Pogoda pokrzyżowała wszystkim plany. To miał być wesoły, słoneczny i radosny dzień. Tymczasem maszerujące w rzędach dziewczęta nie uśmiechają się, od niechcenia wymachują biało-czerwonymi chorągiewkami. Uśmiech próbuje wykrzesać wyłącznie dziewczyna idąca tuż obok pilnującej ich nauczycielki, kobiety w długim płaszczu, z szalem z lisa pod szyją. Ta zaś ma kwaśną minę – patrząc na zdjęcie, snuję domysły, że być może jest zła na mżawkę sączącą na kapelusz.
Kolejna fotografia przedstawia dwóch mężczyzn, którzy dumnie niosą wysoki transparent z hasłem „Siła polski leży w koloniach”. Za nimi, w równiejszych niż dziewczęta rzędach, kroczą młodzi chłopcy, przypominający formację legionu rzymskiego czy innego wojska. Po ich prawej stronie, orkiestra wygrywa rytm przemarszu. Wśród tłumu widzów, stojących po obu stronach ulicy, widać uśmiechającego się chłopca. Jemu pewnie kiepska pogoda w niczym nie przeszkadza. Przeciska się pomiędzy dorosłymi, próbując ujrzeć jak najwięcej widowiska.
Tego dnia przez poznańską ulicę Święty Marcin przemaszerowały grupy młodzieży, harcerstwo, urzędnicy miejscy i pocztowi, stowarzyszenia byłych wojskowych, pracownicy kolei, członkowie Ligii Morskiej i Kolonialnej. W górę pięły się transparenty i sztandary „wskazujące na ważność i znaczenie kolonij”[1]. Ulicą przejechało także dwieście wozów udekorowanych palmami i roślinami tropikalnymi, w których wieziono bawełnę, kauczuk i olej palmowy. Miały symbolizować potrzebę sprowadzania do Polski towarów kolonialnych.
Tak hucznie w kwietniu 1938 roku obchodzono w Poznaniu Dni Kolonialne. Już w czwartek, 7 kwietnia, na Placu Wolności zawisły flagi marynarki handlowej i Ligii Morskiej i Kolonialnej, największe zaś uroczystości przewidziano na niedzielę, na tydzień przed Wielkanocą. Oprócz przemówień i mszy świętej odbyła się defilada. Jej trasa wiodła spod kolegiaty, przez Plac Wolności, aż do Placu Adama Mickiewicza tuż przy Zamku Cesarskim – najbardziej dosadnym symbolu czasów, kiedy to Poznań był kolonizowany.
Poznaniacy szybko jednak o tym zapomnieli. Kilka lat niepodległości wystarczyło, aby wznosić maszty głoszące, że „33 milionowy naród polski żąda kolonii”. Uważano, że Polakom należy się część kolonii niemieckich, w ramach zadośćuczynienia za to, że w czasach zaborów pracowali na zamorski sukces Cesarstwa. Choć sami doskonale wiedzieli, co oznacza być kolonią, nie przeszkadzało im, by marzyć o kolonizowaniu innych.
W dniu parady planowano także, by w niebo wzbiły się gołębie. „Kurier Poznański” donosi jednak, że z uwagi na złą pogodę ptaków nie wypuszczono.
Kwestie polskiej kolonialności – i szerzej: polskich związków z Afryką – w dyskursie publicznym nie pojawiają się zbyt często. Jeśli już, to głównie w kontekście migracji lub języka wykluczającego. Co jakiś czas wybrzmiewają głosy sprzeciwu wobec tego braku zainteresowania, ale zdaje się, że milką niewysłuchane. Być może ten stan rzeczy zmieni książka Kaspra Bajona, docenionego pisarza i scenarzysty, wydana w prestiżowej serii Sulina.
