Nr 13/2026 Na dłużej

Zostawcie mnie w spokoju

Łukasz Tofil
Literatura Esej

W środku i na zewnątrz kawiarni „A Brasileira” próżno szukać wolnego miejsca. Nie szkodzi, wszedłem tylko po to, by kupić od kelnera w białej koszuli i zielonym krawacie polskie wydanie „Przesłania”. Tom poezji w eleganckiej oprawie można dostać tu także w innych językach, od oryginału po portugalsku, przez wersje angielską i francuską, po hindi. Trzy seniorki, najpewniej z Włoch, robią sobie właśnie selfie z Fernandem Pessoą, który z nogą założoną na nogę siedzi przed lokalem. Pytam jedną z turystek, czy może zrobić mi zdjęcie. Z uśmiechem przytakuje. Siadam w słońcu na wolnym krześle obok pisarza z brązu. Jego lewa dłoń spoczywa na stoliku. Nie do końca jestem pewien, jak odczytywać prawą, lekko uniesioną. Czy to ręka gotowa na uścisk? Czy gest mówiący: „zostawcie mnie w spokoju”[1]?

Wszystkie dni należą do mnie

„A Brasileira”, niegdyś punkt spotkań tutejszej bohemy, to chyba najpopularniejsze w centrum Lizbony miejsce związane z Pessoą. Tu rodził się koncept awangardowego pisma „Orpheu”, które mocno napsuło nerwów konserwatystom i wprowadziło do Portugalii literacki modernizm.

Ale prawdę mówiąc, ducha Pessoi poczułem jakiś kilometr stąd, w pustym lokalu nad Tagiem, gdzie siwy kelner miał w sobie tę niewymuszoną uprzejmość, przez którą już od progu czułem się jak ktoś ważny. A przecież wpadłem tylko na kieliszek schłodzonego vinho verde. „Martinho da Arcadav” to najstarsza kawiarnia w mieście, ulokowana przy Placu Handlowym. Do dziś ma stolik zarezerwowany dla Pessoi, dla którego lizbońskie lokale były drugim domem, miejscem spotkań z nieliczną grupą znajomych, areną do walki ze swoim introwertyzmem.

Gest „zostawcie mnie w spokoju” idealnie pasuje do fragmentu wiersza Alberto Caeiro, jednego z heteronimów Pessoi. Ową często cytowaną strofę przywołuje również Wojciech Charchalis w przedmowie do „Poezji zebranych Álvaro de Camposa”, innego fikcyjnego twórcy powołanego do życia przez Portugalczyka. Jednak o tym nieco dalej. Teraz cytat z Caeiro:

Jeśli po mojej śmierci chcielibyście spisać moją biografię,
Nie ma nic prostszego.
Ma dwie daty – datę moich urodzin i mojej śmierci.
Pomiędzy jedną i drugą wszystkie dni należą do mnie[2].

Niemniej ciekawość badaczy i czytelników nie pozwoliła pozostawić totalnej pustki pomiędzy datami urodzenia (1888) i śmierci (1935) Pessoi. W przypadku jego życiorysu klaruje się kilka wyraźnych punktów na osi czasu. Resztę należy opatrzyć znakami zapytania, gdyż był to w dużej mierze anonimowy obywatel świata wyobraźni. Stosy odszyfrowywanych do dziś notatek, które po sobie zostawił w legendarnej skrzyni, stanowią główne świadectwo jego istnienia. W „Księdze niepokoju spisanej przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie” wyznaje: „Jestem w znacznej mierze prozą, którą piszę. […] Uczyniłem z siebie postać z książki, życie, które ktoś czyta”[3].

W twórczości do swoich wczesnych lat wraca z rozrzewnieniem. Choć idylla dzieciństwa nie trwała długo. Gdy ma zaledwie pięć lat, umiera chorowity ojciec Joaquim de Seabra. Wydarzenie gwałtownie zmienia losy rodziny. Niedługo po śmierci męża matka Pessoi, Maria Magdalena Pinherio Nogueira, poznaje i poślubia komendanta João Miguela Rosę. Gdy Fernando ma osiem lat, wyjeżdżają wspólnie do odległego Durbanu w RPA. Tam rozpoczyna naukę w anglojęzycznej szkole prowadzonej przez zakonnice z Irlandii. W jednej z gablot w muzeum Pessoi znajduję licealne świadectwo z tamtego południowoafrykańskiego rozdziału. Dokument potwierdza, że był solidnym uczniem. Jak przystało na przyszłego pisarza, najlepiej radził sobie z językami: francuskim, angielskim i łaciną, nieco gorzej z rysunkiem i algebrą.

