Z reżyserką filmu „Left Handed Girl. To była ręka… diabła!”, Tsou Shih-Ching, rozmawia Łukasz Mańkowski
Tsou Shih-Ching: W obu tych projektach miasto jest integralną częścią historii. Nie jest tylko tłem, ale samoistnym bohaterem. Postaci tych filmów stale przemierzają miasto – żyją w nim, ale także je odkrywają. Mała dziewczynka w „Left Handed Girl”, I-Jing, ciągle przemyka przez ciemne alejki nocnych targów Tajpej – to powracający obraz w filmie. Niejednokrotnie przemierzałam tę przestrzeń, zanim odnalazłam ją na potrzeby filmowej historii. Zżywałam się z nią, by móc poznać ją lepiej, poczuć ją. Każda boczna alejka jest jak małe odkrycie – czujesz, że chadzają nimi tylko te osoby, które naprawdę dobrze znają miasto, znają to środowisko. W tym sensie miasto jest dla mnie przestrzenią, którą poznajesz; a gdy już dobrze je poznasz, po prostu doświadczasz w nim swoje życie. Dobrze znałam Nowy Jork, zanim zrobiłam „Take Out”; podobnie było z „Left Handed Girl” i Tajpej – i ten proces był kluczowy, bo zależy mi na tworzeniu filmów o mieście, które będą autentyczne. Chcę, by widownia mogła poczuć, że przez moment naprawdę jest w mieście z naszymi bohaterami.
O tej historii zaczęłam myśleć jeszcze przed realizacją „Take Out”, ale proces szukania lokalizacji do filmu rozpoczął się w 2010 roku. Wtedy pisałam pierwszy szkic scenariusza, a na potrzeby researchu zanurzyłam się w każdym znanym mi nocnym targu w Tajpej. Jest ich naprawdę wiele, każdy z nich inny. Każdy ma swoją tożsamość, unikalne cechy, które stanowią o jego wyjątkowości. W poszukiwaniu inspiracji szwendałam się po targu Lehua w dzielnicy Yonghe czy też Xingnan w dzielnicy Zhonghe, ale na pierwowzór postaci najmłodszej z dziewczyn natrafiłam na nocnym targu Tonghua w dzielnicy Da’an [który jest reklamowany jako bezpieczny dla dzieci – przyp. Ł.M.].
Proces szukania lokalizacji polegał w głównej mierze na poznawaniu tej przestrzeni – na rozmowach z lokalnymi mieszkańcami, spędzaniu tam dnia po dniu, szukaniu ulubionych straganów z jedzeniem. Tajwańskie przestrzenie mają to do siebie, że są otwarte na zewnątrz. Z uliczki nocnego targu widzisz czyjś pokój dzienny, rodzinę pijącą herbatę przed telewizorem. Możesz się znaleźć w samym środku czyjegoś domu w oka mgnieniu, bo świat zewnętrzny jest niemalże złączony z tym, co wewnątrz czyjejś rodziny. Drzwi są otwarte, a ty możesz stać się częścią czyjegoś świata. Widzisz czyjś bałagan, jak żyją, co akurat robią.
Kiedy jesteś zżyty z jakimś miejscem, nie zależy ci na tym, by pokazywać te mniej reprezentatywne części miasta, jego brzydotę. Bardzo często musiałam potwierdzać, że to jest to, na czym mi zależy – by pokazać właśnie tę brzydszą część Tajpej. Bo dla mnie to miasto jest właśnie takie – pełne kontrastów. Czułam, że daję marchewkę swojej widowni, by mogli za nią podążać poprzez te piękne obrazy miasta, ale po drodze przyjdzie im poznać także i te niekoniecznie ładne. Chodniki dla pieszych były malowane przed laty na zielono – tak zapamiętałam krajobraz miasta: przez pryzmat tej zieleni. Ale gdy chciałam umieścić ją w filmie, mój operator był sceptyczny: „Czy na pewno chcesz to w filmie?”. Odpowiadałam: „Tak, to jest absolutnie tajpejskie!”. Kiedy mieszkasz gdzieś bardzo długo, nie doceniasz wielu rzeczy. Część miejskiego obrazu staje się oczywistością, może nawet czymś stereotypowym. Przez to, że nie mieszkałam w Tajpej przez ostatnie dwadzieścia lat, z każdym powrotem zauważałam inne przebłyski piękna tej przestrzeni. Dzięki temu miałam inną soczewkę, przez którą tworzyłam jej filmowy obraz. Dla kogoś innego, kto żyłby na co dzień w Tajpej, to mogłoby być po prostu oczywiste i nudne, ale mnie wydawało się wyjątkowe. Myślę, że odkrywałam na nowo piękno stolicy Tajwanu, którego wyjątkowość jest często ukryta i nieoczywista.
