiega od kolejnych rozdziałów opisywanej książki. Wydaje się, że napisany został osobno – jakoś klasycznie, pod nauczycielskie oko, podobnie jak dziennik Anny. Możliwe, że forma jest pochodną jej zapisków.

Jednocześnie jednak zdaję sobie sprawę, że praca biografki to często dekady badań, a ich plon zależny jest od urodzajności sezonu. Być może czas spędzony z Chrzanowską był mniej owocny niż lata spędzone z Kowalską. Dodatkowo zaznaczyć trzeba, że przyrost badanego materiału zawsze idzie w parze z nabywaniem doświadczeń osobistych badacza. Biografie pisze się latami, nie na jednym oddechu. To wszystko: wpływ dziennika, systematyczność biograficznej pracy, doświadczenia biografki – w moim wyobrażeniu – prześwituje przez formę pracy Chwedorczuk. I dobrze, że tak się dzieje. Wszak Chrzanowska była dla otoczenia irytująca i sztuczna. Chwedorczuk oddała to w formie pierwszego rozdziału swojej książki.

Co się dzieje, gdy Chrzanowska zmienia się w Kowalską? Jej samoocena się nie zmienia. Wciąż jest niewystarczająca. Biografka opowiada to kolejnymi językami: ekonomicznym, historycznym i socjologicznym. Annie doskwiera i zawstydza ją brak własnych pieniędzy. Czuje się zależna od męża. Ma mało przestrzeni dla siebie. Mało możliwości. Jest kobietą w patriarchalnej odradzającej się Polsce. Tyle w skali makro. Zaś w mikrokosmosie codzienności jego (męża) zainteresowania stają się jej zainteresowaniami, wobec czego ograniczenia nie doskwierają jej permanentnie. Co nie znaczy, że wcale. Umie się z nich wydobywać – wydobywa się – niestety wracają. Biografka działa tu jak precyzyjny, czuły radar. Kolejne pomiary osobistych dokumentów odsłaniają przed nami pola dla Anny najmniej stabilne, wybuchowe, grożące emocjonalnymi wstrząsami. Lektura pierwszych listów miłosnych wymienianych między przyszłymi małżonkami owocuje stwierdzeniem: „Ciąży jej, powtarzane w listach, przekonanie, że jest mniej warta, że on, wiążąc się z nią, poświęca się dla niej, i że ona będzie musiała być mu wdzięczna za to poświęcenie” (s. 58). Obok tego Anna stawia adnotacje o marzeniach i dążeniach. Chce partnerstwa i niezależności. Zamiast tego mierzyć musi się z wcześniejszą miłością własnego męża. Partnerstwo przyjdzie z czasem. Małżeńskie podróże, wspólne obserwacje ludzi i miejsc znajdą kontynuację w pisarskim tandemie. Jerzy i Anna dyskutują, piszą i publikują wspólne teksty. Jednak to, co z zewnątrz wygląda na partnerstwo, dla późniejszej autorki „Safony” jest stopieniem się w jedno. Przylgnięciem do Jerzego, byciem nim albo byciem taką, jaką powinna być przy nim. Zrozumie to po latach, gdy zanotuje „[w]spólne autorstwo z Jerzym to była sprawa przeciw mojej naturze” (s. 102). Sygnowane przez nich teksty doczekały się recepcji krytycznej. Po latach, planując ponowne wydanie „Gruców”, Anna dokona redakcyjnych wiwisekcji i redukcji. Chwedorczuk opisze to jako działanie doświadczonej literatki. Wcześniej zaś empatycznie pochyli się nad autorami pierwszego wydania. Napisze: „Mimo literackich niepowodzeń, które przecież nie są porażkami, lecz świadectwem poszukiwań właściwiej drogi twórczej i walką o możliwość robienia tego, co się pragnie, Kowalscy powoli zaczynają być rozpoznawalni w światku pisarzy” (s. 102). W tej opinii powtarza się odruch znany z pierwszego rozdziału biografii. Chwedorczuk tłumaczy swoją bohaterkę. Wcześniej z nastoletnich zachowań, teraz ze słabego pisarstwa. Jakby chciała zasklepić jej poczucie niewystarczalności. Jakby odpowiadała na głód uznania.

