„Ja gram rap, jak sam to czuję / albo nie gram go w ogóle” rapuje Rafał „Pono” Poniedzielski w wypuszczonym 14 dni po jego śmierci utworze Bonusa RPK „Żywa legenda”, gdzie gościnnie pojawia się obok O.S.T.R.-a, Liroya i Bizarre’a z D12. Pono zmarł 6 listopada tego roku, co jest niepowetowaną stratą dla polskiego rapu: oto odszedł, co uwidacznia się w autotematycznym cytacie, artysta wierny sobie. Wielu polskich raperów mówi o ulicznych zasadach, jednocześnie budując markę na iluzji „prawilności”, stylizując się na mentorów, głosy sumienia i/lub zdrowego rozsądku; Pono tymczasem nie zgrywał kogoś, kim nie był. Kierował się potrzebą autentyczności, którą traktował jako robienie tego, na co miał ochotę.
Kiedy chciał, nagrywał muzykę imprezową – „W aucie” jako część TPWC z Sokołem i gościnnym udziałem Franka Kimono, „Bez ciśnień” jako część Zipery czy „Bałagan na strychu” z pierwszej solowej płyty. Ale kierując się zasadą autentyczności, głównie wchodził w rolę wprawnego obserwatora, a potem komentatora i krytyka rzeczywistości. Najbardziej wymowny wyraz swojemu niezadowoleniu dał na płycie „Bunt” (2015), gdzie jednocześnie nawoływał do wyswobodzenia się z opresyjnych norm i krytykował mesjanistyczne postawy osób przeświadczonych o własnej wyjątkowości.
W ciągu kilku ostatnich lat wyłączył się z aktywniejszego udziału w tworzeniu sceny hip-hopowej. Nie znaczy to, że przestał nagrywać, po prostu bardziej zależało mu na życiu rodzinnym, niż na budowaniu tytułowej legendy sceny (by nawiązać do przytoczonego na początku szkicu utworu). Relacje ojcowskie raper traktował bardzo poważnie, co znajduje odzwierciedlenie w pełnym brzmieniu jego pseudonimu – SynAlkaPono. Rodzic, z zawodu szklarz, był melomanem i wprowadził potomka w świat muzyki. Następnie wspierał go, ciągle dopytując stawiającego pierwsze kroki w rapie syna, kiedy będzie mógł posłuchać jego nagrań. Pono odwlekał ten moment, wiedziony perfekcjonizmem, uznając, że utwory jeszcze nie są gotowe. Odwlekał zbyt długo – ojciec zmarł, zanim raper zdążył mu pokazać nagrania. Pono zadedykował mu swoją pierwszą płytę o znaczącym tytule „Hołd” (2002).
Wychowany na warszawskim Służewcu Pono opisywał siebie jako typowego chłopaka „zza muru / z krainy toru królów / z krainy hazardu” (Hemp Gru – „Życie Warszawy”). Bardziej niż nauka interesowały go wyścigi konne. Lokalność od zawsze była obecna w jego twórczości i pozostała mu bliska, jak kiedy rapował: „Żeby w to uwierzyć, musisz przeżyć to, widzieć, jak leniwo / zachodzi słońce, jak wschodzi mrok, jak księżyc znika / na żywca, na służewieckim torze na wyścigach” (White House – „Na żywo”). Nawet w ostatnim teledysku do „Żywej legendy” towarzyszą mu konie wyścigowe.
W szkole średniej Poniedzielski poznał Wojciecha Sosnowskiego (późniejszego Sokoła) i razem z nim założył grupę TPWC (Trzecie Pokolenie Warszawskiej Colendy), która (dopiero) w roku 2007 nagrała pierwszy album (z trzech łącznie), „Teraz Pieniądz W Cenie”. Pono nie był pełnoprawnym współautorem – należałoby raczej powiedzieć, że dograł się do solowej płyty Sokoła. To właśnie na „Teraz Pieniądz W Cenie” znalazł się największy hit komercyjny w karierze rapera, „W aucie”, który zrodził nowy trend w polskiej muzyce, stanowiący mariaż estetyki dyskotekowej (a czasem discopolowej) z rapem. Ukłon w stronę lat osiemdziesiątych firmowali swoimi pseudonimami tak szanowani artyści jak Sokół i Pono, co legitymizowało całość w oczach fanów. Otworzyło to raperom drogę do szerszej publiczności – jednak Pono (w przeciwieństwie do Sokoła) nie miał ochoty nią podążać. Wykonał więc zwrot ku kolejnym eksperymentom. Kilka lat później wyjaśniał ten gest w utworze „Szczerze”: „Nie należę do medialnych/To, że rymy kleję, nie znaczy, że mam być fajny”. Fakt, że przyczynił się do uprawomocnienia komercyjnej muzyki, na pewno musiał go uwierać, bo zdobył szerszy rozgłos pod koniec XX wieku jako członek grupy ZIP Skład, współtworzonej między innymi z Sokołem, Fu i Koro, gdzie rapował o przestrzeganiu niepisanych zasad, szacunku, miłości do bliskich i konieczności zachowania rozwagi.