Po powrocie do Lizbony zostaje studentem wydziału literatury. Nie porywa go jednak akademicka atmosfera, studia uznaje za „monotonne i głupie”. Wiedzę zdobywa na własną rękę. Na drugim piętrze muzeum Casa Fernando Pessoa zebrano pokaźną bibliotekę złożoną z książek pisarza. Są tu oczywiście proza i poezja, ale także tytuły poświęcone historii, filozofii czy naukom ścisłym. A nawet, szczególnie wyeksponowany, poradnik z ćwiczeniami fizycznymi sprezentowany przez znajomego lekarza.

Z wyjątkiem pobytu w RPA Pessoa właściwie nie opuszczał stolicy Portugalii. Zrósł się z nią. Przygotował nawet anglojęzyczny przewodnik po Lizbonie, który miał prezentować piękno miasta zagranicznym turystom. Sam mieszkał w różnych dzielnicach, skupiając się na pisaniu, które nie dawało mu wprawdzie środków do życia, ale pozwalało odczuwać sens codziennej walki.

Pracował głównie biurowo. Jako że znał angielski i francuski, najdłużej pełnił funkcję korespondenta handlowego. Zajmował się też bez powodzenia biznesem i reklamą. W innej muzealnej gablocie znajduję butelkę Coca-Coli i slogan, którym miał wprowadzić napój na rynek portugalski: Primeiro estranha-se, depois entranha-se. Michał Lipszyc spolszczył to tak: „Najpierw zdumiewa cię. Potem wchodzi w krew”. Ówczesne Ministerstwo Zdrowia orzekło, że hasło wymyślone przez pisarza ewidentnie nawiązuje do uzależniającej koki. Po tym werdykcie cały zapas słynnego napoju, który miał trafić na sklepowe półki, został wylany do Tagu. Portugalczycy musieli poczekać na legalną Coca-Colę do 1977 roku, czyli niemal pół wieku od powstania hasła.

Związki

Pessoa uchodzi za odludka. Szczupły, w kapeluszu i okularach, przemykał samotnie po ulicach Lizbony. We współczesnej stolicy Portugalii łatwo natknąć się na jego podobizny. Nie tylko na przykawiarnianych tablicach pamiątkowych, ale także w księgarniach, gdzie jego twórczości poświęcone są osobne działy. Poza tym: karykatury, kubki z cytatami, torby, korkowe podkładki, figurki spozierające z najmniej spodziewanych miejsc. Niebywałe! Miasto przesiąkło postacią tego samotnika. Szukam podobnej symbiozy miasto-pisarz w Polsce. Przemyka mi przez myśl Konwicki i Warszawa, ale szybko zdaję sobie sprawę, że to nie ta skala powiązania – czy widział ktoś na Nowym Świecie kubki z cytatami z „Małej apokalipsy”?

Pessoa mimo naturalnej skłonności do trzymania się na uboczu próbował przełamywać swoją nieśmiałość. W monograficznym numerze „Literatury na Świecie” możemy zajrzeć do jego spolszczonej korespondencji z Ophelią Queiroz, jedyną kobietą, z którą łączyła go romantyczna więź. Znajomość z nastoletnią sekretarką rozwija się do momentu, w którym do głosu dochodzi jeden z najważniejszych, a zarazem najbardziej wybuchowych heteronimów – Álvaro de Campos.

Nie dziw się, że moje pisanie jest dziś inne. Są tego dwie przyczyny. Pierwsza wiąże się z papierem (jedynym, jaki mam teraz pod ręką), który jest wyjątkowo śliski i pióro szybko się po nim ślizga. Druga związana jest z tym, że odkryłem w domu butelkę wyśmienitego porto. Otworzyłem ją i zdążyłem już wypić połowę. Trzeci powód jest taki, że istnieją tylko dwa powody, więc trzeciego nie ma (Álvaro de Campos, inżynier)[4].