Bajon postawił przed sobą zadanie obnażenia udziału Polaków w kolonizowaniu Afryki. Polska ma swoją winę kolonialną, którą reportażysta udowadnia. Wskazuje historie, które wprost potwierdzają, że Polacy, tak jak Anglicy, Belgowie czy Niemcy, wzbogacali się kosztem kultur i społeczności afrykańskich. Jednak tytułowy „kolonialny Poznań” to moim zdaniem coś więcej niż historie z czasów, kiedy Poznań był częścią Cesarstwa Niemiec. To więcej niż opowieści o wyjazdach do Niemieckiej Afryki Wschodniej. To przedstawienie wielowiekowych polsko/poznańsko-afrykańskich relacji. Bajon w kilku miejscach je zaznacza (na przykład poprzez opis wioski polskich uchodźców w Tengerze), ale nie wyczerpuje tematu. Akcent jego opowieści pada na echa obecności Niemców w Tanzanii.
Zaczyn reportażu zrodził się już w dzieciństwie autora. Bajon dokładnie pamięta przeglądane wówczas zdjęcia i znaczki pocztowe z rodzinnego albumu – mimo, że spłonęły już jakiś czas temu. Pamiątki po nadanych w Dar es-Salaam, Tandze czy Moshi listach budowały jego własną relację z Tanzanią. Musiał wielokrotnie słyszeć historie o pradziadku Stanisławie i jego szwagrze – Paulu Fensterze – którzy na przełomie XIX i XX wieku wyjechali do ówczesnej Niemieckiej Afryki Wschodniej. Paul w 1897 roku na stałe, Stanisław na przełomie 1902 i 1903 roku, na chwilę, w odwiedziny do szwagra.
Owych pięć znaczków podstemplowanych w Niemieckiej Afryce Wschodniej – pięć znaczków nieistniejących, spopielonych, wyrytych w pamięci – w jakiś przedziwny sposób wskazuje na coś bardzo mrocznego i wstydliwego, a co nazwać można kolonialnym nie tyle zainfekowaniem, ile umoczeniem. […] Mówię o pełnym i bezpośrednim zaangażowaniu w tę – jak to się ładnie ówcześnie określało – misję cywilizacyjną. Polacy w służbie lub na usługach obcych mocarstw kolonizowali zamorskie tereny ochoczo i skutecznie. […] Wspierali opresyjny system i czerpali z niego korzyści[2].
Aby zrekonstruować trajektorię podróży Bajona i Fenstera, autor wyjeżdża do Tanzanii, a opis tej wyprawy staje się głównym tematem opowieści – motywy poznańskie pozostają wyłącznie jej kontekstem i motywacją. Z całą pewnością jest to gest oddania podmiotowości ziemi przez lata eksplorowanej. Spychając Poznań na drugi plan, należałoby zepchnąć go także do podtytułu – zamiast „Poznań kolonialny. Rodzinna historia z Tanzanią w tle”, ująć całość w formule „Tanzania kolonizowana. Rodzinna historia z Poznaniem w tle”. Tak byłoby bardziej uczciwe wobec czytelnika. Być może strategie marketingowe nie pozwoliły na takie działanie – któż bowiem kupiłby książkę o Tanzanii? Ale zarazem wówczas być może do mainstreamu nie przebiłaby się świadomość polskiego udziału w kolonializmie? Wpisany w inicjalną część tytułu, zmusza nas do wypowiadania tej formuły przy każdym przywołaniu książki.
Na obalonym pniu drzewa siedzi czterech mężczyzn. Choć mają na sobie wojskowe mundury, uśmiechają się, zdradzając swobodną atmosferę dnia, w którym zrobiono zdjęcie. Dwóch kolejnych siedzi przed nimi opierając się o konar. Jeden z nich pali fajkę z zamkniętymi oczami. Drugi ma przewieszony przez ramię ręczniczek i przelewa coś z butelki do szklanki. Jako jedyny ma poważy wyraz twarzy. Siedzi wyprostowany, jakby w ciągłej gotowości do działania. W wojsku nigdy nie można stracić czujności.