W trakcie pracy nad filmem nie czułam się outsiderką właśnie dlatego, że musiałam dosłownie „wskoczyć” z powrotem w tę przestrzeń. Nie mieliśmy kierownika planu, wszystkie lokacje wyszukiwałam sama – jeździłam po okolicy na rowerze, zaglądałam w zaułki, zatrzymywałam się tam, gdzie coś mnie poruszało. Jeśli pamiętasz scenę, w której I-Jing wychodzi sama z przedszkola, a pod drzwiami stoi mały różowy rowerek – to mój rower, którym codziennie dojeżdżałam na plan. Ta część Tajpej jest mi bardzo bliska, bo właśnie tam kiedyś mieszkała moja mama. To dawało mi pewną przewagę: mogłam po prostu wsiąść na rower i w kilka minut objechać całą okolicę w poszukiwaniu miejsc, które mogłyby stać się fragmentem filmowego świata. Z czysto egoistycznych powodów zależało mi, żeby lokacje były blisko – wtedy łatwiej było mi wracać i pracować nad detalami. Restauracja ze sceny bankietu znajduje się dosłownie po drugiej stronie ulicy od mieszkania mojej mamy, a nocny targ – pięć minut jazdy rowerem dalej. Codziennie więc wyruszałam na poszukiwania lokacji, przyglądałam się przestrzeni, obserwowałam ludzi. Produkcję ulokowaliśmy w sklepie wynajętym na miesiąc tuż przy terenie targu – to był nasz punkt dowodzenia. Zależało mi, by cała ekipa pracowała możliwie blisko, bo każda podróż to ogromna strata czasu i pieniędzy. Dlatego starałam się tak zaplanować filmową geografię, żebyśmy nie musieli nieustannie przenosić całego „obozu”. W pewnym sensie to właśnie ta codzienna, rowerowa obecność w przestrzeni sprawiła, że Tajpej w filmie nie jest mi obce – stało się domem, do którego wracałam.
Kluczowe było po prostu życie w tym mieście przez dłuższy czas – pozwolenie sobie, by je naprawdę poznać, a nie tylko obserwować z zewnątrz. W moim przypadku ogromną rolę odegrała też znajomość języka. Mówię po mandaryńsku, więc mogłam swobodnie rozmawiać z ludźmi, pytać o różne rzeczy, prosić o wskazówki. I za każdym razem spotykałam się z niesamowitą otwartością. To było bardzo poruszające doświadczenie: zadajesz jedno pytanie, a po chwili pojawia się dziesięć osób, które chcą ci pomóc znaleźć nawet najmniejszy szczegół. To rodzaj wspólnotowości, który naprawdę buduje poczucie zakorzenienia. Tajwańczycy są niezwykle przyjaźni – wychodzą z inicjatywą, potrafią zrobić krok dalej, żeby wesprzeć cię w tym, czego akurat potrzebujesz. Ogromnym wsparciem było też znalezienie lokalnej producentki, kogoś, kto zna miasto od podszewki. To wszystko razem sprawiło, że ta wielkomiejska przestrzeń stała się dla mnie bardziej oswojona, a współpraca z ludźmi na miejscu – po prostu intuicyjna.
Rzeczywiście, kwestia języka jest w filmie bardzo znacząca. Sama rozumiem tajwański dialekt, choć nie mówię nim perfekcyjnie. Kiedy zaczęliśmy pracę z aktorami, wielu z nich pytało, w jakim języku powinni mówić – po mandaryńsku czy po tajwańsku. Szczególnie dotyczyło to starszych bohaterów, bo dla tej generacji sposób mówienia jest częścią ich tożsamości. W efekcie dziadek mówi w filmie po tajwańsku, babcia już po mandaryńsku – co jest bardzo typowe. Tak wyglądało też moje dorastanie: moi dziadkowie zwracali się do mnie po tajwańsku, a ja odpowiadałam po mandaryńsku. To przypomina sytuację wielu rodzin imigranckich w USA: rodzice mówią po chińsku, a dzieci automatycznie przechodzą na angielski. Ten drobny, codzienny gest – rozmowa prowadzona w dwóch różnych językach – mówi bardzo dużo o relacjach rodzinnych, o tym, jak przenikają się pokolenia.