Dziś specjaliści od psychologii oznaczyliby przypadek Pessoi odpowiednim kodem chorobowym. Biografowie podejrzewają, że wówczas przechodził on ciężką depresję, nawet rozważał leczenie w klinice psychiatrycznej. Dość szybko i niespodziewanie urwał kiełkującą znajomość z Ophelią. W oczach dziewiętnastolatki stał się „jedną z tych istot, które igrają z niewinnym uczuciem, czerpiąc przyjemność z torturowania serc biednych dziewcząt”. Mimo tego przykrego doświadczenia po latach Ophelia spróbuje reaktywować tę znajomość, jednak z podobnym skutkiem. Znów miłosne szyki poplącze im pijany Campos. Porto i inne trunki nie płynęły wyłącznie w żyłach wymyślonego poety, ale także w krwiobiegu jego twórcy, co miało niemały wpływ na przedwczesną śmierć Pessoi.

Próbował budować relacje również na niwie literackiej. Wraz z grupą przyjaciół założył wspomniane futurystyczne pismo „Orpheu”. Periodyk przetrwał zaledwie dwa numery, co nie przeszkodziło w tym, by zapisał się w historii literatury portugalskiej jako przełomowy i skandalizujący. Trzeci numer był już nawet gotowy, jednak problemy finansowe głównego fundatora Mário de Sá-Carneiro sprawiły, że wydanie finalnie nie trafiło do druku. W tym okresie narodziły się najważniejsze pessoańskie heteronimy, które – jak można przypuszczać – okazały się zarazem najwierniejszymi towarzyszami życia autora „Trafiki”.

domena publiczna | źródło: WikiMedia

Heteronimy

Nie będzie wiele przesady w stwierdzeniu, że sam stworzył sobie scenę literacką. Wymyśleni przez niego autorzy mieli swoje życiorysy, korespondowali ze sobą, pisali recenzje swoich książek, a nawet przenikali do życia swojego demiurga. Za najważniejszych spośród nich uznaje się poetę natury Alberto Caeiro, jego uczniów neoklasycystę Ricardo Reisa oraz wspomnianego Álvaro de Camposa. A także półheteronim, gdyż najbardziej tożsamy z autorem, Bernardo Soaresa. Ile było ich wszystkich? Nie sposób policzyć. W opracowaniach i artykułach pojawiają się liczby od 72 do grubo ponad 100. W znacznej większości są to intelektualiści jak Pessoa, lekarze, redaktorzy, szlachcice, ale też degeneraci. W tym gronie pojawia się jedna kobieta, niewykształcona szwaczka Maria José, osoba z niepełnosprawnością, którą poznajemy jako autorkę nigdy niewysłanego listu miłosnego do ślusarza.

Pierwszy heteronim powstał, gdy Pessoa był jeszcze nastolatkiem. Stworzył wówczas Chevaliera de Pasa. W jego imieniu pisał listy do samego siebie. W tym okresie pojawił się także Charles Robert Anon, osiemnastoletni poeta ze skłonnościami do nadużywania alkoholu. Podpisując się jego nazwiskiem, planował napisać pierwszą „większą rzecz”. Innym młodzieńcem z tamtego okresu był Jean Seul de Méluret, anarchista buntujący się przeciwko „równości, emancypacji kobiet i wolnej miłości”. Alexander Search pisał opowiadania kryminalne i dzienniki, w których możemy odnaleźć zalążki „Księgi niepokoju”. Podobnie jak w próbach literackich dandysa Vincente Guedesa – nazywanego „cieniem Pessoi” – który później stał się Bernardo Soaresem.

Nietuzinkową postacią był bez wątpienia dr Gaudêncio Nabos, posiadacz niewyparzonego języka i donośnego śmiechu. Był on dziennikarzem, a zarazem lekarzem z niewielką liczbą pacjentów, gdyż leczenie u niego wymagało niemałej dozy cierpliwości. Pessoa anegdotycznie opisał ich spotkanie: „Pamiętam nieprzyjemne uczucie, które we mnie wzbudził (nie znałem go jeszcze dobrze). Patrzył na mnie intensywnie przez parę sekund i powiedział bardzo pewnym głosem: »Albo jest pan gruźlikiem, albo (tu przeszły mnie ciarki), albo… albo nie«”[5].