Mężczyzna z butelką to Sam Sandi, jeden z dwóch czarnych żołnierzy służących w 12. Eskadrze Wywiadowczej Armii Wielkopolskiej. Po wojnie polsko-bolszewickiej udzielał korepetycji z języka angielskiego, później rozpoczął karierę zapaśniczą. Był gwiazdą, na jego walki potrafiły przyjść trzy tysiące widzów. Ostatecznie, po śmierci córki, zatrzymał się na stałe w Poznaniu, gdzie pracował jako portier w restauracji Pod Słońcem przy ulicy Półwiejskiej 5. Miejsce to dzięki niemu zyskało na popularności, zmieniło nawet nazwę na Palmarium, przekształciło się w dancing, nocny klub, przystrojony egzotycznymi kwiatami. Sandi umarł wskutek upadku, wychodząc z swojego mieszkania 28 kwietnia 1937 roku. Ciekawe, co myślał o popularnych w tym czasie w Poznaniu sklepach kolonialnych? Czy gdyby dane było mu żyć rok dłużej, brałby udział w obchodach Dni Kolonialnych?
Bajon w rozmowie z Maxem Cegielskim w radiowej Trójce nadał swojej książce miano „literatury duchów”. Zupełnie słusznie. Widmontologiczne narzędzia mogą się przydać w lekturze książki i pomóc poradzić sobie z jej kilkoma wymiarami.
Pierwszym widmem okazuje się sam impuls dla opowieści. Autor (do czego się przyznaje) opowiada historię, opierając się na domysłach i przypuszczeniach. Bajon nie odnalazł w Tanzanii śladów Fenstera, wszystkie huczne historie zasłyszane podczas rodzinnych obiadów, na miejscu okazały się nic nieznaczące. Kieruje się więc przede wszystkim przypuszczeniami, spekulacjami o wyborach i losach dalekiego krewnego. Otrzymujemy więc nie faktograficzne zanurzenie w rodzinną przeszłość, a jedynie opowieść spekulatywną: domysły o wyglądzie przeszłości. Dzięki nim autor może przybliżać czytelnikowi kolejno luźno z sobą związane historie poznańskich i niemieckich wpływów.
Ten poważny, reportażowy ton Bajon nadrabia fragmentami o historii niemieckiego kolonializmu. Nieustannie objawiające się ślady Niemców na trasie Bajona to drugie widmo jakie moglibyśmy odnaleźć. Tablice, rzeźby, więzienia, cmentarze czy całe miasta są dla autora pryzmatem i pokłosiem tej obecności. Tego etapu historii nie da się zapomnieć, każdy element świata w Tanzanii naznaczony jest piętnem rządów białych. Dzięki materialnym (ale nie tylko) artefaktom Bajon odtwarza historię państwa, opowiada o czasach zaboru, terroru sianego przez Europejczyków, co stanowi główny trzon książki.
Ostatecznie widmo sprowadzić można do motywacji autora. Wspomniane w wstępie „kolonialne umoczenie”, w finale książki okazuje się wyrzutami sumienia, potrzebą zadośćuczynienia za zbrodnie przodków. Bajon wyrusza do Tanzanii i pisze o niej, aby rozliczyć się z swoją własną, odziedziczoną wraz z nazwiskiem winą kolonialną.
Ona ma na sobie długi płacz z futrzanym kołnierzem i kapelusik udekorowany piórami, dłonie chowa w mufce. On jest od niej wyższy, w dłoniach trzyma rękawiczki i laskę, a na głowie ma cylinder. Spod płaszcza obszytego futrem wystaje kołnierzyk białej koszuli. Sprawiają wrażenie eleganckich i surowych, choć ona uśmiecha się delikatnie. Jest Niemką, urodziła się na poznańskich Jeżycach. Przeniosła się do Berlina, gdzie w 1915 roku wyszła za mąż za mężczyznę z zdjęcia, emigranta z Kamerunu. To Marta (z d. Wegner) i Theophilius Wonja Michael.