Wobec tego zadać należy pytanie: czy ów głód był adekwatny do możliwości, zdolności i znaczenia w literackim światku? Wydaje się, że wiążącej odpowiedzi udzieliły krytyka i historia literatury. Bardziej niż proza Kowalskiej interesują nas jej listy i dzienniki. Być może dlatego, że czujemy w nich napięcie między tym, jaka chciała i mogła być. To zapisy jej ciągłych zmagań z własną formą. Będąc w relacji z jej dokumentami osobistymi, poniekąd jesteśmy w relacji z nią samą. Może stąd wynika wskazana próba dopełnienia – biograficzny odruch Chwedorczuk. Relacja opisywanej i opisującej jest tematem przynajmniej na rozbudowane – i, przynajmniej dla mnie, w książce brakujące (sic!) – autoetnograficzne posłowie do „Kowalskiej. Tej od Dąbrowskiej”. Chętnie bym je przeczytał. Tym bardziej że Chwedorczuk nawet w formie zbliża się do tego, co interesowało samą Kowalską. Pisze: „Kowalska pragnie tworzyć literaturę studiującą charaktery, według niej akcja powinna schodzić na dalszy plan, być jedynie pretekstem do ukazania istoty ludzkiej natury” (s. 90). W innym miejscu: „Anna czyni tematem swoich opowieści miłość, rozterki, niepowodzenia, śmierć, ludzki strach przed tym, co ma nadejść” (s. 295). Podobnie wygląda świat zbudowany przez Chwedorczuk. Charakterystyki samej Anny i osób, z którymi się wiązała, są tak bogate i głębokie, że można ich tylko zazdrościć. Zapewne jest to pochodna materiałów, do których dostęp miała biografka, ale też i ciekawości, otwartości oraz chęci wielokrotnych archiwalnych studiów, które przeprowadziła. Dzięki nim czytelniczki i czytelnicy będą żywo reagować na Annę. To niewątpliwa zaleta tej biografii.

Związek Anny z Marią zaczyna się podobnie jak związek z Jerzym – od podziwu i ekonomicznej zależności. W wypadku tego wątku również porzucę perspektywę opisu historycznego; tę doskonale oddaje Chwedorczuk. Wybiorę język, który nieśmiało przebija przez wcześniejsze teksty dotyczące listów czy równoległych dzienników żyjących wspólnie pisarek – badania Ewy Głębickiej i Moniki Świerkosz.

Pierwsza z nich, badaczka pism i życia Marii Dąbrowskiej, pisała o grze i niepełnej szczerości obu adresatek i autorek listów. Świerkosz również uchyliła się od redukcji relacji obu postaci do prostej opozycji „dominatora” i „ofiary”. Odrzuciła ten sposób recepcji ich dokumentów osobistych oraz twórczości. Ostatnie zdanie tekstu, który poświęciła wspólnej lekturze ich dzienników, brzmi następująco:

Jeśli miałabym w swoich lekturach odnaleźć ślad […] niejasnego i pełnego napięć spotkania dwóch twórczych kobiet, to odnalazłabym go być może w opowieści o pojedynku Arachne z Ateną – nie jako o walce dwóch przeciwieństw (jak z uporem powtarza kultura), lecz jako historii dwóch artystek, które w dramatyczny sposób połączyła jedna i ta sama potrzeba: uznania, dumy i miłości do własnej pracy (MŚ; s. 347).

Listowną i dziennikową relację Kowalskiej i Dąbrowskiej można opisać przy pomocy określeń „dramatyczna” czy „tragiczna”. Można ją również romantyzować. Kluczami socjologii i historii otwierać drzwi zewnętrznych ograniczeń, heteronorm czy uwewnętrznionego wstydu. To udało się Chwedorczuk. Chciałbym włączyć ich relacje do uniwersaliów w inny sposób: narzędziami psychoterapii. Ma on oczywiście wady i zalety. Narzędzia psychoterapii odbierane są bowiem jako obosieczne – pomagają, ale i ujawniają to, co chcemy ukryć. Związek Anny i Marii rozumiem jako koluzję (termin opisany przez Jürga Willi) – poruszający się po zamkniętym okręgu sojusz dwóch osobowości. Myślę, że robię to bez szkody dla samej miłości obu pisarek, to znaczy nie uszczuplam jej, nie patologizuję, nie dookreślam, nie wartościuję. Raczej pokazuję uwikłania, jakie towarzyszyć mogą różnym koluzyjnie dobranym parom. (Bez udzielania odpowiedzi na pytanie, która to koluzja; dla czytelniczek i czytelników to mniej istotne.) Wydaje mi się, że podobnie o narracjach obu pisarek pisała Świerkosz – nie szukając winy. W tekście badaczki pojawiają się hipotezy utrzymujące moją interpretację. Świerkosz odnotowała lęki Anny przed stopieniem się z Marią oraz ich wzajemne projekcje własnej niechęci i znużenia wobec siebie. To właśnie podobieństwa skazywały je na tę grę, poza którą nie mogły wyjść. „Maria zresztą myślała podobnie, tyle że na odwrót” (s. 317) – uważność Chwedorczuk podtrzymuje tę interpretację. W tym psychologicznym kontekście ich relacja odbija to, co Jürg Willi opisywał w psychoanalizie pary. Relacje rozpatruje się na poziomie osobowości partnerów/ek – orientacja seksualna nie ma tutaj znaczenia. Tak właśnie czytam kolejne związki tworzone przez Annę, ale i przez Marię. Z przywoływaną interpretacją Świerkosz dzieli mnie jedna różnica. Tam, gdzie autorka „Arachne i Ateny” widziała ambiwalencję stanów Anny, ja dostrzegam raczej ich naprzemienność. Różnica polega na przesunięciu – w obrazach i projekcjach wpisanych w dzienniki i listy widać nie jednoczesność, umiejętność równoległego utrzymania dobrego i złego obrazu parterki (w uproszczeniu: wad i zalet) w tej samej chwili, lecz ich osobne następowanie po sobie: raz bliskość, raz wrogość. Ten odruch szarpie obiema nadawczyniami. Ta znikająca ambiwalencja rodzi poczucie urazy, upokorzenia i powoduje okrucieństwo, w którym na przykład Maria chce widzieć własny atak szału – tak pisze w jednym z listów (por. s. 224). Pamiętać należy jednak, że ów atak szału pozwolił jej nie tylko napisać okrutne słowa (co można by zestawiać z ewentualnym krzykiem w sytuacji realnej kłótni), ale też je zaadresować i wysłać (co wymaga świadomego procesu, nie zamyka się w chwili tzw. szaleństwa). Przez listowną relację obu pisarek prześwituje poczucie zdradzenia i odkrywania własnych uczuć. Ta klasyfikacja również odsyła nas do gry. Zdradę własnych uczuć poprzedzać musi zamiar ich ukrycia. Ten ostatni przywodzi na myśl kłamstwo lub manipulacje.

