Prodigy nigdy nie był najlepszym technicznie raperem. Nie bawił się w podwójne rymy i metafory, bardziej mówił, niż rapował, jednak był powszechnie poważany jako artysta, ponieważ charakteryzowało go coś, co nadawało jego tekstom autentyzm i przyciągało uwagę – ból. W utworze „You Can Never Feel My Pain” ze swojej pierwszej solowej płyty opisuje historię walki z wyniszczającą chorobą przez pryzmat tego, jak cierpienie stało się częścią jego tożsamości.
Albert Johnson urodził się z anemią sierpowatą. Życie z przewlekłym, nieuleczalnym i niezawinionym (to choroba genetyczna) bólem, odcisnęło piętno na młodym chłopaku – jako nastolatek miał problemy z kontrolowaniem gniewu. Część tych doświadczeń opisał potem w autobiografii „My Infamous Life” (2011) – choć do przynajmniej części tych wyjaśnień należy podchodzić z rezerwą, jako że sprawa jest zarazem bardziej złożona (doświadczanie bólu nie jest jedyną genezą wielu kwestii) i mniej skomplikowana. Niedługo po premierze książki partner rapera z grupy Mobb Deep, Havoc (Kejuan Muchita), zaatakował go w social mediach, po czym ogłosił zawieszenie działalności grupy i nagrał diss, w którym oskarżył Prodigy’ego o kłamstwa i uzależnienie od narkotyków. W autobiografii Prodigy opisał Havoca jako alkoholika, który opróżniał minibary w każdym pokoju hotelowym podczas tras koncertowych. Po czasie okazało się, że Prodigy nie kłamał co do faktu, że Havoc miał problemy z alkoholem. Jednak i Prodigy nie był wolny od problemów, a przez nieprzewidywalny i niestabilny charakter był również trudny we współpracy. Obydwaj mogli kontynuować kariery jako indywidualności – Prodigy był w końcu cenionym raperem, a Havoc wziętym producentem – lecz w szerokiej świadomości nieprzerwanie funkcjonowali jako Mobb Deep. Niosła ich sława dwóch nastolatków z nowojorskiego osiedla Queensbridge, którzy wynieśli uliczny rap na nowy poziom swoją drugą płytą, „The Infamous” (1995). Stąd niedługo po rozłamie, w 2013 roku, wznowili wspólną działalność, opisując spór jako zwykłą przepychankę między „braćmi”. Kolejny raz już się spektakularnie nie pokłócili: nagrywali i koncertowali razem aż do śmierci Prodigy’ego w 2017 roku.
Przywiązanie do miejsca, jakie w biografii artystycznej Mobb Deep zajmuje „The Infamous” i budowanie wokół niego swojej kariery, nie powinno dziwić. Zwykło się uważać, że druga płyta jest największym wyzwaniem w karierze artysty, ponieważ na pierwszą materiał zbiera całe życie, a druga to reakcja na odbiór i konsekwencje pierwszej. Jeśli debiut jest udany, należy znaleźć sposób, by go potwierdzić. Jeśli rozczarował, sequel stanowi szansę na poprawę błędów. Debiut Mobb Deep, „Juvenile Hell” (1993), konotował ten drugi scenariusz. Album był niedojrzały i naiwny – raperzy snuli przerysowane fantazje o przemocy, Havoc pozował na okładce z kosą. W rezultacie wytwórnia zerwała kontrakt z zespołem. Wydany zaledwie dwa lata później „The Infamous” brzmi tak, jakby nagrało go dwóch doświadczonych życiowo mężczyzn, co najmniej o dekadę starszych, niż byli w rzeczywistości. To płyta przemyślana, spójna muzycznie i tekstowo. Dźwięk i rap są równie surowe jak warunki życia w Queens. Świat przedstawiony na albumie jest zimny, beznadziejny i przytłaczający, a raperzy rozczarowani, sfrustrowani i cyniczni. Żeński wokal w refrenie „Temperature’s Rising” wcale nie ociepla utworu, a nawet najlżejszy na albumie „Drink Away the Pain (Situations)” zawiera w tytule kluczowe z perspektywy dalszej kariery Prodigy’ego słowo – ból.