Mają wspólnie czwórkę dzieci. Martha umiera rok po narodzinach jednego z nich. Theophilus, nie mogąc znaleźć pracy, zatrudnia się w cyrku, gdzie razem z dziećmi bierze udział w pokazach etnograficznych. To w tamtych czasach popularna rozrywka, pokazy cieszyły się ogromnych powodzeniem i organizowano je w wielu dużych miastach Europy. Wrocław, Warszawa, Lublin czy Poznań nie chciały od nich odstępować. Do poznańskiego ogrodu zoologicznego ściągali wszelcy impresariusze z swoimi zespołami złożonymi z uprowadzonych z rodzinnych ziem Afrykańczyków. Mieli przybliżyć poznańczykom niedostępną dla nich rzeczywistość dalekich kolonii. Czarni aktorzy mają za zadanie odgrywać swoje ludowe zwyczaje, taniec, śpiew, gotowanie. Przede wszystkim jednak mają umocnić białych w ich wyobrażeniu o Afryce: o ziemi dzikiej, nieokrzesanej i zacofanej.
Theodor Wonja Michael, syn Marthy i Theophilusa, najgorzej z czasów pokazów wspomina dotykanie: „Gapiono się na każdy mój ruch, zupełnie obcy ludzie przeczesywali palcami moje włosy, wąchali mnie, żeby sprawdzić, czy jestem prawdziwy, mówili do mnie łamanym niemieckim i pokazywali rzeczy na migi, zakładając, że nie rozumiem”[3]. Theodor zmarł w 2019 roku jako jeden z pierwszych badaczy życia jako Afro-Niemiec. Czy – zanim podczas II wojny światowej trafił do nazistowskiego obozu pracy pod Berlinem – wystąpił jako „eksponat” w rodzinnym mieście swojej matki?
Wyprawa Bajona szlakiem pradziadka i jego szwagra to przeciwieństwo ich podróży. Choć odwiedza prawdopodobnie te same miejsca, co oni, jest od przodków zupełnie różny. Bajon wystawia się na Tanzanię – liczy, że czegoś się od niej dowie (o rodzinie i o sobie) i nauczy. Nie chce zmienić tej ziemi, chce by to ona przemieniła jego.
To wyprawa postkolonialna i zarazem postturystyczna. Reportażysta nie biega z aparatem po najpiękniejszych punktach widokowych. Nie boi się konfrontacji z lokalnymi mieszkańcami, z lokalną atmosferą i charakterem odwiedzanych miejsc. Obserwuje państwo, które choć po cichu zawłaszczane jest przez chińskich i rosyjskich oligarchów, ale nie sięga po wprowadzone przez nich łatwe (bo dobrze znane Europejczykowi) rozwiązania. Korzysta z publicznego transportu, nie odwiedza wykwintnych restauracji, spędza kilka nocy w buszu. Busz, który jest ważnym elementem masajskiego rytuału przemiany w mężczyznę, ma i w nim wywołać metamorfozę.
Strategia reportażu, jaką obiera Bajon – wyjazd postkolonialny, który inspiruje do rozważań o kulturze i historii odwiedzanego miejsca – do złudzenia przypomina metodę zastosowaną przed laty przez Ignacego Karpowicza. Jego zapomniana książka „Nowy kwiat cesarza” z 2007 roku opiera się na podobnych mechanizmach: dwudziestoczteroletni Karpowicz wyjechał wówczas do Etiopii, szukając miejsca, które go odmieni. Spacerując po stolicy państwa, Addis Abebie, z której początkowo chciał jak najszybciej wyjechać, próbował maksymalnie zbliżyć się do realiów życia w tym miejscu. Bajon próbuje osiągnąć zbliżony efekt.
Karpowicz specjalnie wyjechał do miejsca zupełnie sobie obcego, z którym nic go nie wiąże (zaznaczał, że jego przodkowie przecież nie byli kolonizatorami…), a to właśnie tam odnajduje kolebkę cywilizacji, która z nim rezonuje. Nie szukał jej w Atenach czy Rzymie, a właśnie w miejscu odległym i odmiennym. Wybrał je z premedytacją: wyjechał do Etiopii bez paszportu, miał wyrobić go na miejscu. Wyjazd bez dokumentów to wysoko postawiony próg wejścia, poprzeczka, którą spełnią tylko ci, którym zależy na Etiopii najbardziej.
