Archiwum
12.01.2021

Szukając planety B

Michał Piepiórka
Film

Jak lepiej zakończyć 2020 rok, jeśli nie fantastycznonaukowym filmem katastroficznym o zagładzie Ziemi? Tak pewnie pomyśleli włodarze Netflixa, którzy w ostatnich dniach grudnia zaoferowali swoim użytkownikom „Niebo o północy”. Problem w tym, że wydarzenia kończącego się roku były znacznie bardziej filmowe, angażujące i nieprzewidywalne niż to, co oferuje najnowsze widowisko George’a Clooneya.

W „Niebie o północy” mamy nieprzyjazne, ośnieżone i smagane lodowatym wiatrem ziemie Arktyki, najnowocześniejsze laboratorium pełne skomplikowanej aparatury, efektowny statek przemierzający przestrzeń kosmiczną, odległe, fascynujące planety i last but not least ulegającą zagładzie Ziemię. Na wrażenia nie powinniśmy więc narzekać. Clooney połączył survivalowy thriller spod znaku niedawnej „Arktyki” z kinem katastroficznym i klasycznym sci-fi. Być może to właśnie ten nadmiar gatunkowych tropów zgubił twórców, którzy nie potrafili wydobyć niczego oryginalnego spod ciężaru atrakcyjnych konwencji.

Zaczyna się frapująco. Jest rok 2049, na dalekiej północy ostatni ludzie na Ziemi zapełniają helikoptery, by ruszyć w nieznane, byle dalej od radioaktywnego, zabójczego powietrza, które „z jakiegoś powodu” otacza planetę. Tylko jeden człowiek nie ma zamiaru uciekać i skazuje się na powolną agonię. To Augustine – w tej roli reżyser – astrofizyk, pracownik polarnego obserwatorium. Zostaje nie z powodu bezsilności, ale z konkretną misją: chce skomunikować się z załogą statku kosmicznego, która po kilkuletniej misji powraca do domu. Ma im przekazać, by pod żadnym pozorem nie lądowali na Ziemi i odlecieli tam, skąd wracają (czyli na jeden z księżyców Jowisza, gdzie panują warunki do życia).

W tym momencie rozpoczynają się dwie równoległe historie – jedna toczy się na Ziemi, druga w kosmosie. Do tego dochodzi jeszcze trzecia płaszczyzna narracji: wspomnienia Augustina z młodości, wracającego w myślach do kobiety swojego życia, którą porzucił dla kariery naukowej. Wszystkie trzy wątki łączą się ze sobą: Augustine stara się skontaktować z załogą statku, a oni szukają odpowiedzi na pytanie, co stało się na Ziemi. Przeszłość naukowca pozwala z kolei rzucić światło na powody jego obecnego postępowania.

Na początku wydaje się, że fabuła będzie powoli odsłaniać prawdę o „incydencie” prowadzącym do zagłady planety. Szybko jednak okazuje się, że to błędny trop, a o wydarzeniach poprzedzających akcję filmu nie dowiadujemy się niczego, poza lapidarnym: „źle zaopiekowaliśmy się Ziemią”. W tym jednym zdaniu pobrzękuje ekologiczna świadomość. Nie zostaje ona jednak rozbudowana do takich rozmiarów, by móc mówić, że „Niebo o północy” jest ostrzeżeniem przed zbliżającą się katastrofą ekologiczną. Nie wiadomo zresztą, czy tajemniczy „incydent” miał coś wspólnego z katastrofą klimatyczną, czy przyspieszyło ją konkretne wydarzenie, jak awaria nuklearna.

Twórca scenariusza, opartego na powieści LIly Brooks-Dalton – Mark L. Smith – koncentruje się na teraźniejszości bohaterów, zrzucając im niczym złośliwy demiurg kolejne zagrożenia, których jedyną funkcją jest napędzanie akcji. Augustine musi udać się do dalekiej stacji astronomicznej, doświadczając przeróżnych zagrożeń – od polarnych jezior po wygłodniałe wilki. Zresztą to samo dzieje się w części rozgrywającej się w kosmosie: bohaterowie napotykają kolejne niebezpieczeństwa, jak choćby nieoczekiwane wypadnięcie z trasy czy deszcz meteorytów niszczący – rzecz jasna – system łączności. Wszystkie te zdarzenia – kluczowe dla dramaturgii filmowej – są zupełnie nieistotne dla fabuły. To tylko pretekst dla podbijania emocji, których w tej opowieści zwyczajnie nie ma.

Punkt wyjścia sugerował, że to będzie opowieść o samotności w obliczu katastrofy, co wyśmienicie wpisałoby się w obecną sytuację społecznej izolacji. Ostatni człowiek na Ziemi stara się nawiązać połączenie z grupką kosmicznych wędrowców, którzy niczego bardziej nie pragną niż powrotu do domu – choć nie wiedzą, że szansa na „powrót do” już nie istnieje. By wybrzmiała melancholia tej sytuacji, by odpowiednio odczuć tragizm tej małej apokalipsy, należałoby wyciszyć pozostałe emocje – wywoływane przez wszelkie wybuchy, pojedynki, wystrzały, deszcze meteorytów i awarie statków. Twórcy jednak wyeliminowali subtelniejsze uczucia bohaterów, zastępując je konwencjonalną akcją.

Seans „Nieba o północy” ma jedną niewątpliwą – i w świetle konstrukcji filmu dość oczywistą – zaletę: daje nadzieję. Tylko czy ta nadzieja nie zwróci się przeciwko nam? Kosmiczni podróżnicy mają szansę zawrócić i udać się tam, gdzie wszystko można zacząć od nowa. To kusząca perspektywa dla ludzkości, która stoi nad przepaścią katastrofy klimatycznej. Problem w tym, że my żadnej planety B nie mamy.

„Niebo o północy”
reż. George Clooney
premiera: 23.12.2020
dostępne na platformie Netflic
źródło: Netflix.com