To istne piekło na ziemi („Hell on Earth”), jak zresztą zespół zatytułował kolejny, wydany rok później album. Czwarta płyta, „Murda Muzik” (1999), jako pierwsza w dyskografii zespołu pokryła się platyną, ale była też początkiem końca gry w pierwszej lidze rapu. Oparty na motywie z otwarcia „Człowieka z blizną” Briana de Palmy singiel „It’s Mine” był próbą sprawdzenia się w bardziej komercyjnym, imprezowym emploi i choć przysporzył zespołowi nowych fanów, nadwątlił jego reputację jako jednego z ostatnich bastionów tradycyjnego, brudnego brzmienia nowojorskiego rapu. Dla wielu ta reputacja runęła, gdy kilka lat później Mobb Deep podpisali kontrakt z wytwórnią 50 Centa, G-Unit Records, a Prodigy i Havoc wytatuowali sobie logo G-Unit. 50 Cent był wielkim fanem grupy, ale słuchając „Blood Money” (2006), ma się odwrotne wrażenie – to Mobb Deep próbowali dopasować się do stylu płyt wydawanych przez 50 Centa, korzystając z tych samych producentów i zapraszając tych samych gości co on.
Po latach można śmiało stwierdzić, że komercyjny sukces „Murda Muzik” wyznaczył grupie niewłaściwy kierunek. Jednak podczas prac nad albumem wydarzyło się coś, co odbija się echem aż do dziś: zespół nawiązał współpracę z producentem z Kalifornii, Alchemistem. Od 1999 roku był on obecny na każdej płycie zespołu i na solowych albumach Prodigy’ego wydanych za życia rapera. To właśnie wspólnie z Alchemistem Havoc przekopał się przez archiwum nagrań Prodigy’ego i złożył je w ostatnią, pożegnalną płytę Mobb Deep, „Infinite”, wydaną w tym roku. W rozmowie z „Rolling Stonem” Havoc opisał proces twórczy jako budowanie całych piosenek wokół zarejestrowanych zwrotek i refrenów.
W otwierającym album, chyba najlepszym z całości, utworze „Against the World” Prodigy ogłasza swój powrót, a w trakcie refrenu, w którym Havoc hipnotycznie powtarza: „It’s Mobb Deep against the world” słychać go w tle, ciągle dopowiadającego coś do akompaniamentu jazzowej trąbki. Na koniec utworu wyznaje Havocowi, że go kocha i mówi: „do zobaczenia po drugiej stronie”. To otwarcie przywołuje wiele „śmiertelnych” tropów kulturowych: od memento mori, przez et in Arcadia ego i ars moriendi, aż po non omnis moriar. Wszystkie one nadają albumowi ramę i przewijają się przez całą płytę. Kiedy raper mówi, żeby szukać go na bezchmurnym, nocnym niebie lub deklaruje, że nie należy po nim płakać, bo żył pełnią życia, brzmi to jak wołanie zza światów – co bardzo pasuje do horror rapu z debiutanckiej płyty zespołu i pozwala widzieć w tym klamrę wspólnej twórczości.
Tytułowa nieskończoność konotuje repetycję. W tę interpretację tytułu wpisuje się dobór większości gości obecnych na płycie, która dała grupie nieśmiertelność – „The Infamous” – więc Big Noyda, Nasa, Raekwona i Ghostface’a. Z tej grupy najlepiej wypada Nas, w „Pour the Henny” składający ostatni hołd Prodigy’emu. Pomimo tak prominentnych gości i zbudowania całej płyty wokół minimalistycznego rapu, brak tu niestety tekstów zapadających na dłużej w pamięć. Trudno oczekiwać, żeby było inaczej, skoro Havoc i Alchemist pracowali z niekompletnymi nagraniami, które niemal dekadę obrastały kurzem.
Zarazem, producencko Havoc dawno nie brzmiał tak dobrze, choć pomiędzy „Against the World” i pozostałymi podkładami istnieje wyraźny przeskok jakościowy. Niesione przestrzennym, wokalnym samplem „Pour the Henny” przypomina Mobb Deep z najlepszych lat i jest drugim wyróżniającym się utworem na płycie, natomiast zrealizowane w tym samym składzie (z Nasem), singlowe „Down For You” brzmi, jakby powstało podczas prac nad którymś z ostatnich albumów zespołu i nie jest to bynajmniej komplement. Nie brak na tej płycie utworów mocno „przewijalnych”, jak do bólu przewidywalny „Mr. Magik”, nijaki „Discontinued” czy po prostu dziwny „We The Real Thing”. Producencki wkład Alchemista zostawia lepsze ogólne wrażenie, szczególnie w przypadku „Taj Mahal”, jednak nie jest to pierwszy sort jego podkładów, a raczej odrzuty z innych, większych projektów.
Najmocniejszą stroną płyty jest nostalgia, to ona przekłada się na jej ostateczną ocenę. Gdyby nie kontekst, byłby to średni album o krótkiej żywotności. Ale, jak wiadomo, kontekst wiele zmienia. Jako podsumowanie i pożegnanie album wypada przyzwoicie. A jako dowód, że dwóch raperów łączyła więź, którą zerwali tylko raz – i nawet śmierć jednego z nich nie zerwała jej ponownie – „Infinite” sprawdza się doskonale.