Punktów wspólnych pomiędzy książkami Karpowicza a Bajona jest kilka. Obaj zmierzają do czegoś przedwiecznego, szukają w krajach z pozoru zupełnie z polską, europejską kulturą niezwiązanych, czegoś, co pozwoli im postawić pomiędzy „nami” a „nimi” wspólny mianownik. Dla Karpowicza są to kościoły w Lalibeli, kompleks wykutych w skale, w głąb ziemi, świątyń. Finałem podróży dla Bajona są za to malowidła naskalne ludu Sandawe w rejonie Kondoa (część z nich w 2018 roku odnalazł Polak, Maciej Grzelczyk). To obnaża europocentryczne przyzwyczajenia, przekonania o wyłącznym charakterze jaskiń w Lascaux. Odległa kultura okazuje się bardzo zbliżona do tej, na której wyrośliśmy.
W dodatku Bajon sięga po zbliżoną metodę do tej, którą obrał Karpowicz. Od obu autorów otrzymaliśmy pewną wariację na temat reportażu gonzo. Nie bawią się kosztem innej kultury, są względem niej empatyczni, ale pozwalają sobie na doświadczanie jej pełnego charakteru, także z tymi elementami, których „nie wypada” opisywać. To nie tylko sięganie po alkohol, wulgarność i potoczności, prywatyzacja ironii, odkrywanie mieszanych odczuć wobec odwiedzanego państwa, metatekstowe komentarze, które zbliżają nas do autora, ale także znamienne dla obu utworów opisy kaca, który skutecznie manipuluje poczuciem czasu.
Bajon, tak jak Karpowicz, zdaje sobie sprawę ze swojej białości. Karpowicz pisał o tym, że jego białość wywołuje przede wszystkim dwa rodzaje reakcji. Białego Polaka traktowano jako zamożnego wspomożyciela, który poratuje pieniędzmi w potrzebie. Z drugiej strony, śmiano się z niego, a białą skórę Etiopczycy uznawali za niepraktyczną cechę (szybko się brudzi), która towarzyszy głupocie. U Bajona biała skóra oznacza wszelkie systemy opresji, które nie są mile widziane. Brutalna białość Europejczyków (zachłanna, żądna bogactwa opartego na wykorzystywaniu i cierpieniu) odnajdywana jest nie tylko dzięki tym, którzy odwiedzają Dar es-Saalam w poszukiwaniu realizacji wszelkich, najpodlejszych fantazji seksualnych, ale nadal pobrzmiewa w powidokach kolonii. Kiedy reportażysta tuż przed wylotem do Polski odwiedza kościół, symbol kolonialnego dziedzictwa, kapłan błogosławi go i życzy szczęśliwego powrotu. To słowa, które, choć miłe, wskazują na jego nieprzynależność do tego miejsca: Europejczyk musi wrócić do Europy. Bajon słyszy podobne zdane w muzeum w Aruszy, gdy pracownik instytucji – widząc, jak autor przygląda się zdjęciom niemieckich garnizonów – mówi: „Twoich bliskich tu nie ma… […]. Pracownik poklepał mnie po plecach i wyszedł, śmiejąc się głośno”[4]. To, co miało zagarnąć te ziemie do Europy, finalnie zbliża tylko Europę do Europy, podtrzymując jedynie wizje o Afryce.
Zarazem wydaje się, że rdzenna kultura Tanzanii nie trzyma urazy. Pojednanie jest możliwe. Ostatnie wspomnienie Bajona z wizyty w Dal es-Saalam to przypadkowe spotkanie z szamanką, która wybacza zarówno jemu, jak i jego przodkom: „Duch chodzi za tobą. Ale nie bój się, bo nie życzy ci źle”[5]. Wina kolonialna została Bajonowi odpuszczona, a przewinienia wybaczone. Duch zbrodni pradziadka nie żąda zemsty, potrzebował tylko zabrania głosu i zrozumienia.
W jednej dłoni trzyma chorągiew, a jego zbroja odbija ostatnie promienie słońca. Zamyślonymi oczami szuka kogoś poza ramami obrazu. Wydaje się rozmarzony i nieobecny, smutny. Być może rozmyśla o tym, czy jego żona, Desdemona, go zdradza. Mężczyzna na obrazie Williama Mulread’iego to przecież szekspirowski Otello. Nic więc dziwnego, że irlandzki malarz przedstawił w tej roli jednego z najznakomitszych jej odtwórców, Irę Aldridge.