Ujawnia się w tym skomplikowana historia Tajwanu. Starsze osoby wychowywały się jeszcze w okresie japońskiej okupacji: mówili po japońsku i po tajwańsku. Mandaryński pojawił się dopiero później, kiedy nowy rząd zaczął go wprowadzać jako język obowiązkowy. Dlatego wielu starszych Tajwańczyków do dziś nie mówi płynnie po mandaryńsku. Obecnie widać jednak ruch w drugą stronę – powrót do różnorodności. Coraz częściej zachęca się do używania tajwańskiego, hakka czy języków społeczności rdzennych. Kiedy podróżuje się po Tajwanie, łatwo zauważyć, jak języki odzwierciedlają burzliwą, wielowarstwową historię wyspy. To różnorodność, która zawsze była obecna i którą chciałam w filmie subtelnie zachować – również „między słowami”.
Tak naprawdę nie zmieniło się dla mnie aż tak dramatycznie – może dlatego, że bywam tam co roku i nigdy nie miałam długiej przerwy, która pozwoliłaby mi zobaczyć miasto w zupełnie nowej perspektywie. Kiedy jednak zaczęłam mówić o filmie, wiele osób twierdziło, że pewne dawne tabu – choćby to dotyczące leworęczności – już właściwie nie istnieje. Podobnie z uprzywilejowaniem synów: słyszałam wielokrotnie, że współcześnie rodziny nie mają już takiego nastawienia, że nie faworyzują synów. A mimo to w moim otoczeniu, zwłaszcza wśród kobiet, wciąż pobrzmiewało poczucie, że te stare schematy jednak trwają.
Problem polega na tym, iż niektóre tradycje po prostu przestano kwestionować. Ludzie wiedzą, że trudno je zmienić, więc przestają o nich rozmawiać – bo po co się denerwować czymś, co wydaje się nie do ruszenia? W efekcie wiele wzorców, które powinny już dawno zniknąć, wciąż funkcjonuje, jakby były czymś naturalnym. Doświadczam tego nawet we własnej rodzinie. Moja mama wciąż cieszy się szczególnie wtedy, kiedy ktoś z krewnych ma syna. Gdy pytam ją, skąd ta radość, trudno jej to racjonalnie wyjaśnić – to po prostu echo dawnych przekonań, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Tak mieli jej rodzice, tak ma i ona. Tyle że żyjemy w zupełnie innym świecie: nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, w którym syn oznacza dodatkową parę rąk do pracy. Dlatego uważam, że potrzebna jest rozmowa, ponowne przemyślenie tego, co nadal utrzymujemy wyłącznie w mocy przyzwyczajenia. Bo choć Tajpej fizycznie nie zmieniło się dla mnie diametralnie, to pewne mentalne struktury wciąż czekają na prawdziwą transformację.
Motyw utraty twarzy wciąż jest niezwykle silny, zwłaszcza w starszym pokoleniu. Moja mama i jej rówieśnicy mają głęboko zakorzenioną potrzebę mówienia wyłącznie o rzeczach „dobrych”, reprezentacyjnych. O sprawach trudnych, nieprzyjemnych, wstydliwych – nie mówi się publicznie. Nie dlatego, że ich nie ma, ale dlatego, że mogłyby zakłócić obraz rodziny, który chce się pokazać światu. Rozumiem potrzebę utrzymania pozytywnego wizerunku, ale w pewnym momencie to zaczyna być toksyczne. Ludzie przestają być sobą, wszystko jest jakąś formą narzuconej fasady. Dorastałam w tej kulturze i myślę, że to w dużej mierze ukształtowało mnie jako twórczynię. Zawsze zwracałam uwagę na osoby, które w tej społecznej grze o zachowanie twarzy nie mają głosu – bo są spychane, represjonowane, uciszane. Film stał się dla mnie sposobem, by oddać im przestrzeń, by pokazać te emocje i napięcia, które zwykle zamiata się pod dywan.
