Najprościej byłoby powiedzieć, że „Ślady. Historia pewnego archiwum” Joanny Ostrowskiej to książka o queerowej historii. Opis taki nie jest jednak wystarczająco precyzyjny. Dokładniejsze byłoby stwierdzenie, że jest to książka o tym, co możemy z queerową historią zrobić.
Pytanie to nie jest oczywiście nowe. W odpowiedzi na nie pojawia się zazwyczaj alternatywa: odrzucić albo uratować. Odrzucenie to coś więcej niż tylko bierność, brak zainteresowania. To działanie oparte na odgórnym założeniu, że w historii nie ma miejsca na odchylenia od współczesnych wymogów cis- i heteronormatywności, a więc też, że wszystkie próby znalezienia takiego miejsca są rodzajem oszczerstwa i aktywistycznej nadinterpretacji. Podejście to jest oczywiście kompletnie ahistoryczne, ale wciąż politycznie sprawcze. Służy wytwarzaniu poczucia, że queerowość, we wszystkich jej licznych przejawach, jest fenomenem czysto nowoczesnym, niebezpiecznym modernitas, nie tylko pozbawionym własnej historii, ale również próbującym zaanektować (splugawić) „naszą” historię. Warto też zaznaczyć, że parametry odrzucenia są płynne: łatwo dzisiaj spotkać się z głosami, że, owszem, homoseksualizm ma swoją historię, ale transpłciowość jest jej pozbawiona. Zasada pozostaje jednak ta sama: odebrać pewnym kategoriom doświadczenia ich materialność; przedstawić je jako nic więcej niż tylko ulotne złudzenie i modę.
Przeciwieństwem odrzucenia jest ratunek – podejście wychodzące z przekonania, że queerowa przeszłość jak najbardziej istnieje, ale wymaga odkrycia i odzyskania, ponieważ została „ukryta przed historią” (żeby zacytować tytuł słynnej książki George’a Chaunceya o gejowskim Nowym Jorku). Założenie to działa jako odwrotność logiki odrzucenia: jeśli uda się udowodnić, że queerowość była częścią historii, pozwoli to uzasadnić nasze istnienie dzisiaj. Często też towarzyszy temu pragnienie historycznej sprawiedliwości: odzyskania poprawnego obrazu miłości i ucieleśnienia, które kiedyś (znów cytat, tym razem z Alfreda Douglasa i Oscara Wilde’a) „nie ważyło się powiedzieć swojego imienia”. To, co nie było możliwe za życia w mrocznej, homofobicznej przeszłości, staje się dostępne długo po śmierci. Queerowa historia jest więc miejscem walki z przemocą odrzucenia i źródłem dowodów na istnienie.
Podejścia te w oczywisty sposób się wykluczają. Zderzenia między nimi są znajome: to nieustannie powracający w mediach konflikt o to, czy ta lub tamta Ważna Historyczna Postać nie była przypadkiem trochę homo albo trochę trans, czemu towarzyszy też nieustanny spór o standard dowodowy: o to, ile i jakiego rodzaju materiału trzeba, żeby jednoznacznie udowodnić, że na przykład Piotr Odmieniec Włast był transem, a nie po prostu kobietą piszącą pod pseudonimem. W takich sytuacjach odrzucenie, paradoksalnie, łatwo przedstawić jako innego rodzaju formę ratunku: ochrony honoru i godności historii przed politycznie motywowanymi wymysłami współczesności. W istocie spór sprowadza się więc do pytania o to, kto czyni przeszłości przemoc, kto ją zakłamuje, a kto może ją ochronić przed przemocą.
Łatwo byłoby przypisać pracę Ostrowskiej – zarówno w „Śladach”, jak i jej poprzedniej książce „Oni. Homoseksualiści w trakcie II wojny światowej” – do projektu ratunkowego. W końcu obie te prace są poświęcone w znacznej części analizie źródeł, często zupełnie dotąd nieznanych, świadczących o queerowej przeszłości, szczególnie w kontekście drugiej wojny światowej. Ale to nie ratunek jest główną motywacją Ostrowskiej. Interesuje ją bowiem nie pytanie o to, czy queery były, czy nie, ale założenie, że istnienie tych queerów wymaga naszej archiwalnej interwencji. Autorka pyta nie o to, czy istnieje queerowa historia, ale czy potrafimy wyobrazić ją sobie inaczej niż poza serią utartych klisz o „historii LGBT” ratowanej przed zapomnieniem z mroków przeszłości.
„Ślady” sygnalizują to podejście już w podtytule. Jest to historia nie osób, nie grup, nie kategorii, tylko „pewne archiwum”: historia historii, a nie niezamglony wgląd w odzyskaną przeszłość. Chociaż Ostrowska nie powołuje się na tę kategorię, to „Ślady” należy zaliczyć do prac powstających w obrębie trwającego od kilkunastu lat „zwrotu archiwalnego”. Mam tutaj na myśli nie powrót do archiwów i archiwaliów, ale próbę odejścia od założenia, że – jak to napisała jedna z wiodących figur tego ruchu, Anjali Arondekar – „jeśli uda się znaleźć ciało, to można uratować podmiot”.
