Nr 23/2025 Na moment

Wyjątki, szwy, przemilczenia

Kacper Rydzewski
Film Patronat Wydarzenia

Możemy zacząć od mapy: nakreślić wektory migracji, zaznaczyć punkty zapalne. Możemy zacząć od statystyk: podać liczby. Możemy potem nanieść statystyki na mapę. I może nam się wydawać, że pojęliśmy zjawisko migracji, zobrazowaliśmy je, ujęliśmy w ramy. Ale koniec końców patrzymy nadal na tę samą mapę. Z mapami jest natomiast ten problem, że przecinające jej powierzchnię granice są wynikiem gestów przemocowych (wieloletnich podbojów i kolonizacji) i arbitralnych (dzielenia, kreślenia, wyliczania i tak dalej). Patrzenie na mapę tak naprawdę zakryje przed nami doświadczenie i konsekwencje tych gestów, a więc w nieunikniony sposób skaże nas na – nie tylko dosłowną – dwuwymiarowość. Będzie to truizm, ale prawdziwy: by zobrazować doświadczenie migracji, potrzeba nam polilogu – wielu równoległych opowieści, kolażu perspektyw. Taką właśnie wielowymiarowość ujęcia doświadczenia migracji proponują organizatorzy Festiwalu Filmów Azjatyckich Pięć Smaków w ramach tegorocznej sekcji „Focus: Migracje”.

Możemy się nieco pogimnastykować i próbować szukać w tym zbiorze opowieści „reprezentatywnych”, ale wynik takich poszukiwań pełen będzie bolesnych pominięć i uproszczeń. Dlatego lepiej przyjrzeć się temu, co indywidualne. Paradoksalnie, jeśli coś mogłoby spajać ich historie, to byłoby to funkcjonowanie w ramach pewnego „wyjątku”. Migranci zawsze znajdują się bowiem na jakiejś granicy. Najlepiej więc, jeśli przyjrzymy się temu, co umyka, co pomiędzy, co zawieszone.

Wyjątek zasilający regułę

W „3670” Parka Joon-ho Cheol-jun przybywa do Seulu z Korei Północnej. Widzimy go w pracy, na lekcjach angielskiego i południowego dialektu. Obserwujemy proces powolnej asymilacji jego i podobnych mu młodych dezerterów. Cheol-juna z całej reszty wyróżnia orientacja seksualna. Początkowo wyobcowany wśród seulskiej queerowej społeczności (jak również kolegów-dezerterów, od których nie spodziewa się zrozumienia, a co dopiero akceptacji), szuka poprzez aplikację randkową kogoś o podobnym doświadczeniu. Problem w tym, że nigdy nie spotkał żadnego geja z Północy – podobnie jak jego nowi południowokoreańscy koledzy, którzy z początku widzą w nim egzotyczny narybek. Cheol-jun staje się dla nich kimś wyjątkowym – wywołuje fascynację właśnie ze względu na swoją odmienność. Jest więc wyjątkiem na dwóch płaszczyznach. Jedną z nich udaje mu się stopniowo zatrzeć wraz z postępującą asymilacją. Z drugiej natomiast rezygnować nie chce – to raczej niemożliwość realizowania się w niej staje się motorem napędowym całego filmu. Nie pomaga w tym pewnie miejsce akcji. W stolicy Korei Południowej natrafić możemy co prawda na ten lub inny gejowski klub czy bar, jednak Seul wciąż jest miastem, w którego przestrzeni publicznej dwóch chłopaków będzie raczej unikać trzymania się za ręce. Między innymi z tego powodu w jednej z ostatnich scen kraj opuści miłość Cheol-juna. To zwieńczenie melodramatycznej konstrukcji, ale dla ukochanego chłopaka – początek emigracji.