Heteronimy pozwalały pozostawać ich twórcy anonimowym i załatwiać – być może – niewygodne dla niego sprawy. Przykładowo astrolog Raphael Baldaya publikował w gazetach ogłoszenia reklamujące stawianie horoskopów. Inny autor, piszący po angielsku, A.A. Crosse brał udział w literackich konkursach „The Timesa”, by sfinansować niedoszły ślub Pessoi z Ophelią.

Z wyobraźni

Niemniej z tej bogatej konstelacji osobowości wyłaniają się cztery najjaśniejsze punkty: Caeiro, Campos, Reis i Soares. Po polsku ukazały się utwory każdego z nich. W tym roku, po dekadzie, wznowiono w przekładzie Wojciecha Charchalisa najciekawsze poetyckie osiągnięcie Pessoi – „Poezje zebrane. Álvaro de Campos”. O ile księgowy Soares w „Księdze niepokoju” był stonowaną wersją samego autora, o tyle inżynier okrętowy Campos stanowił jego histeryczne przeciwieństwo.

Campos powstał z wyobraźni – i jak pisze w jednym z wierszy – został „wychowany przez Wyobraźnie”. Pessoa, aby uwiarygodnić swoje heteronimy, nadawał im konkretne cechy. Stąd wiemy, że Álvaro był szczupły i lekko przygarbiony, mierzył 175 centymetrów wzrostu (2 cm więcej niż jego twórca). Nosił gładkie włosy zaczesane na bok i monokl. Podobnie jak Pessoa w dzieciństwie mieszkał w domu, z którego okien widać było potężny Tag. Przyszedł na świat o godzinie 1:30 po południu, 13 lub 15 października 1890 roku w Tavirze na południu Portugalii.

Campos służył Pessoi do rozładowywania impulsów. Zapuszczania się w sfery życia, do których sam nie miał dostępu lub nie miał odwagi w nie wkroczyć. Wiecznie odurzony alkoholem i opium inżynier zwiedza świat. Jest rozczarowany, nieco zblazowany, a zarazem żądny intensywnych doświadczeń. W pierwszej połowie życia zapewne lepiej czułby się zatłoczonej kawiarni „A Brasileira” niż spokojnej „Martinho da Arcadav”. Jak na futurystę przystało, chwali sobie nowoczesność: przemysł, handel i osiągnięcia techniki. Do tego stopnia, że – jak wyznaje w „Odzie triumfalnej” – „Mógłbym umrzeć zmiażdżony przez silnik / Z rozkoszą oddającej się kobiety”[6].

Śmiało wyraża swoje opinie. Po przeczytaniu opublikowanego w „Orpheu” dramatu Pessoi „Marynarz” pisze bez ogródek do autora, że było to dla niego dwanaście minut męki. Co świadczy o tym, że Pessoa – ten z pozoru ponury Portugalczyk przesiąknięty saudade – miał w sobie także niemałe pokłady poczucia humoru i dystans do własnej twórczości.

Czytając „Wiersze zebrane”, siedzimy na emocjonalnej huśtawce. Po futurystycznych iskrach i wybuchach z dwóch pierwszych części („Poeta dekadencki” i „Poeta sensacjonalista”) przychodzi czas na stonowane medytacje w częściach „Poeta metafizyczny” i „Wiersze ostatnie”. Cały tom – ułożony chronologicznie – kołysze się od zachwytu po zwątpienie, od podziwu dla ludzkości po przygnębienie bliźnim, od niedającej się stłumić chęci działania po apatię. Znajdziemy tu ciągnące się, wielostronicowe poematy i wiersze składające się zaledwie z kilku słów, utwory metryczne i nieregularne. Rzec można – parafrazując samego Camposa – że chciał napisać wszystko na wszystkie sposoby.

Te odległe bieguny i rozedrganie idealnie pasują do naszej współczesności – możne nawet bardziej niż do współczesności Pessoi? Przeskakujemy tu – niczym podczas scrollowania – od rozbawienia, przez smutek, po furię. W tym przesyceniu i chaosie myśli nie sposób odnaleźć punkt zaczepienia, który mógłby stanowić rodzaj drogowskazu. W quasisonecie „Barrow-on-Furness” czytamy:

Życie me, jak wszystkich, jest nikczemne, banalne,
Nie mam już ideałów, ale któż je ma,
Ten, co mówi, że je ma, jest jak ja, lecz kłamie.
Ten, co ich poszukuje, wyznaje ich brak[7].