Innymi słowy, zwrot archiwalny oznacza zarzucenie wyobrażeń o archiwum queerowej historii jako miejscu „odzyskiwania” przeszłości. Dowody na istnienie nie przywrócą do życia i godności, a co więcej, samo założenie, że queerowa przeszłość wymaga ratunku, opiera się na dość buńczucznym wyobrażeniu, że „kiedyś” queerowe życie nie było możliwe z pełną intensywnością, którą znamy dzisiaj. Co więcej, fantazje o ratunku łatwo mogą sprawić, że stracimy z pola widzenia samą tkankę archiwum stanowiącego nie tylko repozytorium śladów i ułamków, ale również mechanizm wytwarzający i organizujący to, co za ślad w ogóle możemy uznać. Arondekar proponuje nam wobec takiego stanu rzeczy praktykę czytelniczą, która pasuje do pracy Ostrowskiej, a „która kieruje naszą uwagę od gorączkowego »odkrywania« nowych archiwalnych źródeł ku zrozumieniu procesów upodmiotowienia umożliwionych (i pożądanych) przez sam idiom archiwum”.
Jeśli brzmi to dość abstrakcyjnie, to wystarczy przyjrzeć się strukturze „Śladów”, żeby zrozumieć, co może to oznaczać w praktyce. Na archiwum, z którym pracuje Ostrowska, składają się przede wszystkim dokumenty XX-wiecznych aparatów represji – nazistowskich, niemieckich, polskich – rozproszone po licznych instytucjach, zbiorach i organizacjach. To zarówno materiały, z którymi badaczka obcowała już wcześniej, podczas pracy nad poprzednimi książkami, jak też i takie, które udało jej się zlokalizować (często przypadkiem) na przestrzeni ostatnich lat. To donosy, policyjne kartoteki, akta sądowe, zeznania, rejestry więźniów i ich wspomnienia. Innymi słowy, jest to archiwum przemocy, której ofiarami padały osoby queerowe – zarówno dosłownie (homoseksualni więźniowie obozów koncentracyjnych), jak też i symbolicznie (poprzez klasyfikację ich życia jako składającego się z perwersji, wykroczenia, zbrodni). Ale – i na tym właśnie polega zwrot archiwalny – dla Ostrowskiej cały ten ciężar historycznej przemocy niekoniecznie mówi o tym, co było treścią queerowej przeszłości, ale raczej o tym, jak organizowana i „odkrywana” jest nasza o niej pamięć.
Dlatego też narracja w „Śladach” podąża dwoma torami. Przede wszystkim Ostrowska nie zgadza się z założeniem, że całość materiałów dostępnych na temat różnych ofiar antyqueerowej represji jest tożsama z treścią ich życia. Podążając tropem autorów takich jak Sadiya Hartmann czy Jenn Shapland, Ostrowska zamiast tego pyta o ślepe punkty: o to, co umykało uwadze detektywów, prokuratorów czy strażników więzień. Nie ma przecież powodów, żeby zakładać, że dla przedstawicieli władzy nienormatywność była czymś przejrzystym i zrozumiałym – tym bardziej, że często byli do niej nastawieni po prostu wrogo. Tym bardziej nie ma też uzasadnienia, żeby traktować kategorie stworzone przez te instytucje celem klasyfikacji i regulacji queerowości jako reprezentatywne.
Doskonale widać to w rozdziale „Listy”, w którym Ostrowska śledzi próby (mniej i bardziej udane) inwigilacji i zwerbowania homoseksualnego mężczyzny przez powojenne polskie służby. Pokazuje, jak najpierw jego pragnienie było czymś niezrozumiałym, wymykającym się wyobraźni przydzielonych do niego agentów, a następnie jak próbowali oni zrozumieć to pragnienie za pomocą wąskich ram perwersji, osamotnienia, wstydu – klisz, z których zmontowane jest do dzisiaj popularne wyobrażenie o tym, jak wyglądało queerowe złe kiedyś. Ostrowska zwraca jednak uwagę na pęknięcia, absurdy, nieścisłości wytwarzane przez te ramy, które pozwalają spekulować na temat tego, czego archiwum instytucji nie mogło powiedzieć o queerowym życiu, co zawsze pozostawało między wierszami i w przestrzeni domysłu – „kto wie, ten wie”. „Ślady” nie dają archiwum i jego strażnikom ostatniego słowa. Powracają wciąż do pytań o to, co nie mogło być wypowiedziane w ramach dokumentów i zeznań; zestawiają przemilczenia i wyrwy w materiale archiwalnym z innymi źródłami i na podstawie tego spekulują o możliwościach przeszłości. Czy faktycznie homoseksualny mężczyzna w latach 50. w Warszawie był skazany na samotność? Czy homoerotyczne relacje ze strażniczkami w żeńskich obozach koncentracyjnych musiały być wyprane z intymności i bliskości? Czy rzeczywiście nie istniała przestrzeń na transpłciową widoczność i akceptację w przedwojennej Zielonej Górze i Lublinie? Jeśli ufać tylko dowodom aparatu przemocy, to światy te nie mogły istnieć, ale mamy również wskazówki pokazujące nie tylko ich istnienie, lecz również intensywność. Obraz homoseksualisty/transwestyty jako samotnego, cierpiącego, skazanego nie jest historyczną koniecznością, ale wypadkową tego, jak staje się on widoczny w archiwalnych kategoriach.