Z kolei Hanh, bohaterka „Oazy na chwilę” (reż. Chia Chee Sum), nielegalna emigrantka z Wietnamu, ima się przeróżnych zadań w podupadającym kompleksie mieszkalnym w Kuala Lumpur. Sprząta, gotuje, robi zakupy. Innym razem zajmuje się czyimś dzieckiem, jednocześnie wyszarpując skrawki czasu, by spędzić choć chwilę z własną córką. Hanh przemieszcza się z mieszkania do mieszkania, przełącza z jednego języka na drugi, z wietnamskiego na mandaryński, malajski, birmański… Kuala Lumpur to w końcu kulturowy tygiel, na którego kształt składają się losy i zwyczaje przybyszów z południowo-wschodniej Azji. Będąca w ciągłym ruchu bohaterka spotyka kolejnych zamieszkujących to miejsce imigrantów, staje się powierniczką ich historii, tymczasową przyjaciółką, choć jednocześnie osobą zupełnie obcą. Wszystko wydarza się w charakterystycznym dla slow cinema nieśpiesznym tempie, nienachalnie ukazując widzom drobne okruchy życia. Jeśli na chwilę się wyłączyć, możemy przeoczyć ślady tego, co brutalnie wkracza w niespieszną codzienność: nalot służb na sąsiedni budynek i aresztowanie grupy nieudokumentowanych migrantów, którego zwieńczenie odbywa się w tle jednej ze scen. Unosząca się nad migrantami groźba zatrzymania i deportacji to stały element tamtejszej codzienności.

Nie ma przypadku w słowie „unosząca się” – to groźba bardzo realna, choć niejako „zawieszona”. Niepewny i nieuregulowany status przybyszów stanowi bowiem podstawę do budowania stabilnych słupków wykresów ekonomicznych – jest łatwą strategią napędzania wzrostu gospodarczego. Z tego – z korzyści państwa – wynika przedłużające się funkcjonowanie migrantów w tak zwanej szarej strefie. Pracownik nieudokumentowany, a więc obywatel innego państwa, przedstawiciel grupy odmiennej rasowo, etnicznie lub narodowościowo, w mniejszym stopniu podlega przepisom legalnego zatrudnienia, a większym – procesowi prekaryzacji (inną opowieścią o realiach tak zorganizowanej pracy byłby „Take Out” Seana Bakera i Shih-Ching Tsou, również pokazywany w ramach sekcji). „Obcy” staje więc w samym sercu „tutejszej” ekonomii: nakręca wzrost dla ogółu, będąc jednocześnie w ramach tej samej maszynerii podmiotem marginalizowanym.

Kadr z Filmu „3670”, reż. Park Joon-ho, 2025

Pozszywane życia

Na początku tego milenium rząd Korei Południowej stanął przed wyzwaniem, które wywołały masowe migracje wewnątrz państwa. Ze względu na coraz powszechniejszy trend opuszczania przez kobiety terenów wiejskich w celu rozwoju edukacyjnego i zawodowego w miastach wieś stanęła przed groźbą zapaści demograficznej. Rozwiązania szukano w migracji zewnętrznej. Zderegulowano więc działanie międzynarodowych agencji matrymonialnych i wprowadzono wizy małżeńskie. Znacznie ułatwiło to imigrantkom (zwłaszcza) z południowo-wschodniej Azji (ale też Chin czy Rosji) proces ubiegania się o prawo do pobytu na terytorium Korei Południowej. Małżeństwa Koreańczyków z imigrantkami miały przeważnie charakter transakcyjny. Zachęcając kobiety zza granicy do osiedlania się na koreańskiej prowincji, chciano w ten sposób zaradzić tak zwanemu głodowi panien młodych.

Jedną z takich kobiet jest pochodząca z Wietnamu Pan-rye z „Krainy spokojnego poranka” (reż. Park Ri-woong), która w portowej miejscowości znalazła się za sprawą tak zaaranżowanego małżeństwa. Dziewczyna nie jest główną bohaterką filmu – jej postać przybiera na znaczeniu dopiero w dalszej części fabuły, kiedy okazuje się, że jej mąż rzekomo utonął podczas połowu ryb. Policja nie może odnaleźć ciała, trudno więc o poświadczenie zgonu. Pan-rye staje wtedy przed dylematem: uznać śmierć męża i przyjąć znaczące odszkodowanie czy może domagać się dalszych poszukiwań, licząc na powrót partnera. W końcu bez obecności małżonka trudno jej realizować jakiekolwiek kroki w celu unormowania swojego statusu prawnego. A już i tak jest ciężko: migranci są przez lokalną społeczność traktowani z podejrzliwością i pewną dozą niechęci, do tego pewien obleśny starszy typ zaczyna posyłać ci dwuznaczne spojrzenia, podkreślając swoje kawalerstwo. Dylemat bohaterki prędko zamieni się więc w inny: czy pozostać w miejscu skazującym na obcość, czy może wziąć odszkodowanie, wrócić do Wietnamu i nie martwić się więcej o pieniądze?