Pamiętam, jak latem mama kazała mi nosić długie rękawy, żeby się nie opalić – bo ciemniejsza skóra była źle widziana. Wtedy tego nie rozumiałam, ale podporządkowywałam się. Dopiero gdy wyjechałam do Stanów Zjednoczonych, zdałam sobie sprawę, jak absurdalne bywają te normy – w jednym kraju opalenizna jest powodem do krytyki, w innym bywa wręcz atutem. Te różnice pokazują, jak bardzo pojęcie „twarzy” zależy od kontekstu i jak arbitralne są społeczne oczekiwania. Dlatego chciałam, aby w scenie bankietowej wszystkie te napięcia wreszcie pękły – żeby maski opadły, a to, co zwykle ukrywane, ujawniło się w swojej surowej, prawdziwej postaci.
Poza gastronomicznym kontekstem łączy je przede wszystkim sposób opowiadania – stylistyka zdjęć. W „Take Out” często podążamy za bohaterem: gdy ten jedzie na rowerze przez miasto, a kamera idzie za nim, jak w dokumencie, łapiąc rytm jego codzienności. W „Left Handed Girl” robię coś bardzo podobnego. Śledzimy I-Jing, kiedy porusza się po nocnym targu, w tej gęstej, żywej przestrzeni, gdzie kamera reaguje na jej kroki, zatrzymuje się tam, gdzie ona się zatrzymuje. W obu filmach chodzi więc o pewien rodzaj organicznego podążania za postacią – o zanurzenie widza w jej perspektywie, w jej ruchu. To właśnie ta półdokumentalna obserwacyjność wydaje mi się mostem łączącym oba projekty.
Masz rację – obie opowieści są o przetrwaniu, choć każdy z bohaterów robi to na swój własny, nie zawsze oczywisty sposób. W „Take Out” jest to bardzo widoczne, bo mamy do czynienia z imigrantem próbującym utrzymać się w niezwykle trudnych warunkach. Ale w „Left Handed Girl” ta walka o przetrwanie również jest obecna – tylko bardziej ukryta w codzienności rodziny, w tym, jak próbują funkcjonować w społeczeństwie, które narzuca im różne normy i oczekiwania. Wszyscy w jakiś sposób próbują się utrzymać na powierzchni. W obu filmach pojawia się też wątek zarobkowej migracji – zarówno tej wielkiej, jak w „Take Out”, jak i tej mniejszej, wewnętrznej. W „Left Handed Girl” Shu-Fen wraca z Yilan do Tajpej, a razem z nią wracają pewne niewypowiedziane sprawy. Decyzja bohaterki była bardzo związana z konstrukcją samej historii: chcieliśmy, by pewien sekret z przeszłości był kluczem do zrozumienia, dlaczego rodzina w ogóle opuściła miasto. Ucieczka była dla nich formą ochrony, próbą przetrwania. Ale prędzej czy później trzeba wrócić do korzeni, bo tylko wtedy tajemnice mogą się ujawnić.
Ten powrót jest szczególnie ciekawy z perspektywy małej dziewczynki. I-Jing nigdy wcześniej nie była w mieście, więc dla niej Tajpej jest zupełnie nowym światem – intensywnym, nieznanym, pełnym bodźców. Jej spojrzenie pozwala widzowi wejść w filmowy świat niejako od zera, uczyć się go razem z nią, obserwować, jak stopniowo oswaja przestrzeń i próbuje odnaleźć w niej swoje miejsce. Tego rodzaju „migrująca perspektywa” – przychodzenie skądś, powracanie, adaptowanie się – wydaje mi się bardzo poruszająca. Łączy oba filmy właśnie poprzez ten emocjonalny ruch: potrzebę przetrwania, która każe bohaterom nieustannie się przemieszczać, szukać miejsca, do którego mogą naprawdę przynależeć.
Ten kalejdoskopowy filtr ma bardzo prozaiczne, a jednocześnie piękne źródło – pochodzi z zabawki mojej córki. Kiedy miała cztery lata, byłam już w procesie rozwijania historii „Left Handed Girl” i zastanawiałam się, jak pokazać sposób, w jaki dziecko odbiera miasto. Pewnego dnia zobaczyłam jej ręcznie robiony kalejdoskop. Spojrzałam przez niego i pomyślałam: „To wygląda niesamowicie, jak to by działało na ekranie?”. Opowiedziałam o tym jednemu z moich współpracowników – to człowiek od wszystkiego, asystent, ale też świetny grafik i projektant. I on po prostu zrobił własny kalejdoskop pod kamerę. Ogromny, nakładany na obiektyw, z małymi kolorowymi punktami, które można było przesuwać. Efekt był zachwycający, naprawdę magiczny.
