Nr 14/2026 Na teraz

W ubiegłym roku minęło równo pół wieku od premiery „Horses” Patti Smith, jednego z najważniejszych albumów w historii amerykańskiej muzyki. Jego autorka ostatniego dnia roku 2026 skończy osiemdziesiąt lat. Przeżyła większość swoich przyjaciół i najbliższych; opowiada o nich, o swoich czasach i o radzeniu sobie ze stratą w kolejnych autobiograficznych książkach.

Najnowsza, wydana właśnie po polsku książka „Chleb aniołów” zaczyna się w amfiteatrze w Dolinie Charlotty, części kompleksu rekreacyjnego pod Słupskiem, gdzie do zeszłego roku odbywał się Festiwal Legend Rocka – Smith zagrała tam dziewięć lat temu. Może to bezpośrednie zetknięcie z własnym statusem legendy wpłynęło na rozliczeniowy kształt „Chleba…”, bo Patti stara się w nim podsumować całe swoje życie, opłakać wszystkich zmarłych, a jednocześnie zostawić miejsce na nadzieję. Poszukuje swoich prawdziwych korzeni, próbuje się dowiedzieć, co ją ukształtowało. Jej dzieciństwo było naznaczone przeprowadzkami, nawracającymi chorobami, umierającymi sąsiadkami i przyjaciółkami, biedą, ale też ucieczkami w wyobrażone światy dzięki literaturze. Jako dziecko Smith odkryła poezję, a zostanie pisarką było jej największym marzeniem. Gwiazdą rocka stała się – jak to opisuje – w zasadzie mimochodem, trochę przypadkiem; nawet za mikrofonem i z gitarą w ręku była przede wszystkim poetką. Część wątków, które pojawiły się już w jej poprzednich książkach, jak chociażby związek i przyjaźń z fotografem Robertem Mapplethorpe’em w „Poniedziałkowych dzieciach”, jest jedynie zasygnalizowana. Innym, jak małżeństwu z Fredem Smithem, przygląda się wreszcie bardzo szczegółowo, choć nadal milczy o najbardziej osobistych i traumatycznych wydarzeniach. Układa historię swojego życia na nowo i po raz kolejny, inaczej kładąc akcenty. Puszcza te historie w świat, wyzbywa się ich niczym talizmanów – oddając je innym, dodaje sobie lekkości. W toku refleksji dochodzi do zaskakujących wniosków. Zastanawia się nad swoim dziedzictwem, pogodzona z nieubłaganie nadchodzącym końcem. Spogląda na swoje życie z dystansu, dostrzegając w nim nie tylko odbicie XX wieku – „swojego wieku”, ale też zmiany, które zaszły w niej samej, bo na te same wydarzenia patrzy dziś inaczej.

To również opowieść o świecie, którego już nie ma, choć ciągle żyjemy jego powidokami. Najbardziej widać to w początkach artystycznej drogi Smith: dziewczyna z klasy robotniczej z doświadczeniem w pracy w fabryce, która oddała urodzoną w wieku dwudziestu lat córkę do adopcji, przeprowadza się do Nowego Jorku. Tam pracuje na pół etatu w księgarni, przesiaduje w kawiarniach, pisze wiersze, chodzi po klubach i galeriach. Choć stać ją tylko na skromny pokój, to jej życie jest pełne: spotyka pisarzy i muzyków, zakłada zespół, podpisuje kontrakt, nagrywa album w studiu założonym przez Jimiego Hendriksa. Na swojej drodze spotyka największych artystów, takich jak William Borroughs, Bruce Springsteen, Bob Dylan. Dziś taka historia wydaje się bajką o żelaznym wilku. Nowy Jork jest jednym z najdroższych miejsc do życia; jego mieszkańcy uciekają już nie tylko z Manhattanu, ale i z Brooklynu – trudno jednak szukać czegoś lepszego, bo koszty życia wystrzeliły w zasadzie w każdej globalnej metropolii czy większym mieście.