Migracyjna tożsamość często jest też dziedziczona. Lila, bohaterka „Starszego syna” (reż. Cecilia Kang) w Argentynie spędziła całe życie, mimo to mieszkańcy wciąż pytają, skąd pochodzi. Jej ojciec lata temu wyemigrował z Korei do Ameryki Południowej w przekonaniu, że świat stoi przed nim otworem: najpierw do Paragwaju, gdzie ze względu na kryzys finansowy splajtowała jego knajpa, a następnie do Argentyny. W dwóch pierwszych aktach filmu obserwujemy zatem przeplatające się porządki czasowe (współczesny Lili i retrospektywny ojca). Na trzeci, mieszający fikcję z elementami dokumentu, składają się relacja z wizyty dwójki bohaterów w Korei oraz zapis rozmowy, którą reżyserka filmu Cecilia Kang przeprowadziła z własną matką – osobą, która nie wyemigrowała z mężem do Argentyny i z drugą córką pozostała w kraju.

Lila jest tu zatem porte-parole samej reżyserki, która swoją dotychczasową twórczość poświęciła realiom życia koreańskiej mniejszości w Argentynie. W wyniku tego splotu „Starszy syn” jawi się jako opowieść ufundowana na osobistym doświadczeniu funkcjonowania jako półobca w ramach kultury, do której odczuwa się przynależność. Wektory inkulturacji, enkulturacji czy akulturacji wydają się plątać i więcej zasłaniać, niż rozjaśniać. Najlepiej widać to w jednej ze scen z pierwszego aktu. Lila jedzie z ojcem na biwak, gdzie spotykają się z jego znajomymi Koreańczykami. Piją soju, palą fajki, łowią ryby. Lila przygląda się ich grze w Go-Stop (koreańską grę karcianą) z mieszanką fascynacji i wyobcowania – jak na cudzy rytuał, w którym skrywa się jednak coś o niej samej.

Trzyaktowa struktura „Starszego syna” nie jest tu bez znaczenia. Te trzy wycinki, mające na celu zniuansowanie międzypokoleniowych różnic w migracyjnym doświadczeniu, nie składają się na spójną całość, nawet jeśli w jakimś stopniu się uzupełniają. Przestrzeń między nimi pozostaje drażniąco pusta i nie wyczerpuje złożoności tematu. To częsty zarzut wobec filmu Kang: struktura układanki rodzi więcej zamętu niż porządku. Być może tak jest, ale w kontekście opowieści o poszarpanej tożsamości to efekt znaczący. „Starszy syn” zszyty jest ze strzępów kultur i miejsc – tych, które się podpatrzyło, i tych, w które się wrosło. Konfuzja, którą ten film wywołuje, wynikać może z realizacji, że trajektorie takiego wrastania różnią się między pokoleniami migranckich rodzin, a mnożenie perspektyw nie oznacza, że znikną te wszystkie puste miejsca pomiędzy. Oglądanie filmu Kang przypomina więc trochę zszywanie.

W tym sensie „Starszy syn” przypomina inny film sekcji: „Poniosą nas fale” Lau Kek-Huat, również traktujący o wielopokoleniowym doświadczeniu migranckiej rodziny, która najpierw opuściła Chiny na rzecz Malezji, by następnie rozdzielić się na tych, którzy zostali, i tych, którzy migrują dalej (tu: do Tajwanu). Ta narracja o zbiorowym bohaterze – trójce rodzeństwa chcącego pochować ojca zgodnie z taoistycznym obrządkiem – przeskakuje między perspektywami i płaszczyznami czasowymi. Zmieniają się obraz – z kolorowego na czarono-biały i z powrotem – oraz realia. Pozostaje wrażenie bycia oustsiderem, niezależnie od tego, czy mówimy o miejscu, z którego się wyjeżdża, czy miejscu, do którego się wraca.