Problem polegał na tym, że ta konstrukcja była bardzo ciężka, więc użycie jej na planie okazało się niewykonalne. Wymyśliliśmy więc z operatorem inny sposób. Po zdjęciach wzięliśmy nagrany materiał, odtworzyliśmy go na ekranie, a potem przyłożyliśmy ten duży kalejdoskop do monitora i sfilmowaliśmy obraz „przez” niego. Tak powstał ten efekt: ręczny, organiczny, analogowy, choć uzyskany trochę okrężną metodą. Do dziś, kiedy oglądam tę sekwencję, mam poczucie, że była to właściwa decyzja.
Zdjęcia kręciliśmy w 2022 roku, więc nadal obowiązywały ograniczenia pandemiczne, przez co Sean nie mógł przylecieć do Tajwanu, bo procedury wizowe były wtedy niezwykle skomplikowane. Pracował więc z Los Angeles, a ja byłam na miejscu sama. Na szczęście miałam u boku doświadczoną producentkę, która zna właściwie wszystkich w tajwańskiej branży filmowej. To ona pomagała mi zebrać ekipę, docierać do aktorów, organizować spotkania. Mimo odległości Sean był nieustannie obecny: kiedy tylko kogoś obsadziliśmy, wysyłałam mu zdjęcia. I zdarzało się, że patrzył na twarz aktora i od razu mówił: „Wiem, kim on jest w tej historii”. To bardzo dodawało otuchy – taka intuicyjna zgodność w wyobraźni.
Podczas zdjęć wypracowaliśmy pewien rytm. Kończyłam dzień na planie, a on – ze względu na różnicę czasu – zaczynał dopiero swój. Wszystkie dniówki były zapisywane w chmurze, więc mógł oglądać materiał na bieżąco, we własnym tempie. Na pewnym etapie Sean był jednak bardzo zajęty pracą nad „Anorą” i musieliśmy zaczekać, aż znajdzie czas na montaż. Ale mimo tej odległości i barier pandemicznych czułam, że to wciąż nasza wspólna praca – że jego wyczucie rytmu i moje doświadczenie na miejscu przenikają się w filmie.
Tak, zdecydowanie. Nasz montażysta pracował głównie przy reality shows, więc ciął materiał w bardzo tradycyjny, linearny sposób – i to po prostu nie działało. Dopiero konfrontując się z tymi próbami, zrozumieliśmy, czego nam brakuje – wszystko trzeba było zacząć na nowo. Odkryliśmy, że dużo lepiej sprawdza się sposób montowania polegający na przeplataniu scen. Ten rytm wynika z samego nocnego targu: ludzie mówią szybko, spierają się, przepływają obok siebie, wszystko dzieje się równocześnie. Intensywne cięcia montażowe okazały się idealnym sposobem, by połączyć te wszystkie mikrohistorie.
Ludzie mówią, że „Left Handed Girl” jest bardzo tajwańskie, a jednocześnie wcale nie jest typowo tajwańskie. Jednak wiele osób na Tajwanie, które zobaczyły film wcześniej, bardzo go pokochało.
Tak, Tajwańczycy są bardzo mili, ale jednocześnie potrafią być niezwykle bezpośredni. Powiedzą ci prosto z mostu: masz pryszcza na twarzy, co ci się stało? Oni niczego nie ukrywają, mówią wprost, co myślą. Właśnie dlatego w relacjach pojawia się dużo konfliktów. W kontaktach z dalszymi znajomymi może się tego nie pokazuje, ale w domu – jeśli jesteś na coś zły na mamę – mówisz to od razu, bez zastanowienia.
Może to tylko moja rodzina, ale u nas naprawdę nie ma granic. Ludzie nie filtrują swoich emocji, przekazują je bezpośrednio. I tak samo jest w opowieściach, które zbierałam od znajomych czy bliskich. Wszyscy bohaterowie filmu są wzorowani na osobach, które znam. Ich zachowania, ich reakcje – to wszystko zaczerpnięte z życia. Dlatego chciałam pokazać świat takim, jakim go znam: pełen małych i dużych konfliktów, które nie są wymyślone na potrzeby dramaturgii, tylko wynikają z codzienności. Czasem te emocje nie są przyjemne, ale są prawdziwe. Chciałam oddać właśnie tę autentyczną dynamikę rodziny – dla mnie to po prostu życie i naturalny sposób wyrażania uczuć.