Płyta grupy, „Chleb powszedni” (1999), to klasyk ulicznego rapu. Minimalistyczna produkcja i młodzieńcza frustracja raperów z marginesu niemal filmowo odmalowują szarość warszawskich blokowisk. Pono pojawia się w niemal połowie utworów i daje się poznać jako najlepszy tekściarz z licznego grona. Jego rap to wielokrotne rymy układające się w ciąg skojarzeń, na przykład: „To samo życie / raz na kredycie / raz w zenicie / Jedna gra – jedno rozbicie / masz pokrycie – wchodzisz. Rozumiesz? Ocenia nas czas i pas / Każdy z was ma problemów cały las” („Lepsze życie”). Natomiast w opiewającym alkohol i marihuanę „Zawodowstwie” właśnie z jego ust pada jeden z pierwszych podwójnych rymów w polskim rapie („Drąży na poziomie” / „dym krąży w gronie”).
Po „Chlebie powszednim” Pono myślał o karierze solowej, ale wspomniani Fu i Koro zaprosili go do grupy Zipera, na której płytach czuć mocną inspirację francuskim rapem, głównie ze względu na Fu, wielkiego fana między innymi Lorda Kossity. Zipera wydała trzy albumy, każdy w innym klimacie: pierwszy jest ciężki, momentami mroczny, drugi raczej pozytywny, a trzeci nostalgiczny. Tekstowo nie są to najlepsze dokonania Pona, sporo tu zbyt prostych rymów. Ale też należy pamiętać, że same rymy nie były podstawą, na której Pono zbudował swoją rapową personę. Wtedy w ogóle nie chodziło mu o jakość muzycznego rzemiosła czy o estetykę – ale o wspomnianą już autentyczność.
Poniedzielski wywodził się z konkretnego środowiska i nagrywał dla odbiorców, którzy oczekiwali przesłania, opiewania prostych, niemal populistycznych wartości. Z tego powodu Pono i całej pierwszej generacji warszawskich ulicznych raperów nie udało się uniknąć twórczego kryzysu, naturalnego przy tego typu hermetyczności. W jego przypadku wyjściem z impasu okazały się poszukiwania muzyczne, wymuszające także zmiany w warstwie tekstowej. To na pierwszej solowej płycie Pona pojawiły się jedne z pierwszych zaśpiewów ragga po polsku w wykonaniu Fu. Współpracował między innymi z Muńkiem Staszczykiem czy Paprodziadem, korzystał z żywych instrumentów, a na ostatniej „Pondemii” (2021) nagrywał pod drillowe i boombapowe podkłady. Tematycznie również odszedł na niej od klasycznego repertuaru, bo rapował między innymi o MDMA i frustrującej codzienności artysty, którego otoczenie traktuje jak nieroba, gdy ten myśli o kolejnych nagraniach.
Album był promowany w nietypowy sposób – za pośrednictwem wówczas najdroższego preorderu w historii polskiego rapu. Dla Pona była to kontynuacja eksperymentów muzycznych. Promocja stanowiła dowód utrzymującej się nieustannie ciekawości świata i chęci próbowania nowych rzeczy.
Ostatnie solowe nagranie wypuszczone za życia rapera, tegoroczny singiel „JEDYNAK”, wskazywało na nowy kierunek poszukiwań. Utwór traktuje o tym, jak Pono ceni sobie niezależność, a muzycznie jakoś w połowie z rapu przechodzi w energetyczny drum’n’bass. Melodyjny, krzykliwy refren w wykonaniu Czyżyka wzmacnia ładunek emocjonalny całości. Pono niejako wyjaśnia swoje życiowe i artystyczne wybory, tłumacząc je indywidualizmem, który próbował zamknąć w ramach grup, dopasowując się do mniej odważnych twórców. Na przestrzeni całych albumów wychodziło to różnie, najciekawiej raper wypadał solowo lub podczas gościnnych zwrotek.
6 listopada odszedł członek pokolenia rapowych savantów, uczących się rapu na ograniczonych źródłach i własnych błędach. W przeciwieństwie do większości pionierów tej kultury w Polsce, Ponowi udało się odejść od pierwotnej kategoryzacji. Odnajdywał się w różnych kontekstach i pewnie odnajdywałby się dalej, pozostając wciąż otwarty, a dzięki temu bardziej wpływowy i inspirujący niż większość weteranów. Także z tego powodu szkoda, że jego droga urwała się, a nie skończyła tak, jak lubił – na jego warunkach.