Wiersze Camposa są też wyrazem samotności i nieprzystosowania. Jeśli miałbym wybrać jeden utwór reprezentujący cały tom, wybrałbym – pewnie jak wielu – „Trafikę”. To opis samotnej kontemplacji przy oknie wychodzącym na ulicę, refleksja nad własnym życiem, która mrozi aż do bólu, daje do myślenia, a na końcu – mam tak przy każdym czytaniu tego poematu – powoduje szeroki uśmiech.

Sposób na życie

Całe trzecie piętro muzeum przy Rua Coelho da Rocha zostało poświęcone heteronimom. Ściany wnęki ulokowanej po lewej stronie wyłożono od wejścia lustrami. Stojąc pośrodku, można zobaczyć swoje odbicie z różnych stron. Na czarnej ścianie widnieje biały napis: Quantos sou? – co można przetłumaczyć jako: „Ilu mnie jest?”.

Wydaje się, że to pytanie stanowi trop na drodze do zrozumienia – chciałoby się powiedzieć – strategii literackiej Pessoi. Ale zdaje się, że ta cała zabawa w klonowanie i modyfikowanie swojej osobowości jest czymś więcej niż artystyczną sztuczką czy intelektualną zabawą – jest sposobem na życie. Pierwsze heteronimy służyły do walki z młodzieńczą samotnością. Kolejne pozwalały oddalać się od ludzi lub do nich zbliżać. Wiele z nich odbywało podróże światopoglądowe w rejony bliższe sposobowi myślenia Pessoi lub od niego dalsze. Choć trudno jednoznacznie stwierdzić, co tak naprawdę myślał ten niereformowalny konfabulator i intrygant. Popularna dewiza Camposa zawarta w wierszu „Mijanie godzin” brzmi: „Czuć wszystko na wszystkie sposoby”. Jest w tym modus operandi, jakaś nigdy niezaspokojona ciekawość świata i chęć pozbycia się ograniczeń, jakie narzuca nam własne Ja.

Może właśnie dlatego po trosze wszyscy chowamy w sobie skłonność do multiplikowania samych siebie. Po polsku pisał o tym Gombrowicz, ubierając nas w gęby. Gdy popatrzymy, jak działają media społecznościowe, szybko zdamy sobie sprawę, że trwa tam ciągła dyskusja „avatarów”. Każdy z nas mniej lub bardziej świadomie tworzy swoje internetowe alter ego, by uciec od siebie, poszukać porozumienia albo wyrazić coś, czego nie potrafi powiedzieć w realnym życiu. Na przykład: „Zostawcie mnie w spokoju”. Choć nie mogę porzucić przekonania, że w każdym tego typu geście tkwi jednak chęć nawiązania kontaktu.

Fernando Pessoa, „Álvaro de Campos. Poezje zebrane”
tłum. Wojciech Charchalis
wyd. II
Lokator
Kraków 2026


Przypisy:
[1] Cytat z wiersza: F. Pessoa, Álvaro de Campos. Poezje zebrane, tłum. W. Charchalis, Kraków 2026, s. 126.
[2] F. Pessoa, Poezje zebrane Alberta Caeiro, Heteronimia I, tłum. W. Charchalis, Warszawa 2010, s. 118.
[3] F. Pessoa, Księga niepokoju spisana przez Bernarda Soaresa, pomocnika księgowego w Lizbonie, tłum. M. Lipszyc, Kraków 2013.
[4] F. Pessoa, O. Queiroz, Listy, tłum. Z. Stanisławska, „Literatura na Świecie” 2013, nr 3-4, s. 311.
[5] M. Machowska-Dias, Przegląd heteronimów, „Literatura na Świecie” 2013, nr 3-4, s. 242–243.
[6] F. Pessoa, Álvaro de Campos. Poezje zebrane, tłum. W. Charchalis, Kraków 2026, s. 48.
[7] Tamże, s. 30.