Chwedorczuk doskonale widzi schematy Anny: „Anna czuje, że zatoczyła koło, że tak jak niegdyś ona i jej rodzice zależni byli od ciotek, tak teraz ona i jej córka zależne są od Dąbrowskiej. Początkowo cierpliwa, z biegiem czasu staje się coraz bardziej wybuchowa, złośliwa, niezadowolona i okrutna” (s. 304). Po drodze był jeszcze podobnie raniący związek z Jerzym. Na końcu – związek z córką (która w książce Chwedorczuk istnieje przede wszystkim w cytatach).

Konceptualizacja to jedno. Jej publikacja to coś zupełnie innego. W tym miejscu mierzę się z obawami. Z jednej strony zastanawiam się nad tym, co robię wobec pism Anny i Marii, z drugiej nad tym, co chcę osiągnąć, odkrywając widziane. Prawdopodobnie – to założenie chyba pomaga mi rozwiązać dylemat: nazwać czy nie nazwać – Chwedorczuk dostrzegła to samo, co widzę, czytając jej tekst. Tyle że tego nie nazwała. Pozostała w konwencji narracji studiów historycznych, także tych badających historię homoseksualności w Polsce. Dodatkowo, co sygnalizowałem wcześniej, biografka empatyzuje ze swoją bohaterką. To wszystko zalety jej badań. Zmieniając perspektywę opisu, nie próbuję (ilość tłumaczeń oddaje stopień mojego napięcia) przepisać tej relacji, tylko oświetlić ją z dodatkowej perspektywy. Dodatkowej, a więc kontrapunktowej, nie zaś kontrującej. Te socjologiczne, historyczne i psychologiczne perspektywy nie wykluczają się.

A jeśli coś przez swoje odczytanie normatywizuję, robię to ponad seksualnością, na poziomie osobowości i budowania relacji. W ten sposób stawiam związek Anny i Marii w szereg innych wzorów kulturowych, które zwykliśmy postrzegać jako romantyczne, dramatyczne czy tragiczne. Jako te, które mniej lub bardziej świadomie, na przemian, ratują i więżą, pomagają i niszczą zakochane osoby.

 


Sylwia Chwedorczuk, „Kowalska. Ta od Dąbrowskiej”
Wydawnictwo Marginesy
Warszawa 2020

 

 

___________________

Bibliografia:

Głębicka E., Trudna miłość, [w:] tejże, Dąbrowska (nie)znana. Szkice, Warszawa 2016.
Głębicka E., Prawda życia, prawda cierpienia. O systemie wartości w „Dziennikach” Anny Kowalskiej, [w:] tejże, Dąbrowska (nie)znana. Szkice, Warszawa 2016.
Świerkosz M., Atena i Arachne? Maria Dąbrowska i Anna Kowalska we wzajemnej lekturze dzienników, [w:] Czytanie. Kobieta, biblioteka, lektura, red. A. Zawiszewska, A. Galant, Szczecin 2015.
Willi J., Związek dwojga. Psychoanaliza pary, tłum. M. Szwecow-Szewczyk, Warszawa 2014.