Jednocześnie „Ślady” rozbijają również samą kategorię queerowości. Jest to zresztą typowe dla twórczości Ostrowskiej, jednej z niewielu polskich badaczek wyczulonych na to, że queer nie musi być tylko wygodnym synonimem „LGBTQ+”, ale może również służyć jako perspektywa. Najciekawszą tego realizacją w „Śladach” jest kategoria „aso”, więźniów „asocjalnych” w nazistowskich obozach konteracyjnych. Zamiast skupiać się ściśle na „różowych trójkątach”, Ostrowska pokazuje dryf „aso”, szerokiego określenia obejmującego postacie nienormatywności, niekoniecznie seksualnej: nieposłuszeństwo, kryminalność, opór względem przepisów czy społecznych oczekiwań. „Ślady” nie wdają się tutaj w rozważania, którzy więźniowie obozów powinni zostać włączeni w obręb historii queerowej, a zamiast tego pokazują, jak queer – jako forma nieprzystawalności do zasad „dobrego” albo „normalnego” życia – może opisywać więcej niż tylko tożsamości. W rozdziale „Anons” Ostrowska analizuje fragmenty historii polskiej więźniarki z Ravensbrück, oskarżonej (w dość uzasadniony sposób) o służbę jako „siepaczka” (udzielająca chłosty innym więźniarkom). Nie jest to próba uzasadnienia czy też apologii jej czynów, tylko studium tego, w jaki sposób pewne osoby zostają wyłączone ze zbioru zasługujących na upamiętnienie, zasługujących na miano ofiary. Przypisanie bohaterki „Anonsu” do „queerowości” nie jest więc uzasadnione jej preferencjami seksualnymi, ale tym, że jej archiwalna obecność znajduje się w podobnej przestrzeni przemilczenia, celowego zapomnienia i wykluczenia z przynależności.
„Queer” nie ma tutaj wartości moralnej, ani pozytywnej, ani negatywnej – jest orientacją wobec normy i orientacją normy wobec tych przedmiotów, które nie dają się zasymilować do znajomych narracji o kształcie przeszłości i społecznej obecności.
I pod tym względem „Ślady” idą w kierunku wyznaczonym przez teoretyczne podejścia do queerowości, niezwykle słabo reprezentowane w polskim świecie akademickim (a już szczególnie wydawniczym). Perspektywa Ostrowskiej przywołuje na myśl Cathy Cohen, która prawie trzydzieści lat temu zasugerowała, że queer ma polityczny potencjał wykraczający poza wąsko rozumiane kwestie gejowskie i lesbijskie. Dla Cohen queer oznaczał niezgodność z wymogami rzeczywistości; był zbiorem nie tylko lesb, pedałów czy ciot, ale również alimenciar, bezdomnych, ćpunów: wszystkich tych, których życie wypadło z torów normalności (albo nigdy nie chciało w nie wejść). „Ślady” rekonstruują queerowe archiwum na podobnych zasadach: jako należące do wszystkich tych, których nie chciano albo nie potrafiono zapamiętać.
Dlatego też ani strategia odrzucenia, ani odzyskania nie opisuje „Śladów”. Nie jest to książka, która próbuje uratować gejów i lesbijki (czy też osoby bi, trans, niebinarne) przed przemocą wymazania. Nie dlatego, że takich osób nie było, ale dlatego, że samo wyobrażenie o naszej zdolności do uratowania przeszłości przed teraźniejszością zdradza dramatyczną naiwność. Zamiast tego Ostrowska pokazuje, co dzieje się wtedy, kiedy udaje się poszerzyć perspektywę i queerowo spojrzeć na archiwum. Oznacza to brak akceptacji dla jego formy oraz dla popularnych wyobrażeń na jego temat. Nie ma potrzeby udowadniać, że istniała queerowa przeszłość, ani też jej ratować. I dlatego też „Ślady” niczego nie próbują udowadniać. Pytają tylko o to, jakiej przeszłości nie potrafimy sobie wciąż wyobrazić – i jak tej wyobraźni możemy się jeszcze nauczyć.