Inaczej było w latach 70., kiedy niskie czynsze przyciągały w te strony aspirujących artystów. Nowy Jork w tamtym okresie był zupełnie innym miastem niż dziś: zmagał się z ogromnymi problemami, pełen był przemocy i narkotyków – nie ma co go zbytnio romantyzować (o czym doskonale wie Smith). Równocześnie możliwości, jakie wówczas dawał, pozwoliły rozkwitnąć wielu inicjatywom. Dzięki dostępności przestrzeni powstały przełomowe dzieła sztuki, mogła działać chociażby The Factory Andy’ego Warhola. Miejsca takie jak CBGB czy The Dom, dziś nieistniejące, pomogły wykiełkować punkowi, który odmienił muzykę. Tak narodziła się lokalna scena, o której mówił cały świat. Rzeczowo pisze o tym splocie okoliczności David Byrne, młodszy o kilka lat od Smith lider Talking Heads, w swojej książce (niestety nieprzetłumaczonej na polski) „How Music Works”. To przypomnienie, że „inny świat był możliwy”, jest jedną z największych wartości „Chleba aniołów” – zawoalowaną krytyką neoliberalizmu, który wraz z nadejściem rządów Ronalda Reagana na dobre odmienił Stany Zjednoczone i sprawił, że na drogę artysty coraz mniejsze szanse mają osoby pochodzące z klas nieuprzywilejowanych.

Właśnie w tym momencie – przeprowadzki do metropolii i początków muzycznej kariery – „Chleb aniołów” wpada w koleiny typowej rockowej autobiografii.

Smith ze skrupulatnością godną kronikarki opisuje proces powstawania kolejnych albumów, tłumaczy, jak jej wiersze stawały się tekstami piosenek, zagłębia się w produkcyjne detale, wspomina trasy koncertowe, szał fanów w Europie. Balansuje na krawędzi szczególarstwa, rozwleka narrację. To najsłabsze momenty książki, które kontrastują z onirycznymi, pełnymi realizmu magicznego opisami życia w Detroit z mężem i dziećmi, powracającymi niczym powidoki wspomnieniami z dzieciństwa.

Przede wszystkim – podobnie jak poprzednie książki Amerykanki – „Chleb aniołów” jest listem miłosnym do sztuki w każdym jej wymiarze. To wyznanie wiary w literaturę, poezję, malarstwo, fotografię, muzykę. Sztuka pomogła jej przetrwać ciężkie dzieciństwo, dała wytrwać w trudnych nowojorskich warunkach, ukoiła żałobę po śmierci męża, brata, niezliczonych przyjaciół. Sztuka jest dla Smith oazą, miejscem, w którym czuje się bezpiecznie, w którym może opowiedzieć o sprawach najważniejszych. Nigdy nie zrezygnowała z politycznego i społecznego zaangażowania. Wszystko dzięki rodzicom, którzy – nie do końca świadomie – zaszczepili w małej Patti tę miłość. Z poetów najbardziej ukochała sobie Rimbauda, podobnie jak on pozostaje w wiecznym ruchu. Na stronach „Chleba aniołów” pojawia się nie tylko Polska, ale i Nowa Anglia, Gujana Francuska, Rzym, Triest, Bogota. Smith wszędzie szuka inspiracji, wszędzie jeździ z notesem i obserwuje, często zza kawiarnianego stolika. W przypadkowych spotkaniach, zwykłych sytuacjach szuka połączenia z przeszłością, ze swoimi ukochanymi artystami.

Niewykluczone, że czwarta autobiograficzna książka Patti Smith będzie jej ostatnią. Możliwe, że i ona to czuje; na kartach „Chleba aniołów” stara się ująć swoje życie w klamrach. Nie tylko swoje. „Jestem pamięcią”, pisze. Większość jej bliskich nie żyje, a ona wzięła na siebie ciężar opowiedzenia też ich historii, by choć trochę odroczyć ich zapomnienie, choć to zadanie skazane na porażkę. Jak pisze Varujan Vosganian w „Księdze szeptów”: „Żaden człowiek nie umiera w momencie, lecz stopniowo, powoli. Najpierw ciało, potem jego imię, potem wspomnienia innych o nim, a na samym końcu jego wspomnienia o innych”. W końcu „wszystko musi odejść”, nawet pamięć.

Patti Smith, „Chleb aniołów”
tłum. Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2026