Ira Aldridge urodził się w Nowym Jorku, a zmarł nagle w Łodzi, w dzień swojego występu, w sierpniu 1867 roku. Był aktorem i dyrektorem teatru w angielskim Coventry. Razem z Jamesem Hewlett’em uznawani są za pierwszych czarnych tragików szekspirowskich. Grał na wielu scenach, także na dworach europejskich monarchów. Do Polski zawitał siedem razy, występował między innymi w Warszawie, Radomiu, Wrocławiu. Podczas tournée w 1852 odwiedził Poznań. Czy podczas spaceru z Hotelu Bazar, w którym z pewnością się zatrzymał, do teatru ktoś go zaczepił? Czy publiczność go wygwizdała? A może była oczarowana czarnym aktorem? Czy podobnie reaguje publiczność, gdy na deskach Teatru Polskiego widzi dziś Alana Al-Murtathę lub Adriana Deliktę?
Hasło „kolonialny Poznań” to znacznie więcej niż historie kupców (Jan Bocian), emigrantów (Paul Tschöp), naukowców (Jan Czekanowski, Robert Koch) czy niemieckich generałów. To wielowiekowe powiązanie Poznania z Afryką i jej rdzennymi mieszkańcami, którzy przez lata byli (są) ofiarami polskiego (poznańskiego) rasizmu. To wymazane z pamięci i wiedzy społeczeństwa relacje, które tworzyły polską kulturę i tożsamość. „Kolonialny Poznań” to wiele historii osób czarnych, które były lub są związane z tym miastem, a które w reportażu Bajona się nie pojawiają. Sam Sandi, Theodor Wonja Michael czy historie niebiałych aktorów poznańskich teatrów to tylko niektórzy z tych, którzy nie zostali wymienieni w książce, a składają się na kolonialny obraz stolicy Wielkopolski. Tytułowy kolonializm to znacznie więcej niż wyjazdy za morze, to wrośnięte w społeczeństwo, i żywe do teraz, struktury rasizmu. Autor krytykuje je, ale pozostawia czytelnika samego z swoimi opiniami, skupiając się na dziejach Cesarstwa Niemieckiego w Afryce. Dlatego obraz kolonialnego Poznania w reportażu Bajona wydaje mi się niepełny. Autor przedstawił historię ekspansji Tanzanii, która w jakiś sposób pomaga rozprawić się z rasistowskimi wpojonymi nam schematami, ale z pewnością nie wyczerpuje tematu, z którym biali poznaniacy (i inni Polacy) muszą się w końcu rozprawić.
Opowiadając o poznańskiej kolonialności, należy także pamiętać o micie miasta mieszczańskiego, porzundego, gdzie w oknach wiszą firanki, które chronią przed niechcianym wzrokiem obcych. Poznań, przechodząc przez niemieckie ręce, wyćwiczył się w pragmatyczności i użyteczności. To tu liczy się każdy grosz i nie zapala świateł, jeśli nie jest to konieczne. Ten mieszczański charakter – ceniący zajmowanie się swoimi sprawami i nie wynoszenie prywatnych brudów na zewnątrz – tylko wspiera kolonialne zapędy. Kto wie, w ilu jeszcze domach znaleźć można wywiezione z Niemieckiej Afryki Wschodniej czaszki Afrykanów, o których pisze Bajon?
Przypominam sobie, że w domu znajomych moich dziadków, chyba na Junikowie w Poznaniu (ale nie wykluczam, ze było to mieszkanie na Jeżycach), wśród monachijskich obrazów olejnych i biedermeierowskich mebli, za szybą szklanej serwantki, pośród porcelany, spoczywała czaszka. Biała i wypolerowana. Jeśli dobrze pamiętam, należała do Pigmeja[6].
Ile wody jeszcze w Warcie i Rufidżi upłynie, zanim duchy zamknięte w witrynach, komodach, gablotach i sejfach znajdą ukojnie?