Puste miejsca

Migracje są najczęściej wymuszone czynnikami zewnętrznymi. Migracja z przyczyn ekonomicznych, migracja z powodu przemian w strukturze społecznej czy decyzji rodzinnych – o tym wszystkim była mowa wyżej. Ale festiwalowa sekcja nie ucieka od obrazów ukazujących także najbardziej dramatyczne z przyczyn – uchodźctwo wymuszone przez konflikty międzynarodowe (często zbrojne), wysiedlenia, czystki etniczne. Przed wyzwaniem pokazania takiej migracji stanął Phuttiphong Aroonpheng, tajski reżyser, który postanowił zadedykować swój pełnometrażowy debiut ofiarom genocydu ludu Rohingya w zachodniej części Mjanmy około 2015 roku i masowy exodus Rohindżów na tereny Bangladeszu i Tajlandii. Jednak w „Diable morskim” brak – poza tą dedykacją – wyraźniejszych wskazówek odsyłających do konkretnego wydarzenia. Odnaleziony w lesie przybysz nie mówi, nie poznajemy więc jego prawdziwego imienia. Posiada za to poranione ciało, na którym zapisało się doświadczenie przemocy. Mężczyznę odnajduje i przyjmuje pod swój dach rybak z okolicznej wsi. Nadaje mu imię Thongchai, po popularnym tajskim wokaliście, znanym także jako Bird. To imię przekorne, które uruchamia siatkę niejednoznacznych sensów, z których film Aroonphenga jest zbudowany. Thongchai swoje imię otrzymuje dzięki odniesieniu do pewnego braku.

W głośnym eseju „Czy podporządkowani inni mogą przemówić?” Gayatri Chakravorty Spivak zastanawiała się nad kwestią głosu tytułowych podmiotów, które określiła mianem subalternów – wszystkich tych, których polityczne samostanowienie ograniczane jest w wyniku hegemonii kultur dominujących. Badaczka zauważyła wtedy, że jeśli już owi „inni” pojawiają się w dyskursie publicznym, dzieje się to za sprawą reprezentantów pochodzących ze słyszalnego centrum. Esej Spivak wzbudził ogromny rezonans i wywołał do dziś aktualną debatę o etyczności charakterystycznej dla opowieści o peryferiach i społecznościach marginalizowanych strategii „oddawania głosu”. Filmu Aroonphenga tego problemu dotyka jednak w znikomym stopniu. Thongchai nie służy tajskiemu reżyserowi do wypowiadania się „w imieniu” podporządkowanych Rohindżów. Raczej zostaje sprowadzony do roli człowieka-alegorii – pewnej znaczącej, która odnosić może do całego morza znaczonych – pustego naczynia, które każdy może napełnić własnym, mniej lub bardziej zdeterminowanym przez autora sensem. To zaś rodzi kolejne zagrożenia, z których ryzyka reżyser świetnie zdaje sobie sprawę. Historię stopniowo asymilującego się Rohindża czyni więc nie tyle opowieścią o reprezentowaniu Innego, co przypowieścią o lęku przed byciem przez niego pochłoniętym.

Akcja „Diabła morskiego” zawiązuje się bowiem w momencie, w którym tajski rybak ginie na morzu. Kiedy znika, Thongchai pozostaje w chacie sam. Granice jego świata są granicami miejsc i praktyk, w które został wprowadzony. Mężczyzna zamieszkuje ten sam dom, rozjaśnia włosy na tę samą modłę. Wkrótce jednak do chaty wraca żona rybaka – i wobec zastanej sytuacji decyduje się żyć razem z nim. Thongchai zastąpił Taja. Jedna fala wyrzuciła Rohindża, druga porwała rybaka (woda w filmie Aroonphenga zdaje się alegorią bardzo pojemną), a litość wobec Innego wymieszała się z lękiem przed nim. Ten dialektyczny ruch nakręca nie tylko fabułę „Diabła morskiego”, ale zdaje się reprezentatywny dla szerszego zjawiska. Wyraża bowiem aporię tkwiącą w samym sercu stosunku kultur dominujących (krajów docelowych) do imigracji: humanitarny odruch pomocy skrzyżowany ze strachem przed wpuszczeniem obcego za blisko.

Dzieło Aroonphenga to chyba najmniej oczywisty film z całej sekcji. To również najbardziej pesymistyczny z filmów prezentowanych w sekcji – dzieło pozbawiające złudzeń i nieoferujące katharsis w postaci obietnicy asymilacji czy powrotu na łono ojczyzny. Gdyby potraktować je jako reprezentacyjne dla sekcji, oznaczałoby to, że opowieści o migracji nie da się zszyć ani wypowiedzieć. Jednak to tylko jeden z głosów w ramach polilogu „Focus: Migracje” – sekcji o silnie polifonicznym charakterze, w której właśnie wielość narracji, świadectw, głosów i perspektyw zaświadcza o charakterystyce migranckich opowieści.

sekcja „Focus: Migracje”
19. Festiwal Filmów Azjatyckich Pięć Smaków
Warszawa, 12–19.11.2025
online: 12–30.11.2025